czwartek, 4 grudnia 2014

Run And Kill (1993)

Czasem zdarzy mi się obejrzeć coś, czego absolutnie nie zamierzam recenzować. Albo dlatego, że jestem za głupi, by znaleźć odpowiednie słowa, albo też w przypadku, gdy film jest tak pokręcony, że trudno mi w miarę obiektywnie określić jego jakość. Właśnie taką produkcją jest Run And Kill - wyreżyserowany w Hongkongu, kontrowersyjny i brutalny twór naszych skośnookich braci. Niestety moje pragnienia rozbiły się o tamę postawioną przez Patryka, który zmotywował mnie do sporządzenia krótkiej notki na jego temat. Podkreślił równocześnie by pisać szczerze, więc niech tak będzie.

Zacznijmy od kwestii najłatwiejszej - krótkiego streszczenia fabuły. Głównym bohaterem, którego ciężkie kroki przyjdzie nam śledzić, będzie Fatty. Ksywkę tę otrzymał on nie od parady, bowiem jego gabaryty są niewątpliwą inspiracją wszystkich amerykańskich dietetyków (niech żyją stereotypy). Jedno słowo, którym można by krótko scharakteryzować Fatty'ego (oprócz gruby), to sympatyczny. Troskliwy ojciec, sumienny przedsiębiorca i kochający mąż, ma jedną zasadniczą wadę. Jest straszną pierdołą. Odkrywając romans swojej żony prosi złapaną in flagranti parę o... przeniesienie się do sypialni. W sytuacji gdy przeciętny facet zabrałby się do obijania komuś mordy nasz grubasek udaje się na maraton po barach. W stanie mocno wskazującym spotyka młodą kobietę - Fanny. Alkohol i nierozwaga sprawiają, że główny bohater nieopacznie zamawia...zabójstwo swojej żony i jej kochanka. Wydaje Wam się, że już to jest odrobinę dziwne? Moje drodzy, naiwni czytelnicy - to dopiero początek chaosu, pierwszy ruch skrzydełka motyla, który wywoła tornado.

Teraz przejdźmy do sprawy zasadniczej. Zdecydowaną i niepodważalną zaletą jest zdolność scenarzystów do zaskakiwania widza. Każdy motyw znany z filmów akcji zwraca się tutaj przeciwko bohaterom. Ten kto powinien żyć umiera, ten kto powinien zostać aresztowany chodzi na wolności. Wyraźnie widać, że w świecie, w którym musi poruszać się Fatty nie ma żadnego tabu. Przygotujcie się na to, że obraz ten niesie ze sobą również bardzo dużą dawkę brutalności - a przypominam, że słyszycie to od gościa, który nie miał żadnych zastrzeżeń do zombie-bobra odgryzającego ludziom penisy...
Fanny - bardziej irytująca niż Szumlewicz...
Run And Kill ze względu na kilka charakterystycznych scen niesamowicie zapada w pamięć. W dodatku godna pochwały jest genialna kreacja (moim zdaniem) zimnokrwistego mordercy - Ching Funga - dążącego do wymierzenia zemsty za śmierć swojego brata. Zdecydowanie wskoczył on na moją prywatną listę najbardziej zdegenerowanych łotrów w historii kina.

Oczywiście nie jest tak do końca różowo. Choć zachwycił scenariusz, niektóre role, czy bezkompromisowość, to kilka rzeczy skutecznie psuło mi seans. Przede wszystkim każda postać kobieca. Choć w historii tej nie odgrywały one jakiejś ogromnej roli, to bardzo skutecznie irytowały. Nie wiem czy to jakaś maniera kina azjatyckiego, ale notorycznie piskliwe wypowiedzi Fanny, jej sztuczna, groteskowa gra, czy chociażby płaczliwe jazgoty córki Fatty'ego sprawiały, że niektóre sceny wręcz pragnąłem jak najszybciej mieć za sobą. Nie podoba mi się też pomysł na powtarzanie tej samej linii dialogowej. Ma to oczywiście swoje zadanie - ukazanie czy to wściekłości, strachu, czy rozpaczy, ale na dłuższą metę cholernie odrzucało.
Ching - odkrycie roku. Idealny łotr filmowy. 
Podsumowując - film, choć świetny, został skrzywdzony przez grę aktorską postaci drugoplanowych, szczegóły techniczne i czasem zbyt swobodne podejście do faktycznych zasad działania systemu sprawiedliwości. Pędzące tempo, niesamowity scenariusz i klimat skutecznie rekompensowały te braki. Oczywiście nie jest to propozycja dla każdego, ale moim zdaniem był on co najmniej bardzo dobry i tak też go oceniam:


Moja ocena to: 7/10    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz