poniedziałek, 26 maja 2014

Filmowe sposoby na śmierć

Obyś żył w ciekawych czasach - każdy z nas zapewne słyszał to wyrafinowane, chińskie przekleństwo. Ludzie których dziś opiszę z całą pewnością w takich żyli. A nawet jeśli nie, to opuszczając ziemski padół uzupełnili swoje biografie cegiełką niezwykłości. Choć śmierć jest niewątpliwie tematem tabu nie zawaham się zaprezentować Wam moich faworytów w wyścigu o najbardziej widowiskową utratę życia. Jako że wielu zna moje zamiłowanie do czarnego humoru mam nadzieje, że nie poczujecie się zgorszeni. To znaczy nie obchodzi mnie to jakoś strasznie, ale mam taką nadzieje ;)

6. Brandon Lee

Dobrze znana historia na początek. Syn Bruca Lee (tego samego, który kilka lat wcześniej obił pysk Chucka Norrisa) pojawia się na planie "Kruka", by już go nie opuścić. Potocznie mówi się, że rewolwer, który służył aktorowi do samego końca (taaa) załadowano ostrą amunicją. Ktoś to sobie wyobraża? Nie? No to słusznie, ponieważ Brandona zabił tak naprawdę materiał, który jest upychany w lufie przy odpalaniu ślepaków. W skrócie: facet zginął, bo ktoś nie wyczyścił lufy. Odłamek materiału pakującego został wypchnięty z lufy i wepchnięty w bebechy Brandona. Oczywiście dało to początek kilkuset tysiącom teorii spiskowych, które każdy z nas tak uwielbia.

5.  John Erik-Hexum

Gwiazda serialu "Niebezpieczne ujęcia" również nie miała szczęścia do broni. Hexum zginął z powodu postrzału, którego dokonał... on sam. Po nakręceniu sceny, w której główne role grali amerykański aktor i amerykańska atrapa pistoletu, ten pierwszy dla żartu przyłożył lufę repliki do głowy i... pociągnął za spust. Teraz mała informacja: ślepak również jest wypychany za pomocą gazów. Jego siła z bliskiej odległości jest zaś ogromna. Czaszka ma wątpliwe szanse na wyjście z tej konfrontacji cało i ta reguła potwierdziła się także w tym wypadku. Mimo błyskawicznej reakcji współpracowników i niemal 5-godzinnej operacji aktor zmarł. Rada: nie przystawiajcie sobie do głowy ŻADNEGO pistoletu, a jeśli już to zrobiliście, to postarajcie się nie pociągać za cyngiel.

4. Boris Sagal

Zyskujący na popularności reżyser zginął poprzez...dekapitację. Krótko mówiąc stracił głowę dla swego nowego mini-serialu "World War III". Sagal przez przypadek wybrał złą drogę wychodząc z helikoptera i natrafił na śmigło ogonowe. To niestety nie było przyjemne spotkanie. Ojciec Katey Sagal dał początek nowej modzie, którą rok później na planie "Twilight Zone" powielił aktor Vic Morrow(na zdjęciu). Ten drugi przypadek można nawet znaleźć nagrany, jeśli poszukacie gdzieś w czeluściach Internetu.

3. Gian-Carlo Coppola

Producent filmowy znany głównie z tego, że był synem jednego z najlepszych reżyserów jakich nosi Ameryka. Gian-Carlo miał szczęście nie tylko do rodziny, ale także do filmowej śmierci. Płynąc motorówką ze swoim przyjacielem Griffinem O'Nealem, panowie zdecydowali o próbie "przepchania się" między dwoma przemieszczającymi się wolno łódkami. Niestety łódki te były połączone linką holowniczą. Griffin zdążył się schylić, ale Coppola nie miał już tyle szczęścia. Resztę możecie sobie wyobrazić...

2.David Carradine

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci współczesnego kina. Gość którego dwoma największymi miłościami były dupy i alkohol. Cały dzień pijaństwa w Bangkoku uwieńczyła sesja pornograficzna z wiązaniem i podduszaniem w roli głównej. Prawdopodobnie w cały "proces" zamieszana była mało profesjonalna prostytutka. Nieprawidłowo założone pętelki udusiły Carradine'a, który przynajmniej zmarł robiąc to, co kochał.

1.Gareth Jones


Aktor znany głównie ze swojej śmierci. Pomiędzy dwoma scenami programu emitowanego na żywo, w których miał brać udział, Gareth doznał ciężkiego zawału serca. Oczywiście utrudniło to pracę reżyserowi, ale ten wykazał się jednocześnie niesamowitą czujnością i smakiem. Postać grana przez Jonesa została usunięta, ponieważ... umarła na zawał. Przewidywania te okazały się trafne i także sam aktor nie przetrwał swej próby. Co ciekawe sztukę zatytułowano "Underground", co pozostawiło niezwykle ironiczny wydźwięk całej historii.

wtorek, 20 maja 2014

Scott Rusch - "Wojny Sparty. Strategia, taktyka, kampanie"

Dobra, wiem, uległem presji społeczności otaczającej mnie w wirtualnej rzeczywistości. Prosiliście o recenzję książki o Sparcie, więc taka recenzja się niniejszym ukazuje. Tylko nie mówcie, że nie ostrzegałem. Jako że czytałem ją już ze 2/3 tygodnie temu, nie miejcie mi za złe wszelkich ewentualnych niedopowiedzeń, czy błędów merytorycznych.

Standardowo zacznijmy od fabuły. Hahaha, no chyba nie uwierzyliście, że naprawdę zacznę Wam tutaj streszczać historię starożytnej Grecji? Fabułę napisało życie i można ją śmiało znaleźć we wszelkich encyklopediach, wikipediach, czy innych nudnych źródłach informacji. Pytanie raczej dlaczego warto sięgnąć akurat po tę książkę? Co w niej wyjątkowego, czego zabrakło i jak się ją czyta? No, akurat na te pytania spróbuję odpowiedzieć.

Otóż mamy tu do czynienia ze świetnym kompendium wiedzy obalającym wszelkie mity narosłe wokół bohaterskich Spartan. A tych, szczególnie po filmie "300", namnożyło się całkiem sporo. Dowiemy się między innymi, że oddział 300 liczył w rzeczywistości około 1800 żołnierzy, jako że każdemu uzbrojonemu obywatelowi towarzyszyła grupa lekkozbrojnych periojków - sługusów z podbitych ziem, w zasadzie pozbawionych praw przysługujących obywatelom. Dowiemy się sporo o wojnie peloponeskiej, o układach między Spartą i Persami, poczytamy również o innych nacjach zasiedlających półwysep. Wycieczka ta przeprowadzi nas przez Argos, Teby, Ateny, spotkamy także Macedończyków, dzikich Traków, poznamy również wiele innych ciekawych społeczności starożytnego świata.

Świetnym zabiegiem jest wprowadzenie czytelnika w mentalność ówczesnych ludów. Dowiemy się o roli jaką spełniały wyrocznie, jak traktowano święta, czy też jak ludność zachowywała się w obliczu obcych najazdów. Nie zabrakło oczywiście spojrzenia geopolitycznego - świat starożytnej Grecji był bowiem kolebką wszelkich sojuszy, zabiegów dyplomatycznych, zdrad, ale przede wszystkim walki.

I tu też nie mam nic do zarzucenia. Autor bardzo dobrze przedstawił nam realia historycznego pola bitwy. Dowiadujemy się zarówno o taktyce, uzbrojeniu, organizacji wojska, oddziałach "specjalnych", czy też historiach największych potyczek. Poznajemy zarówno mentalność dowódców, podejście do wykonywanych obowiązków, czy też umiejętności jakimi musieli się cechować. Do tego dość dobrze opisano cały proces szkolenia, musztry i treningu oddziałów. Nie zabrakło również wskazania wad i zalet poszczególnych rodzajów wojsk. Jedyne czego zabrakło w tym aspekcie, to jakikolwiek opis życia młodego Spartanina. Nie ma tu żadnych informacji o wychowywaniu ich do wojaczki od najmłodszych lat, co jest przecież dość popularną i mocno zakorzenioną w naszej świadomości informacją. Życie Spartanina w tej książce zaczyna się dopiero w momencie wcielenia go do regularnego oddziału. I tego chyba najbardziej żałowałem już po zakończeniu lektury.

Czym ja Was jeszcze mógłbym zachęcić? Hmmm, czy czytaliście kiedyś o stosunkach homoseksualnych w największych armiach starożytności, czy chcecie się dowiedzieć dlaczego Spartanie nie lubili Ateńczyków, a może czy to Spartanie kiedykolwiek zdominowali ateńską flotę, jak wyglądały bitwy morskie, czy Termopile były zwycięstwem moralnym, czy też o znaczeniu strategicznym, a może chcecie wiedzieć, dlaczego Tebańczycy byli w stanie rozgromić Spartan? Te i wiele innych, często zaskakujących informacji, możecie znaleźć w książce Scotta Ruscha.

Niestety nie wszystko jest tak wspaniałe. To zdecydowanie pozycja dla miłośników tematu, dla poszukiwaczy wszelkich ciekawostek, a przede wszystkim dla zainteresowanych historią. Nic tu nie jest fabularyzowane, nie dostajemy opowieści o heroizmie poszczególnych jednostek. Jest to raczej suchy opis faktów związanych z działalnością starożytnych armii. Trudno to wytłumaczyć dosadniej, ale jeśli czytaliście w swoim życiu jakąkolwiek książkę typowo historyczna, to zapewne wiecie o co mi chodzi.

Ze swojej strony zdecydowanie polecam, ale tylko tym naprawdę zainteresowanym. Mi się podobała, ale niestety nie mogę dać żadnej gwarancji uzyskania satysfakcji z lektury.


Moja ocena to: 7.5/10

czwartek, 15 maja 2014

Samobójstwo Supermocarstwa - Patrick J. Buchanan

Ojoj, jak ja dawno nie recenzowałem książek. Bieda tu straszna i posucha w tym aspekcie ogromna. W ramach bicia się w pierś i samookaleczenia mentalnego dziś zaserwuję Wam publicystykę najwyższych lotów. Jak wiecie nie mam w zwyczaju pisać o książkach, które wydają się interesujące wyłącznie z mojego punktu widzenia (a czasem nawet i to nie). Dlatego też nie maltretowałem Was recenzjami książek o strukturze NATO, wojnach starożytnej Sparty, czy Polskich Kontyngentach Wojskowych w misjach zagranicznych. Umówmy się, że są to głupoty, które kręcą jedynie prawdziwych zapaleńców. Ale tej pozycji nie mogłem Wam odpuścić.

Samobójstwo Supermocarstwa, to dzieło stworzone przez amerykańskiego polityka, pisarza i publicystę, Patricka Buchanana. Ten Pan jest nie tylko konserwatywnym "oszołomem", ale także byłym doradcą trzech prezydentów USA - Nixona, Forda i Reagana. Sam również startował w wyborach prezydenckich, ale próba ta niestety zakończyła się niepowodzeniem. Przeglądając biografię Buchanana łatwo wpaść na to, czego dotyczyła będzie książka. A dotyczyła będzie tego, że jest kiepsko.

Analizując sytuację w USA autor przedstawia twarde, przekonujące argumenty. Konkretniej rzecz ujmując pisze, że jest do dupy, dlaczego tak jest, jak było jeszcze kilkadziesiąt lat temu i czy znów by nie mogło być tak jak dawniej. Posługując się tym uproszczonym schematem omawia problemy ekonomiczne, społeczne, te związane z polityką zagraniczną, czy demografią i w konsekwencji z możliwościami przetrwania Ameryki w znanym nam obecnie kształcie i formie. Często odnosi się do historii, czasem do popkultury, obecnych wydarzeń, a nawet do sportu. Praca jest w gruncie rzeczy bardzo przekrojowa i niezmiernie wciągająca.

W dodatku nie zostajemy zamknięci w amerykańskiej enklawie. Buchanan analizuje wpływ państw ościennych na sytuację Stanów Zjednoczonych. Przeczytamy więc także o Chinach, Rosji, Turcji, Pakistanie, Iranie, czy nawet Polsce. Wydawałoby się, że w tak krótkiej książce (około 360 stron) wprowadzi to ogromne zamieszanie, ale jest wręcz przeciwnie. Treść jest ułożona niezwykle logicznie i w sposób profesjonalnie uporządkowany. Konstrukcja rozdziałów pozwala na błyskawiczne pochłanianie kolejnych kartek, a choć ze wszystkich bije ogromny pesymizm, to już ostatni rozdział pozostawia pewne, nieznaczne nadzieje. Ale jak przypomina Buchanan: "pesymista to przecież tylko lepiej poinformowany optymista".

Nie będę tu przytaczał wszystkich używanych przez Amerykanina argumentów. Jest ich mnóstwo, a wiele z nich, mimo tego, że na co dzień wydają się niedostrzegalne, są po prostu niezwykle oczywiste. W każdym razie książka otwiera oczy na wiele spraw i co najważniejsze uczy. Pokazuje nie tylko zagrożenia jakie czyhają na obywateli kraju za oceanem, ale także te, które coraz wyraźniej będziemy obserwowali, lub już obserwujemy na własnym podwórku. To jedna z tych pozycji, które warto czytać i wyciągać z nich wnioski.

Przeszkadzało mi wyłącznie odrobinę spartaczone tłumaczenie. Generalnie nie mam zastrzeżeń co do merytorycznego przekładu, ale zdarzyło się kilka, czy nawet kilkanaście literówek. Oczywiście przy tak dobrej książce jest to blady zarzut, ale nic innego nie zdołałem dostrzec. Aha, warto też podkreślić, że socjaliści się w niej nie odnajdą, gdyż ich zdolność do tworzenia utopijnych miraży jest dużo silniejsza niż logiczne argumenty.

Podsumowując: polecam cholernie gorąco. To naprawdę dobra książka i choć niezbyt popularna, to jeśli zdołacie ją gdzieś dostrzec, nie wahajcie się nawet przez chwilę:


Moja ocena to: 8,5/10

sobota, 10 maja 2014

Ranking komedii grozy:

Do stworzenia tego rankingu zabierałem się już bardzo dawno temu. Konsekwentnie okazywało się jednak, że moja znajomość w tym zakresie jest zbyt mała, by stworzyć w miarę obiektywną listę przodowników czarnego humoru. Dlatego też lista opiera się wyłącznie na aktualnej dyspozycji mojego chorego, zdegenerowanego umysłu. A ta nie jest obecnie zdumiewająco wysoka. Dobra, już bez zbędnych głupot, jedziemy:



7. Edgar Wright i Simon Pegg


Jedyna pozycja, którą siłą rzeczy musiałem opisać przez pryzmat reżyserów, a nie tytułów. A to wszystko przez to, że wspomniany duet ma na koncie trzy świetne filmy, które moim zdaniem prezentują bardzo zbliżony poziom, a jednocześnie przynajmniej oscylują w granicach komedii grozy. Pierwszy tytuł, to nakręcone w 2004 roku Shaun of the Dead (Wysyp Żywych Trupów), czyli bezlitosne naigrywanie się z konwencji zombie-apokalipsy, które dzięki świetnemu, brytyjskiemu poczuciu humoru zawładnęło moim sercem. Odrobinę makabry obaj panowie zaserwowali nam ponownie w 2007 roku, wypuszczając na ekrany kin Hot Fuzz (Ostre Psy). Obejrzeliśmy wtedy tę samą obsadę, tym razem w parodii kina akcji. Oczywiście nie mogło tu również zabraknąć miejsca na odrobinę makabry. Ostatnim członem brytyjskiego triumwiratu była produkcja z 2013 roku - The World's End (To już jest koniec) opowiadająca o inwazji obcej cywilizacji. Wszystkie produkcje łączył specyficzny humor, który na długo zapada w pamięci i do którego chętnie się wraca. Oczywiście nie można ukrywać, że jest to kino typowo rozrywkowe, ale w swojej klasie lekkich produkcji wiedzie zdecydowany prym.

6. Od zmierzchu do świtu (1996)

Nie oszukujmy się. To nie był horror. Film Roberta Rodrigueza, to po prostu porządna parodia kina "wampirzego". Świetne, wyraziste postaci, scenariusz stworzony przez Quentina Tarantino, tańcząca Salma Hayek i mnóstwo akcji sprawiły, że jest to naprawdę przyjemna produkcja. W dodatku dostajemy tu wszystko co lubią duzi chłopcy. A także to, co Ci mniejsi uwielbiają podglądać podczas seansu rodziców. To nie jest ten typ humoru, który sprawia, że parska się śmiechem. Więcej w nim nawiązań do popkultury, czystej, absurdalnej przemocy i grania na najniższych instynktach widza. Najgorszy jest oczywiście fakt, że film ten robi to cholernie dobrze.

5. Zombieland (2009)

Kolejna produkcja o nie do końca martwych trupach zasila zacne szeregi całkiem porządnych filmów. Nie ukrywam nawet, że o dziwo bawiłem się na nim lepiej, niż na wszystkich poprzednich pozycjach. Bardzo spodobał mi się szczególnie projekt przedstawienia zasad rządzących postzomboidalną rzeczywistością w całkiem zabawny sposób. Wiem że wiele osób uważało, że jest to raczej przeciętna i sztywna produkcja, ale do mnie gagi trafiały całkiem nieźle, Emma Stone była zaś bardzo miłym dla oka dodatkiem, natomiast Bill Murray swoim gościnnym występem podciągnął moją ocenę o kolejne oczko. Podkreślam też, iż jeśli miałbym oceniać wszystkie produkcje obiektywnie, to Zombieland znalazłby się na ostatnim miejscu, ale nic nie poradzę na to, że oglądało się go naprawdę fajnie. Sam seans zaś powtarzałem dwukrotnie, co w moim wypadku nie jest częstą praktyką.

4. Tucker & Dale vs Evil (2010)

Radosna rzeźnia oparta na moim ulubionym komizmie sytuacyjnym. Historia dwóch wieśniaków nieopatrznie uznanych za seryjnych morderców potrafiła mnie rozbawić setnie, a kilka scen pamiętam do dziś. Film jest krwawy, absurdalny i bezsensowny, ale niczego innego po dobrej komedii horrorowej nie śmiem oczekiwać.

3. Grindhouse (2007)


Kolejna wizyta Rodrigueza na top-liście. W Grindhouse jest wszystko - krew, wulgaryzmy, jednonogie striptizerki, co tylko sobie zażyczycie. Każdy kto obejrzał choć jeden film tego reżysera wie, czego można się po nim spodziewać. To humor dla twardych skurczybyków na który czasem patrzy się z konsternacją, ale którego raczej się nie zapomina. Trudno też jednoznacznie stwierdzić, że jest to typowa komedia grozy. Grindhouse w moich oczach stał się raczej gatunkiem samym w sobie, aniżeli tym, co znamy z jakichkolwiek wcześniejszych filmów.

2. Evil Dead II (1987)

Dowód na to, że klasyka nadal pozostaje bezkonkurencyjna. Film Sama Raimiego jest sequelem produkcji z 1981. Dzięki dodatkowemu budżetowi i zmianie konwencji na bardziej komediową jest w moich oczach jednocześnie obrazem o wiele lepszym od swego poprzednika. Historia to oczywiście nietuzinkowa interpretacja losów grupki osób uwięzionych w leśnej chacie. Z pewnością znacie tę opowieść - tajemnicza zła moc, mrok, izolacja od świata? Wszystkie elementy zawiera w sobie również Martwe Zło. Robi to jednak ze szczególnym humorem, lekko obrzydliwym, ale trzymającym się konwencji znanych z filmów grozy.

1. Martwica Mózgu (1992)

No właśnie. Pisząc o bezsensownych i absurdalnych komediach pełnych krwawych scen nie sposób pominąć filmu Petera Jacksona. Po tylu latach i po wielu starciach z komediami różnego rodzaju śmiało stwierdzam, że nie powstało jeszcze nic bardziej porąbanego. Banalny schemat - ugryzienie > zombie - zinterpretowano w niespotykany dotąd sposób. W dodatku w niesamowicie obrzydliwy. Ta komedia nie spodoba się nikomu, kto mdleje na widok krwi. Właściwie rozbawi ona tylko największych degeneratów, do których z dumą się zaliczam. Moim zdaniem jest to póki co najlepsza komedia grozy jaka powstała. Ba, to nawet najohydniejsza komedia z jaką się kiedykolwiek spotkałem, a balansowanie na granicy tego co obrzydliwe i zabawne jest najbardziej imponującym wyczynem jaki Peter Jackson ma na koncie.

Oczywiście zabrakło tu miejsca dla wielu świetnych filmów. Nie wspomniałem między innymi o mało znanym filmie koreańskim - The Quiet Family (1998) ze względu na to, że był on niedawno recenzowany. Spokojnie jednak znalazłby swe miejsce na tej liście. Tak jak i wiele innych produkcji o których zwyczajnie zapomniałem, czy też których jeszcze nie oglądałem. Dlatego też szczerze zachęcam Was do wytypowania własnych przedstawicieli tego zacnego gatunku.

wtorek, 6 maja 2014

The Quiet Family (Spokojna rodzinka), 1998

Czarna komedia stanowi niezwykły twór, który w zadziwiający sposób jest w stanie połączyć moje dwa ulubione gatunki filmowe. Oczywiście prawdą jest również, że większość produkcji z tej niszy, to pospolite crapy, które są kompletnie nieoglądalne. Dlatego też zawsze gdy trafię na pozycję polecaną choćby przez jedną osobę, nie waham się i błyskawicznie zasiadam do oglądania. Tym razem tą osobą okazał się twórca bloga ponapisach, na którym to (blogu, nie twórcy) możecie znaleźć profesjonalnie napisaną recenzję Spokojnej Rodzinki. Ja jak zwykle będę pieprzył od rzeczy, dlatego już na wstępie oferuję Wam przyzwoitą opcję ucieczki.

Sami tego chcieliście. Czymże jest Spokojna Rodzinka? Otóż, choć filmy z tego regionu nie goszczą zbyt często na moim ekranie, produkcja ta wywodzi się z państwa, które skopało nam dupy na pamiętnym mundialu 2002 niech ich piekło pochłonie. Prawdopodobnie kojarzycie je także z mało znanego przeboju wykonywanego przez pulchnego, zwinnego, skośnookiego piosenkarza, czyli Gangnam Style (to jest chyba nazwa tego przeboju, a nie piosenkarza, ale w gruncie rzeczy cieszy mnie to, że zdołałem pozostać w tej kwestii ignorantem). Tak jest, mowa o tej mniej zmilitaryzowanej Korei, znajdującej się w południowej części końca świata. I w tym momencie powinniście już wiedzieć, że będzie się działo. Ale to nie wszystko. Głównym punktem programu jest aktor, czyli znany z Oldboy-a Min-sik Choi, jedyna twarz z tego pięknego kraju, którą jestem w stanie odróżnić od reszty.
Hej, widzieliście już nowy odcinek Gry o Tron?
Historia zaczyna się bardzo spokojnie. Akcję otwiera sielankowe urządzania górskiego domku, który ma służyć rodzinie Kangów za jedyne źródło utrzymania. Ojciec, matka, wujek, dwie córki i lekko przygłupi syn mają nadzieję na zbicie prawdziwej fortuny. Okazuje się jednak, że turystyka nie jest branżą na której łatwo zbić kokosy. Pensjonat świeci pustką, a nasza szczęśliwa rodzinka zaczyna się niecierpliwić. Jednak po kilku dniach pojawia się on, pierwszy gość. Troszkę dziwny, ale przynajmniej płaci. Problem pojawia się dopiero następnego ranka, gdy wychodzi na jaw, że ów podróżnik wybrał sobie dom Kangów na miejsce wprost stworzone do samobójstwa. Teraz wczujmy się w pana Kanga. Pierwszy gość ginie w murach jego pięknego budynku. W dodatku gdzieś ginie portfel tegoż gościa. Czy coś takiego może dobrze wpłynąć na interesy? No kurcze, nie sądzę. Kangowie postanawiają więc potajemnie pozbyć się ciała. Okazuje się jednak, że to dopiero początek wszystkich kłopotów.

Co dzieje się dalej? W sumie nieważne. Grunt, że trup ściele się gęsto, a widz nie ma nawet chwili czasu na wytchnienie. Duża liczba postaci przewijających się przez film i świetne powiązanie ich losów z fabułą sprawiają, że do samego końca koreańska produkcja okazuje się wciągająca i nieprzewidywalna.
A mógł nie spojlerować...
W dodatku warto podkreślić, że w przeciwieństwie do czarnych komedii powstających po drugiej stronie oceanu, ta faktycznie trzyma widza w pewnym napięciu. Trudno jednoznacznie orzec, że ten film każdego przestraszy, ale oparcie się na ludzkich motywach działań każdego z bohaterów i rezygnacja z paranormalnych wtrąceń sprawiły, że w niektórych momentach na mojej skórze włosy stawały dęba. A przynajmniej te bardziej strachliwe. Wspominam o tym, ponieważ chciałbym zauważyć, że dawno nie widziałem filmu z tego gatunku, który tak idealnie wyważyłby proporcje pomiędzy grozą, a humorem. Oczywiście typowo mrocznym, makabrycznym humorem, ale chyba nie spodziewaliście się niczego innego.

W ostatnim akapicie odpowiem również na zarzut przedstawiony we wspomnianej wcześniej recenzji, jakoby koreańska produkcja zawierała w sobie zbyt wiele wątków, czy też bohaterów. Fakt, że wraz z postępem akcji historia rozbudowuje się coraz bardziej i po pewnym czasie można się pogubić, ale mnie to akurat nie spotkało. Moim zdaniem scenarzyści doskonale wyważyli liczbę postaci jakie można wprowadzić do filmu bez wywołania zbytniego chaosu w głowie widza. Jeżeli miałbym się na siłę do kogoś przyczepić, to postać jednej z córek moim zdaniem nie wniosła nic ciekawego do fabuły. Z żadnej innej postaci raczej bym nie zrezygnował.

Podsumowując: uważam, że jest to jeden z lepszych filmów jakie oglądałem w ostatnim czasie i jedna z lepszych czarnych komedii w ogóle. Do wszystkich wymienionych zalet dopiszcie śmiało dobrą muzykę i niezłe zakończenie, a wtedy sami stwierdzicie, że nie mogę ocenić tego filmu inaczej.


Moja ocena to: 8/10 

sobota, 3 maja 2014

Jakim jestem czytelnikiem, czyli melonowa nominacja

Jak dobrze wiecie nie przepadam za udziałem w różnych blogowych grach. Z drugiej strony lubię Melona. Jako że bardziej lubię Melona niż nie lubię gier, napiszę dziś kilka słów o sobie. To znaczy oczywiście o sobie jako czytelniku. Nie martwcie się, nie będę Was zadręczał swoją personą w bardziej prywatnym ujęciu. I nie ukrywam, że będę trochę ściągał od innych, gdyż nigdy nie cierpiałem na nadmiar kreatywności. Dobra, to jedziemy, panie kierowco, Move that bus!

Czy czytam na komputerze?

Nie, zwykle siadam obok komputera. A najlepiej czytać siedząc naprzeciw ekranu, ale wiem, że to zależy od preferencji każdego z nas.

Jak dużo miejsca w moim domu zajmują książki?

To zależy. Jeśli akurat mam na przechowaniu jakieś zwłoki, to pozbywam się części książek z piwnicy. Zwykle jest to kilka półek w regale.

Z drugiej strony jeśli mam większy zapas alkoholu, to na miejsce książek wędrują flaszki. Nie no, chyba w to nie uwierzyliście? Jaki student miał kiedykolwiek zapas alkoholu?

E-book, czy książka?

Książka, bo łatwiej pogryźć i szybciej się trawi. W dodatku głosy z książek przemawiają do mnie o wiele mocniej. Tylko czy ja powinienem słyszeć głosy? :O

Czy kończę czytać każdą książkę?

Tak, choć kilka z nich było tak słabych, że powinny skończyć w piecu. Jestem oczywiście przeciwko nazistowskim metodom działania, ale stos "Zmierzchu" buchający pięknym, ciemnopomarańczowym płomieniem na tle zachodzącego słońca jest bardzo kuszącą i romantyczną propozycją.

Czy kiedykolwiek płakałem czytając książkę?

Hell yes! Ryczałem jak bóbr czytając ostatnie rozdziały Kompanii Braci. Nigdy nie zapomnę tej książki. Jedyne takie uczucie w całym moim życiu. No dobra, drugie, bo raz się przewróciłem na rowerku, ale to poruszyło we mnie zupełnie inny stopień wrażliwości.

A co ze śmiechem?

Zaskoczę Was pisząc o Paragrafie 22? :D

Czy jem podczas czytania?

Wszystko powyżej słonego paluszka, czy innego rodzaju suchego prowiantu odpada, bo nie lubię mieć zajętych rąk. Jeżeli książka robi na mnie wrażenie, to czasem zdarzy się jakaś mucha, mały pająk, czy inne stworzenie uzupełniające deficyty białka.

Czy jestem w stanie czytać w hałasie?

Nie, ale za to potrafię bardzo głośno krzyczeć na hałasującego. Zwykle nie przeszkadzają mi dźwięki otoczenia, ale jeśli ktoś próbuje ze mną rozmawiać widząc, że trzymam w garści książkę, może powoli zacząć kopać swój grób...

Autorzy z Polski, czy zagraniczni?

Na co dzień spotykam wielu głupich Polaków. Głupich do tego stopnia, że przestałem im ufać i teraz czytam przeważnie pisarzy z innych stron świata. Nie mam jakiś wielkich uprzedzeń, ale i nie sądzę, żeby nasza literatura była na jakimkolwiek polu dominująca. Będę to kiedyś nadrabiał, ale to jeszcze nie jest ta chwila, to jeszcze nie jest to upragnione kiedyś...

Ulubiony cytat:

Człowiek jest istotą materialną, oto była cała tajemnica Snowdena. Wyrzućcie go przez okno, a spadnie. Podpalcie go, a spłonie. Przysypcie go ziemią, a zgnije, jak wszystkie inne odpadki. Człowiek bez ducha jest śmieciem. To była tajemnica Snowdena. Dojrzałość jest wszystkim.