sobota, 29 marca 2014

Wściekłe psy (1992)

Pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z tym filmem. Było to jakieś pięć lat temu. Wyświetlany na Polsacie, około 23, przyciągnął przed ekran telewizora zarówno mnie, jak i brata. Oczywiście pełnoletniość wtedy jeszcze była w toku realizacji, do czego przyznaję się z czystym sumieniem. Film, głównie ze względu na fatalnego lektora, który przekręcał wszystkie najistotniejsze dialogi w jakieś "kurde"(fuck), "co Ty nie powiesz?"(What the fuck are you talking about?) i "nie mam ochoty Cię słuchac" (I'm sick of fucking hearing it), okazał się bardzo irytujący. Dziś jednak ze względu na niewielkie udoskonalenie znajomości języka obcego i przypomnienie sobie o tej produkcji dzięki top-liście filmów Quentina, znajdującej się na jednej z odwiedzanych przeze mnie stron, postanowiłem zaliczyć kolejne podejście do niewątpliwej klasyki kina gangsterskiego.

Mr. Blue: Hey, this girl was nice.
Mr. Pink: She was OK. But she wasn't anything special.
Mr. Blue: What's special? Take you in the back and suck your dick?
Nice Guy Eddie: I'd go over twelve percent for that.

I tak w obecności mojego pysznego, piwnego towarzysza zabaw, zasiadłem do seansu. Obiecywałem sobie oczywiście bardzo dużo. Być może dlatego, że tylko raz zawiodłem się na tym reżyserze i zaznaczam, że wynikało to tylko z moich już wtedy zbyt wygórowanych oczekiwań (Inglourious Basterds - nie hejtować). Tym razem jednak nie mogłem być bardziej zadowolony.




Ten film nadal jest idealny. Doborowa obsada z Michaelem Madsenem, Harvey Keitelem i Stevem Buscemim na czele stworzyło wyjątkowe, charakterystyczne i niepowtarzalne kreacje. Każdy z aktorów wspiął się na wyżyny swoich umiejętności adaptując się do pokręconej wizji reżysera. Niewątpliwie pomocne były w tym względzie świetne dialogi, które ze względu na konkretną dawkę czarnego humoru i pomimo ilości wulgaryzmów, tworzyły bardzo specyficzny klimat.


Mr. Pink: And why am I Mr. Pink?
Joe Cabot: Because you're a faggot, alright?!


Nie chciałbym zbyt długo rozwodzić się nad fabułą, którą każdy szanujący się kinomaniak zapewne zna już na wylot. Oto więc niezbędny jej zarys: napad na bank > coś się pieprzy > chyba mamy kapusia... > śmierć > śmierć > jeszcze więcej śmierci > orgia brutalności > napisy końcowe. Ot, taki wesoły film familijny.




Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest pełne akcji, pościgów i wybuchów kino akcji. To niezwykły film sensacyjny, którego osią są rozmowy bohaterów. Niestety jeżeli nie wsłuchamy się w słowa, które tam padają, raczej nie docenimy komizmu całej sytuacji. Dlatego też dla preferujących bardziej emocjonujące wizualnie kino, będzie to spore rozczarowanie. Jednak reszta, do której przemawia dosadna brutalność, emocje i klimat gangsterski powinna być zachwycona.


Mr. Pink: You kill anybody?
Mr. White: A few cops.
Mr. Pink: No real people?
Mr. White: Just cops.


Kiedyś wspominałem też, że raczej nie zwracam uwagi na muzykę. W wyjątkowych okolicznościach udaje jej się przebić do mojej świadomości. Zwykle wtedy gdy jest fatalna, rzadziej gdy okazuje się fantastyczna. Na szczęście tym razem idealnie wpasowała się w mój gust. Już wiem, że do utworów użytych we "Wściekłych Psach" powrócę jeszcze nieraz.




Podsumowując - jest to film, który mimo nieubłaganego upływu lat wciąż przebija większość wydanych na przestrzeni dziejów produkcji i genialnie pasuje do mojej popieprzonej i kompletnie spaczonej psychiki. Co tu dużo mówić - no po prostu ah i oh. A jeśli Wam się nie podobał? Może po prostu jesteście normalni? Cóż, nie wasza wina.


Moja ocena to: 9/10

poniedziałek, 24 marca 2014

"W paszczy szaleństwa" (1995)

Dzisiejszego wieczoru po raz kolejny przyszło mi zmierzyć się z horrorową klasyką filmową. Problemem z oglądaniem dość leciwych już dzieł jest to, że jako widz od najmłodszych lat przyzwyczajany byłem do pełnych efektów specjalnych, choć niekoniecznie przemyślanych produkcji. Kiedy przychodzi więc do cofnięcia się o kilka lat i konfrontacji z obrazami tworzonymi w czasach, gdy zamiast czytać książki jeszcze zjadałem gile i waliłem do nocniczka, zawsze pojawia się ten sam problem - czy film, który obejrzę był w stanie przetrwać nieubłagany upływ czasu?

W kontekście tej mini-recenzji należy zaznaczyć, że reżyserem "W Paszczy Szaleństwa" jest nie kto inny jak sławny John Carpenter. Można faceta nie lubić, można nie cenić jego twórczości, ale trudno się nie zgodzić, że jest on człowiekiem, który położył kilka ładnych cegiełek pod budowę światowej świątyni horroru. "Halloween", "The Thing", czy ekranizacja "Mgły" Stephena Kinga, to właśnie jego zasługi. Zarzuca się mu jednak często to, że z biegiem lat zatracił zdolność do tworzenia dobrych, przerażających horrorów. "W paszczy szaleństwa" sytuuje się mniej więcej w środkowej części linii czasowej działalności tego reżysera.
Kaset z nocy poślubnej Twoich rodziców nigdy nie powinna znaleźć się w odtwarzaczu :/
Jest to również film co do którego opinie były dość mocno podzielone. Dlatego też nie będę odnosił się już do pozostałych ocen - postaram się napisać coś z punktu widzenia kompletnego ignoranta, a tak się składa, że akurat mam jednego pod ręką.

Otóż moim zdaniem "W Paszczy Szaleństwa", to zdecydowanie film, który zdołał znieść próbę czasu. Oczywiście nie w kontekście straszenia - tu już w dzisiejszych warunkach należy się bardziej postarać - ale raczej w kontekście fabularnym. Jest to historia pewnego autora poczytnych horrorów, który zaginął w tajemniczych okolicznościach, a także pewnego agenta ubezpieczeniowego, który wyrusza na jego poszukiwania. Problem pojawia się w momencie, gdy wychodzi na jaw, że wszystkie historie spisane przez autora -  Suttera Cane'a, mogą być prawdziwe...
Mordercza babcio-ośmiornica. Czy to dziwne? Nie, to tylko Carpenter.
I tak przechodzimy do tego, co miłośnika tego typu filmów interesuje najbardziej - wykorzystane motywy. Nie oszukujmy się, nie ma już całkiem oryginalnych horrorów - każda produkcja bazuje na trzech motywach: duchów, wampirów, obcych lub zombie (matematyka rządzi), które są po prostu interpretowane na różne sposoby. Gdybyśmy chcieli tę kliszę odnieść do omawianego dzieła, postawiłbym na wybuchowy mix obcych, zombie i szaleństwa. No właśnie, szaleństwo. Przez cały seans wydawało mi się, że to właśnie utrata zmysłów staje się głównym tematem przedstawionej nam opowieści. I muszę też przyznać, że jestem z tego powodu bardzo zadowolony.

Według mnie rola Sama Neilla, który po mistrzowsku zagrał sceptycznego agenta ubezpieczeniowego Johna Trenta, niosła ze sobą ogromny potencjał, który udało się wykorzystać w niemal stu procentach. Odnoszę też wrażenie, że dziś nie gra się już w taki sposób. Choć sam film był ze względu na czas swego powstania dość kiczowaty, to ta rola zrekompensowała mi wszystkie wady. Przyznam też, że diaboliczny obraz Suttera Cane'a (Jurgen Prochnow) również przypadł mi do gustu, choć był zepchnięty troszkę na drugi plan.

Analizując ten film ciągle przychodzi mi do głowy coś jeszcze, ciągle wydaje mi się, że napisałem za mało. Tyle smaczków, odniesienia do popkultury, inspiracje Kingiem, Lovecraftem, czy "Egzorcystą", są tak świetnie wplecione w historię, że zasługuje to na najwyższe uznanie. To zdecydowanie produkcja do której warto wracać.
"Ten zły" ze swoją złą do szpiku śrubek maszyną do pisania.
Jednakże jest też coś, co w roku 2014 już nie imponuje. Wszelkie stwory, dziwactwa i maszkary wplecione w wątek, które jakkolwiek nie okazały się najważniejszym elementem, nie wyglądają zbyt imponująco. Tworzone za pomocą makijażu i klasycznych metod, bez zastosowania efektów specjalnych, nie mogą robić wrażenia na widzu wychowanym w hollywoodzkiej epoce. A szkoda, bo dawniej musiały imponować - przygotowane są bowiem bardzo starannie i wyraźnie inspirowane stworami z "The Thing", które swego czasu zrobiły furorę. Nie ocenię ich jednoznacznie negatywnie, bowiem wydaje mi się, że na miarę swych czasów wykonano naprawdę kawał dobrej roboty, ale jeżeli chcemy odpowiedzieć sobie w szczery sposób na pytanie postawione na początku tekstu, to trudno mi uwierzyć, że stworzone przez ekipę Carpentera monstra będą wciąż dla kogoś przerażające. 

Uważam, że warto sięgnąć po "W paszczy szaleństwa". Jeśli chcecie uniknąć rozczarowania potraktujcie ten obraz jak kino psychologiczne z elementami grozy. Wydaje mi się, że nie będziecie rozczarowani. Ja zdecydowanie traktuję go jako jeden z lepszych filmów, które było mi dane ostatnio oglądać (choć większość produkcji które widziałem, to te puszczane nocą na Pulsie, a więc kino niezbyt ambitne :P). No i bardzo dobre zakończenie o którym nie powiem ani słowa, choćby nie wiem co :)

Moja ocena to: 8/10

wtorek, 18 marca 2014

Poniedziałkowy bigos

Ehh, to chyba nie będzie mój pierwszy tekst dotyczący w gruncie rzeczy... niczego. Prześladuje mnie jakiś kryzys twórczy, który pożera nadzieję na to, że uda mi się stworzyć tekst, który będzie bardziej interesujący, niż irytujący. Póki co wszystkie plany zostały brutalnie zgwałcone przez rzeczywistość. Nie poddając się jednak marazmowi i wpływowi okropnej, demolującej mi okna pogody, podejmę jeszcze jedną próbę skreślenia kilku zdań.

Zacznijmy od tego, co teraz robię? Nie chodzi o to, że piję kawę, czy dłubie w nosie (choć ponoć dopóki dłubie się tylko w swoim nosie jest to oznaka dobrego wychowania), ale raczej o to czym się interesuję? Przede wszystkim znudzony krymskim patem i rozgrywającymi się tam wydarzeniami, przypadkowo zwróciłem uwagę na katastrofę samolotu linii Malaysia Airlines, którego mimo współczesnej, wysokorozwiniętej techniki jak dotąd nie udało się odnaleźć. Powstało oczywiście już kilka teorii na temat jego zaginięcia. Sam oczywiście skłaniam się ku standardowej awarii, ale na tym świecie już nic mnie nie zdziwi. Słyszałem jakieś głosy o tym, że na pokładzie było kilka ton złota, a ten konkretny lot był po prostu rabunkiem. Cóż, gdybym miał możliwość zniknięcia bez śladu z kilkutonowym ładunkiem cennego kruszcu oczywiście bym tego nie zrobił (gdyż jestem do bólu prawy, porządny i tchórzliwy), ale jestem w stanie zrozumieć pokusę. Wydaje mi się jednak, że niesłusznie pomija się kilka innych, interesujących teorii. Potwór Cthulu jest obecnie moim absolutnym numerem jeden.



Drugą sprawą o której ostatnio troszkę myślałem (nigdy nie robię tego zbyt długo, bo mama straszyła, że od tego dostaje się krwotoku) jest humor. Z czego można żartować, a z czego nie? Ostatnio obejrzałem film pod tytułem "Cztery Lwy" przedstawiający losy grupki nieudaczników-terrorystów, który notabene okazał się całkiem niezłą dawką angielskiego humoru na przyzwoitym poziomie. Czytając komentarze, które go dotyczyły zauważyłem, że kilka z nich przepełniała krytyka podjętego tematu, tzn. czy jihad można w ogóle przedstawić w sposób żartobliwy? W kontekście zamachów w Bostonie film zdecydowanie staje się mniej zabawny, mimo wszystko jednak skłaniam się ku grupie twierdzącej, że dowcip jest świetnym środkiem pozwalającym odbiorcy oswoić się ze szczególnie trudnymi kwestiami. Cóż, każdy medal ma dwie strony, a każdy polityk kłamie, ale o czym to ja chciałem...

Zresztą, co za różnica. I tak piszę bez głębokiej analizy tego o co mi właściwie chodzi, więc pogadam sobie jeszcze, że jestem zniesmaczony ilością książek historycznych zalegających na moim biurku. Tematyka jest szeroka jak majtki Grycanek - od Kongresu Wiedeńskiego, aż po kryzys w Grecji. I muszę Wam też przyznać, że nieuchronnie staję się fanem Napoleona - myślałem, że nigdy do tego nie dopuszczę, ale ze smutkiem muszę stwierdzić, że mimo tej pożogi wojennej do której doszło za jego czasów, był on bezapelacyjnie wodzem idealnym. Podziwiam też jego upór i determinację - serio, gdybym ja dostał we władanie Elbę, to z całą pewnością byłbym zbyt leniwy, by wracać na kontynent w celu kontynuowania walk. Po prostu siedziałbym tam spokojnie i dłubał w nosie - chrzanić wielką politykę. 

Pozostaje jeszcze jeden dylemat. Jak zakończyć tekst, który nie ma żadnego początku, żadnej konkretnej treści i jest w gruncie rzeczy jednym wielkim przerywnikiem w "twórczości" gościa, który nie wie o czym by tu napisać? Chyba dobrym pomysłem byłoby zaczęcia od nieprzyznawania się do swojej niewiedzy. To już jednak spieprzyłem. Można by też uniknąć wulgaryzmów - tu też poległem. I czuję, że powinienem zacząć unikać stosowania zbyt wielu myślników - kurwa, no nie wiem. 

Tym optymistycznym zdaniem kończę na dziś, stawiam kropkę nad i oraz finalizuję swe wywody, bo jeszcze Polska nie zginęła, a kaczka dziwaczka...

czwartek, 13 marca 2014

Richard Matheson - "Jestem Legendą"

Za jakie grzechy...
Książka "Jestem Legendą" Richarda Mathesona bez wątpienia zapisała się złotymi zgłoskami w historii horroru. Napisana w 1954 roku pozycja w klimacie post-apokaliptycznym do dziś stanowi lekturę, która porywa serca miłośników grozy. Legendarna powieść w końcu trafiła także w moje ręce, dlatego będę miał dziś niewątpliwą przyjemność podzielenia się z Wami własnymi wrażeniami.

Fabuła kręci się oczywiście wokół Roberta Neville'a - jednego z ostatnich ocalałych z epidemii. Ta dość krótka pozycja skupia się głównie na jego życiu po katastrofie, na toczonych przez niego próbach przetrwania, na jego samotności i wspomnieniach - reminiscencji ostatniego ze "starych ludzi". Nie zabraknie oczywiście walki z hordą piekielnych stworów, istotami zarażonymi tajemniczym wirusem, chcącymi zrobić kuku naszemu protagoniście.

Zasadniczym pytaniem jest z całą pewnością to, czy książka zdołała przetrwać próbę czasu? I tu szczerze mówiąc wersje są dwie. Otóż próby budowania napięcia bazujące na zimnowojennej rzeczywistości z atmosferą konfliktu w tle, niestety straciły nieco na aktualności. Ludziom urodzonym po latach osiemdziesiątych trudno będzie wyczuć efekt jaki książka mogła wywoływać w momencie swego powstania. Wizja apokaliptycznej zagłady świata w latach sześćdziesiątych wydawała się bowiem czymś całkiem realnym i bliskim. Z drugiej strony Matheson nie ograniczył się wyłącznie do tego elementu. Autor próbuje nas straszyć również poprzez odświeżenie i umiejętne wykorzystanie wampirzej konwencji, granie na prymitywnych, seksualnych zmysłach mężczyzny, czy ukazanie okrucieństwa ludzkiej natury. Fenomenem jest to, że wszystkie te motywy doskonale się przenikają i współgrają ze sobą po mistrzowsku, tworząc bardzo interesujący koktajl horrorowy.
...musimy oglądać okładki kinowe?

Chciałbym wspomnieć także o wadach. Niestety poza skąpymi rozmiarami tej książeczki nic więcej nie dostrzegłem. I nawet o tym jednym minusie trudno tu coś więcej powiedzieć, bowiem wydaje mi się, że część siły tej historii tkwi właśnie w tym, że jest krótka, konkretna, dosadna, a do tego naładowana ciekawą treścią po same brzegi. Mimo to czułem się nieswojo odkładając książkę i żegnając się z bohaterem już tego samego dnia w którym go poznałem.

Wspomnę także  o filmie. Niestety to właśnie wersję kinową poznałem jako pierwszą. Po seansie byłem całkiem zadowolony - "Jestem Legendą" z Willem Smithem okazało się bowiem bardzo fajnym filmem akcji. Po lekturze książki obraz ten jednak stracił sporo w moich oczach. Dziś numerem jeden pozostaje dla mnie oczywiście wersja pisana. Zdecydowanie jest w niej coś wartego skupienia.

Podsumowując: "Jestem Legendą" jest książką ponadczasową. Wciąga niezmiennie od niemal 60 lat i prawdopodobnie będzie wciągała kolejne rzesze czytelników. Uważam że każdy szanujący się wielbiciel Kinga, Mastertona, czy horroru ogólnie powinien znaleźć czas na klasyczną historię stworzoną przez Mathesona. Do dziś pozostaje ona bowiem wzorem tworzenia dobrych opowieści grozy, a od dziś mogę ją z czystym sercem polecać każdemu, kto jest już zdolny do złożenia literek w wyraz. To była bardzo ciekawa przygoda, której zdecydowanie nie żałuję.


Moja ocena to: 8/10

piątek, 7 marca 2014

Grawitacja (2013)

Czasem tworzę wpisy, których zaczynam żałować wraz z wciśnięciem pierwszej litery na klawiaturze. Nie inaczej będzie z dzisiejszym, dotyczącym oscarowego przeboju filmowego - "Grawitacji". Każda krytyka którą ośmielę się tu zaprezentować, skończy się zapewne tym, że zostanę brutalnie sprowadzony na Ziemię (czujecie to: grawitacja - sprowadzony na ziemie - muahaha, ale sucharek) przez wszelkich krytyków i specjalistów filmowych. Sugerując się więc oceną prestiżowej akademii filmowej, wypadałoby stworzyć tekst zawierający same peany na cześć twórców, aktorów, pani sprzątającej wahadłowce etc. W sumie mógłbym, ale robiłbym to trochę wbrew sobie, więc chrzańcie się - będzie szczerze.
Sam Drabulok i Żrorż Kluni naprawiają kosmiczną sokowirówkę.
Najpierw napiszę o zaletach. Tylko po to, żeby wady zostawić na koniec. Wtedy ich wypominanie będziecie mieli świeżo w pamięci, co pozwoli Wam pocisnąć mi mocniej i konkretniej. Otóż podobały mi się zdjęcia. Film jest niewątpliwie piękny, efekty specjalne sięgają wyżyn technicznych możliwości, a reżyseria to istny majstersztyk. Ciekawy pomysł na umieszczenie akcji w kosmosie pozwolił na masę interesujących zabiegów, zabaw z kamerą, perspektywą, czy dźwiękiem. Szczegóły wydają się niesamowicie dopracowane i trzeba powiedzieć, że na całość rzeczywiście patrzy się z ogromną przyjemnością. Piękne sceny z Ziemią w tle, przedmioty unoszące się w stanie nieważkości, ba, nawet odwzorowania kokpitów, które wyglądają bajecznie. "Grawitacja" z całą pewnością jest ucztą dla oka.

Jednakże nie dla nerwów. Osobiście uważam, że zepsuto bardzo dobry film. Po pierwsze mam trochę żalu do twórców o to, że zbyt wcześnie zepchnęli Clooneya do roli drugoplanowej. Fakt, nie ukazano by wtedy sedna opowieści, czyli samotności wobec kosmosu, ale serio, sama Sandra Bullock sobie absolutnie nie radzi. Wszystko wygląda fajnie dopóki się nie odzywa i nie jęczy. Czyli prawie nigdy, bo niemal każdy ruch, który wykonuje, jest kwitowany donośnym ehhh, ohhh itd. I to nie jest wcale ten fajny sposób jęczenia...
Kosmiczny wąż atakuje dzielną astronautkę.
Fatalne aktorstwo to nie jest jedyny zarzut jaki przychodzi mi na myśl. Cała konstrukcja tej opowieści nie przypadła mi do gustu. Otóż schemat prowadzenia akcji jest tak banalny, że z czasem zaczyna zwyczajnie nudzić. Pomijam już to, że przyczyną nudy może być bohaterka, która nie wzbudziła mojej sympatii, ale samo prowadzenie opowieści jest bardzo schematyczne: chwila spokoju > zapierająca dech w piersiach akcja > opanowanie sytuacji > akcja > opanowanie sytuacji > akcja. I tak aż do dość przewidywalnego finału. Niestety film wciągał mnie wyłącznie na bardzo krótkie momenty i z bólem przyznaję, że zdarzało mi rozpraszać i odwracać wzrok od ekranu.

Trudno mi pisać o konkretach w kwestii muzyki, gdyż niemal jej nie zauważałem. Podobało mi się natomiast to, jak dźwięk został wykorzystany wobec kosmicznej próżni - element ten bardzo fajnie komponował się z doskonałym obrazem. Interesujący był też pomysł z przedstawieniem braku ludzkich słów i efektu jaki wywołuje on na samotnym człowieku. Nie będę nawet wspominał kto zepsuł ten ciekawy smaczek.
Najnowocześniejsze akwarium - prosto z NASA.
Podsumowując - to piękny film, którego największymi atutami są wizualizacja i oryginalna perspektywa. Bolączki które moim zdaniem zdecydowanie zepsuły jego odbiór to aktorka pierwszoplanowa, a także schematyczna i przewidywalna fabuła, która absolutnie mnie nie wciągnęła. Muszę jednak przyznać, że nie żałuję tego seansu, choć z drugiej strony nie obejrzałbym tego filmu po raz kolejny. Czekam na Wasze opinie i tym razem pozostawiam wszystkie argumenty do rozważenia we własnym zakresie. Nie polecam, ani nie odradzam - nie każdy znajdzie w nim coś dla siebie, ale jeśli cieszy Was samo piękno i kunszt reżyserski, to film powinien Wam się spodobać.


Moja ocena to: 6/10

niedziela, 2 marca 2014

"Żal, żal za dziewczyną, Za zieloną Ukrainą"

Sytuacja na Ukrainie, delikatnie mówiąc, jest z dnia na dzień coraz bardziej nieciekawa. Putin otrzymał w Rosji zgodę na interwencję wojskową według swojego widzimisię, a opozycja nie spuszcza z tonu. Państwa zachodnie kreują się zaś na mediatorów i ostatnich obrońców sprawiedliwości walczących w imieniu ciemiężonego ludu. Pozostaje wyłącznie pytanie: z jakim ludem mamy do czynienia?

Nie będę tu wcale chwalił prezydenta Rosji za jego mistrzowskie zagrywki polityczne. Jeżeli ktoś nie jest idiotą, to z łatwością dostrzeże, że karty są teraz w jego ręku. I nie chodzi tu wcale o potencjał militarny, ale o coś znacznie ważniejszego - gotowość do jego użycia, której brakuje w NATO, czy Unii Europejskiej. Zresztą - Krym na obecną chwilę jest już prawie odzyskany, a chyba nie muszę przypominać, że właśnie tamtejszy port wojskowy jest kluczowym elementem dla polityki zagranicznej Rosji. Tym razem nie będzie pijanego Chruszczowa, który lekką ręką odda Krym Ukraińcom. Dziś mamy pragmatycznego Putina, który zrobi wszystko, żeby utrzymać Sewastopol i okolice w swoich niedźwiedzich łapach.

Wizja kreowana przez media jest jednak, klasycznie już, antyrosyjska. Widzimy Ukrainę walczącą za wolność, kraj zjednoczony i zdecydowanie prozachodni. Milicję strzelającą  do niewinnych protestantów i dzielnych husarzy z zachodu (tak, z Polski też) biegnących na pomoc. Ależ bzdura. Umiejętność jednotorowego myślenia w naszym kraju jest zadziwiająca - jedna słuszna prawda i zero wątpliwości.

Otóż wschód Ukrainy wciąż jest zdecydowanie prorosyjski, więc jeśli chcemy trzymać się cywilizowanych zasad demokracji, to region ten powinien zyskać suwerenną odrębność - bo dlaczego nie, skoro tak chce większość? Sprawa Krymu również nie jest taka prosta. Jeżeli popatrzymy na zróżnicowanie etniczne, to Krym powinien należeć do ponad 60-procentowej rzeszy Rosjan. Jeśli za kryterium przyjmiemy historię, to należałoby go odstąpić Tatarom. Tylko niekompetencji przywódców byłego ZSRR Ukraina zawdzięcza to, że autonomiczny region Krymu znalazł się pod ich rządami.

Sprawa zachodniej części kraju jest trudniejsza. Z jednej strony protestujący otwierając ogień z broni palnej (tak, z tego co wiem, to milicja ucierpiała jako pierwsza) złamali prawo i powinni być potraktowani jak bandyci. Z drugiej strony, należy sobie postawić pytanie: jakie inne wyjście mieli Ci ludzie? Energetyczny gigant ze wschodu wciąż trzymał ich w szachu, szerzyła się korupcja i oszustwa na ogromną skalę, a integracja z zachodem wydawała się jedyną alternatywą. I tu nawaliliśmy także my.

Ukraińcy od dawna byli świadomi roli jaką pełnią. Stanowiąc strefę buforową między cywilizacjami wschodu i zachodu wiedzieli, że mają w rękach pewne, dość znaczące karty w tej międzynarodowej rozgrywce. Dotąd jednak oceniali swe możliwości dość realnie. Wtedy wszedł jednak zachód ze swoimi złotymi górami, domkami z marcepanu i bajkowym życiem, które obiecał Ukraińcom. Podburzył ich także do stanowczych działań na rzecz integracji, które z punktu widzenia Janukowycza wydawały się mniej opłacalne, niż pozostanie przy byłym, rosyjskim partnerze. Myśląc, że los jest po ich stronie Ukraińcy włożyli kij w mrowisko w czasie zimowej olimpiady w Soczi. Zapewne kierowali się nadzieją, że Putin zajęty będzie oglądaniem skaczącego Stocha i nie rzuci okiem na Majdan. Tak się jednak nie stało - prezydent Rosji, śmiem twierdzić, od początku wiedział co się dzieje i zaplanował wiele z tych wydarzeń wcześniej. Okazało się więc, że zamiast fulla Ukraina ma w zanadrzu tylko parę dwójek. Obecnie próbują jeszcze blefować - grożą wprowadzeniem stanu wojennego i podkreślają swe możliwości obronne, ale chyba wierzą w nie już tylko najwięksi entuzjaści.

Zachód zaś - jak gdyby nie miał żadnego udziału w tych zamieszkach - stara się umywać ręce. No dobra, może nie całkiem. Wydają stosy deklaracji, udzielają poparcia politycznego, grożą Rosji wprowadzeniem sankcji, na które swoją drogą i tak nie mogą sobie pozwolić i czekają na ruch Putina. Trudno jednak wyobrazić sobie jakikolwiek scenariusz w którym którykolwiek z polityków UE poprze militarne wsparcie dla Ukrainy. Tak właśnie tym razem zadziałała Unia - sprowadziła na Ukrainę najcięższy kryzys w XXI wieku, nie mając jednocześnie możliwości, aby mu skutecznie zapobiec.

Nie ukrywam, że z niecierpliwością i ogromną uwagą śledzę ten konflikt, ponieważ jego skutki zarówno teraz, jak i po wygaśnięciu, będą miały ogromne znaczenie dla naszego kraju. Proszę też, żebyście analizując jego podłoże mieli zawsze świadomość, że nie jest on prostym schematem walki dobra ze złem. Takie konflikty nie istnieją - każdy z nich jest skomplikowany i wielowymiarowy. Ten również nie jest wyjątkiem.


Ps. Mam nadzieję, że wrzucę niedługo coś lżejszego, ale ze względu na moje zainteresowania już trzeci dzień śledzę co się dzieję, więc trudno  mi się skupić na czymś innym :P I znów podkreślam - nie jestem jakimś politologiem - wszystkie opinie są całkowicie subiektywne i dynamiczne ;)