sobota, 28 czerwca 2014

Tomasz Graczykowski - "Porzuceni"

Po zamieszczeniu dzisiejszej recenzji prawdopodobnie zakończy się moja świetna seria nawiązywania współpracy z autorami. Tym razem skontaktował się ze mną Pan Tomasz Graczykowski, proponując recenzję swojej powieści - "Porzuceni". Zaznaczył także, iż będzie to książka w klimacie sci-fi, w dystopijnym, mrocznym i brutalnym świecie. Coś co lubię. Nie wahałem się więc zbyt długo i ochoczo podjąłem się tego zadania.

Akcja książki Graczykowskiego rozgrywa się w dalekiej przyszłości. Ludzkość, nie mogąc żyć na skażonej planecie, opuszcza ją, udając się do swej nowej kolonii. Nazywa ją bardzo kreatywnie - Nowy Ład. Niestety ludzie, opuszczając ziemski padół (taaak, to brzmi dwuznacznie), postanawiają, że nie warto zabierać ze sobą ludzi niepotrzebnych. Tak więc na Ziemi zostają kryminaliści, teściowe, politycy, polscy piłkarze i inne tałatajstwo. Świat zmienia się jednak definitywnie. By przeżyć ludzie noszą maski tlenowe, mieszkają w hermetycznych pomieszczeniach otoczeni filtrami powietrza, walczą o pożywienie, czy wodę. Tak wygląda sytuacja w trzech z pozostałych na Ziemi siedmiu miast. Cztery inne otoczone są zaś szczelnymi kopułami, zapewniającymi świeże powietrze, a ludzie zamiast ochoczo brykać po ulicach korzystając z tego luksusu, smacznie śpią w swych kapsułach ćpając nex-9, czy inne cholerstwo.

I tu poznajemy naszego bohatera - Steelera. Zawód: killer, pierwsze zlecenie: tatry, wycieczka szkolna, zepchnął matematyka w przepaść (a nie, to nie ta bajka). Steeler jest prawdziwym wymiataczem. Tu muszę pochwalić autora, że stworzył naprawdę charakterystyczną postać. Zabójca, którego poznajemy, stanowi swoiste połączenie Jaxa z Mortal Kombat (mechaniczna łapa) z terminatorem (oko z trybem widzenia w podczerwieni) i każdym płatnym mordercą, jakiego znamy z filmów akcji (chęć zysku, niechęć do ludzi i groźny wygląd). Brzmi średnio, ale prezentuje się zaskakująco dobrze. Inni bohaterowie są stworzeni w bardzo podobnym stylu. Każdy człowiek, który zdołał przeżyć przedstawiony jest jako twardy i sprytny sukinsyn. I dobrze. To zdecydowanie buduje klimat, a nie ukrywam także, że takich bohaterów lubię najbardziej.

I przyznaję, że początkowo byłem zadowolony z tej lektury. Kilka fajnych pomysłów, pędząca akcja, wyraziści bohaterowie, ale... No właśnie, jest kilka konkretnych "ale", które zepsuły mi lekturę. 

Po pierwsze (primo) była to przewidywalność. Fakt, książka miejscami przypominała film akcji, ale raczej dość przeciętny. Czasem wydawało mi się, że fabuła zostaje zepchnięta na dalszy plan na rzecz skakania, strzelania, jeżdżenia, szukania kogoś, znów strzelania i tak dalej. Jeżeli chodzi o tę wadę przyznam, że zakończenie złamało schemat. Nie mogę zaprzeczyć, że było całkiem niezłe, choć niektórzy będą niezadowoleni z braku odpowiedzi na pewne pytania. Osobiście nigdy nie robiłem z tego problemu, gdyż zakończenia otwarte często są lepsze niż prowadzenie czytelnika za rączkę.

Drugą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy jest język. Nigdy nie byłem fanem długich, kilkustronicowych opisów, ale te, które czytałem u Graczykowskiego wydawały mi się za mało rozbudowane. Z czasem coraz bardziej wkurzały mnie powtarzające się opisy "hermetycznych drzwi", "groźnie wyglądających" postaci, "androidów" itd. W pewnym momencie po prostu zapragnąłem, żeby autor zastąpił te wyrażenia jakimiś innymi. Jeżeli chodzi o stylistykę przyczepię się też do wyrażenia "oboje" w odniesieniu do dwóch podróżujących wspólnie osobników płci męskiej. Wydaje mi się, że jedyną słuszną opcją jest "obaj", ale nie napiszę tego definitywnie, licząc na potwierdzenie tej kwestii przez moich bardziej ogarniętych czytelników (jest trzecia w nocy, nie będę tego teraz sprawdzał :)).  W każdym razie powtórzyło się to około trzykrotnie i zawsze irytowało jednakowo mocno.

Sama długość też pozostawia sporo do życzenia. Książka ma około 160 stron, ale nagromadzenie akcji sprawia, że długość ta wydaje się bardzo rozsądna. Dzięki temu historia generalnie nie nudzi. Przyznam, że przeczytałem ją dość szybko, ale jednocześnie dam głowę, że kolejne sto stron nie sprawiłoby mi radości. W takim formacie jest ona zdecydowanie znośna, jej "siłowe" rozszerzenie raczej nie podziałałoby na wzrost jakości.

Podsumowując wszelkie za i przeciw i chcąc być kompletnie szczerym ze sobą, muszę powiedzieć, że jest to raczej przeciętna pozycja. Ot, ani do końca dobra, ani zła. Ma swoje wady, ale jeżeli ktoś lubi sci-fi i dystopie, to potrafi sprawić radość. Choć osobiście nie żałuję poświęconego jej czasu, to biorąc pod uwagę wszystkie negatywne aspekty, które dostrzegłem:


Moja ocena to: 5/10

niedziela, 22 czerwca 2014

Aleksander Kowarz - "Samemu Bogu Chwała"

Jakiś czas temu skontaktował się ze mną pan Aleksander Kowarz. Zaproponował mi, abym zrecenzował jego najnowszą książkę pod tytułem Samemu Bogu Chwała. Nie ukrywam, że podszedłem do tej propozycji dość sceptycznie, nawet pomimo dobrej recenzji wskazanego utworu, którą miałem okazję przeczytać tutaj KLIK. Gdy jednak książka została błyskawicznie wysłana, z ochotą zabrałem się za lekturę.

Akcja powieści  toczy się w przyszłości. Świat jest obecnie podzielony na stronnictwo prochrześcijańskie, na którego czele stoi papież-człowiek, wespół z papieżem-maszyną, oraz na dżihadystów, o których przeczytamy już dużo mniej. Panuje więc swoista równowaga sił, przypominająca odrobinę czasy zimnej wojny. Jednakże wewnątrz państw katolickich pojawia się nowy wróg - heretycki Zakon Syjonu, który dąży do unicestwienia potęgi kościoła. W ten cały bałagan i skomplikowany świat pełen różnorakich powiązań wrzucony zostaje zwykły gwardzista - Ateron Kern.

Dobrze wiecie, że nie mam w zwyczaju rozpisywać się o fabule, dlatego też od razu postaram się przejść do meritum. Przede wszystkim książka jest lepsza niż przypuszczałem. Spodziewałem się nudnej, rozwlekłej i prostackiej pozycji, a dostałem kawał naprawdę solidnej lektury. Przede wszystkim imponuje mi to, jak zgrabnie autor połączył symbolikę religijną z tokiem zdarzeń. Trudno ukryć, że właśnie religia będzie tematem wiodącym dla tej powieści. Podobało mi się jednak to, że w książce Kowarza nie ma tych dobrych. Czy to kościół katolicki, czy to templariusze - każdy ma swoje za uszami. Dla mnie jest to zdecydowanie zaleta, gdyż znudziły mnie już pozycje, które piętnują tylko to, co piętnować jest najbezpieczniej. Mogę śmiało rzec, że autor znalazł ten złoty środek.

Fajną sprawą jest też przedstawienie alternatywnej historii świata. Nie dostajemy tylko post-apokaliptycznej rzeczywistości, ale także bardzo fajne i nawet dość realistyczne wytłumaczenie, jak do tego doszło. W dodatku w pewnym momencie mamy też lekko zarysowany akcent polski, co jest zdecydowanie interesującym smaczkiem, gdy niemal cała akcja toczy się we Francji i Włoszech.

Oczywiście warto podkreślić też to, że książka jak na dobrą fantastykę przystało jest pełna akcji. Znajdziemy w niej też odrobinę (ale nie za dużo) nowoczesnych technologii, ale także odradzających się po wiekach instytucji (inkwizycja). W dodatku muszę pochwalić niesztampowe zakończenie, które może nie zostawiło mnie siedzącego z otwartą gębą i śliną kapiącą na czytnik, ale przynajmniej poczułem się porządnie zaskoczony.

Teraz czas na mniej przyjemną część recenzji czyli wady. Przede wszystkim sam główny bohater, czyli Ateron, został nakreślony zbyt słabo. Fakt, dowiadujemy się z czasem o jego przeszłości, ale moim zdaniem był jednak za mało wyrazisty. Zabrakło mi jakiegoś szczegółowego opisu, który pozwoliłby mi się z nim utożsamić. W dodatku jego działaniom czasem brakowało konsekwencji, co szczególnie raziło, gdy zmieniał organizację dla których walczył niemal jak rękawiczki. Paradoksalnie większa uwagę przyciągały postaci poboczne, takie jak patriarcha Paryża, czy członkini Zakonu Syjonu - Francesca.

Kolejną wadą jest dla mnie to, że autor opisując pierwszy Dżihad i jego skutki posługuje się tymi samymi opisami. Odnosi się kilkukrotnie do jednolitej zabudowy miasta jaka powstała po wojnie, czy też do tego, że z wieży Eiffla pozostał tylko jeden filar. Stanowi to niejako symbol zniszczenia, ale oczekiwałem czegoś więcej. Jakiś ogromnych cmentarzy, masowych mogił, niewybuchów, nieuprzątniętych gruzów, które po tak ogromnym konflikcie powinny być czymś normalnym. Według mnie mimo tego, że świat był mroczny, to spokojnie mógłby być jeszcze bardziej przerażający.

W pewnych momentach zabrakło mi także wulgaryzmów. Niektóre dialogi aż prosiły się, żeby skwitować je soczystą "kurwą", ale w sumie lepiej z nich zrezygnować niż przesadzić.

Podsumowując: mimo wymienionych wyżej wad jestem zaskoczony z jak dobrą książką miałem do czynienia. Nie jest to może proza na miarę Cormaca McCarthy'ego, ale za to dostałem naprawdę dobrą, pełną akcji pozycję z naszego podwórka. Zadziwia mnie fakt, że książka musiała być wydana poprzez self-publishing, ponieważ zdarzyło mi się czytać książki wydawane przez największe wydawnictwa, które okazywały się kompletnym nieporozumieniem. Tu natomiast zrezygnowano z ciekawej, bardzo dobrze rokującej pozycji, którą w ogólnym rozrachunku naprawdę warto wziąć w łapy.  Całe szczęście, że Kowarz jednak zdecydował się na jej wydanie, gdyż uważam, że facet wykonał kawał dobrej roboty i strasznie szkoda by było, gdyby zobaczyła to tylko szuflada.


Moja ocena to: 7/10

piątek, 20 czerwca 2014

Krótki tekst w obronie rapu:

Witajcie. Dzisiaj mam niewątpliwą przyjemność sporządzenia krótkiego wpisu dotyczącego jednego z najbardziej pogardzanych gatunków w historii muzyki. Oczywiście nie jestem do tego odpowiednią osobą, ponieważ ze względu na mój wątpliwy iloraz inteligencji argumenty których użyję i tak nie trafią do większości czytających, ale cóż, warto spróbować. Nie ukrywam, że zainspirowały mnie wypowiedzi czytelników pewnego znanego serwisu satyrycznego, które to utożsamiały wszystkich słuchaczy rapu niemalże z podludźmi i kompletnymi idiotami. A jako że czasem zdarza się mi posłuchać utworów w tym klimacie, postanowiłem wziąć w obronę...siebie.

1. Bujający się murzyn
Oczywiście nawiązuję tu do kultowej i strasznie stereotypowej sceny z filmu "Chłopaki nie płaczą" - swoją drogą bardzo zabawnej. Niestety moim głównym polem zainteresowania jest muzyka krajowa, więc siłą rzeczy występuje tu znaczący deficyt murzynów (ludności czarnoskórej, rdzennej ludności Afryki; niepotrzebne skreślić). Oczywiście "nasi chłopcy" też wielokrotnie udowodnili, że naśladowanie choroby Parkinsona jest bliskie ich sercu, ale nasz rap, to również w dużej mierze bardzo oryginalne i ciekawe teledyski. Dlatego też podkreślając, że nie warto kisić wszystkich noworodków w tej samej beczce po kapuście, polecam sprawdzić na przykład ten kawałek:


2. Teksty o chlaniu, dupach i ciężkim życiu ulicy.
Zaskakujące jak często pojawia się ten argument wobec tego jaki jest rozrzut tematów poruszanych w kawałkach polskich raperów. Są to zarówno szalenie liryczne i otwarte na interpretacje teksty przypominające utwory poetyckie, jak i zwyczajne, proste manifesty polityczne, czy też deklaracje ideowe. Socjologia miałaby naprawdę ogromną frajdę zajmując się analizą każdego utworu z osobna. Dobrym przykładem może być (tak, nie mogłem się powstrzymać ;)):


3. Płytkość przekazu
O, to jest mój ulubiony argument. Słyszałem go już kilka razy z ust najróżniejszych ludzi. W sumie muszę tu nawiązać do punktu poprzedniego, ponieważ niektóre teksty, ich zawiłość i mnogość interpretacji jest tak ogromna, że słuchacz często nie jest w stanie pojąć o co chodzi wykonawcy, jeśli nie przeanalizuje utworu co najmniej kilkukrotnie. Mój przykład:


4. Oryginalność
Ogromną zaletą rapu jest to, że jest on w ogromnej mierze muzyką niekomercyjną. Jest więc pewnego rodzaju źródłem i zalążkiem oryginalności, ujściem dla wyobraźni naprawdę wielu kreatywnych ludzi, którzy nie przebiliby się na przykład do radia. Oczywiście pojawia się także wiele tekstów mówiących o tym, że "jestem oryginalny bo jestem lepszy niż inni i jestem superraperem więc nie fikaj do mnie, bo moje ziomki cie zniszczom", ale wiele perełek jest też w tym stylu:


5. Raperzy są idiotami
Panuje powszechne przekonanie, że praca rapera, to składanie kawałków z kilku prostych słów i napieprzanie nimi pod bit. O dziwo jednak wielu z nich, to naprawdę rozsądni i oczytani ludzie. Trudno chyba znaleźć dobitniejszy przykład niż ten Pan:

Ciekawe swoją drogą ile tytułów książek jesteście w stanie wychwycić po jednokrotnym przesłuchaniu tego utworu?

6. Hip hop umiera
Pojawiają się już głosy, że kultura ta wyszła z mody i ostatnim jej bastionem są osiedlowe sklepy i bandy grasujących wokół nich łysych dżentelmenów. Ale jak można coś takiego mówić, gdy wciąż pojawiają się utwory takie jak ten?


7. Bezsensowność słuchania rapu
Po tych wszystkich sentymentalnych i bardziej estetycznych kawałkach czas na praktyczniejsze zastosowanie rapu. Czyż bowiem może mi ktoś zaproponować utwór, który będzie lepszym towarzyszem treningów niż ten?


8. Humor
Na sam koniec zostawiłem perełkę, czyli to co w rapie doceniam najbardziej. Jest to gatunek muzyczny, który najczęściej realizuje niesamowicie trudny cel wywołania uśmiechu na mojej gębie. Głównie dzięki takim kawałkom:



Oczywiście mam świadomość tego, że tych którzy nie lubią rapu i tak nie przekonałem, aczkolwiek tekst miał raczej uświadomić, że potępianie w czambuł czegoś, czego się w gruncie rzeczy dobrze nie zna jest z lekka bezsensowne. Oczywiście ja sam nie jestem jakimś psychopatycznym obrońcą rapu, gdyż po prostu słucham tego co mi się podoba (a są to najróżniejsze gatunki muzyczne). Myślę jednak, że czasem warto poznać coś nowego, więc zachęcam Was szczerze do przesłuchania przynajmniej niektórych utworów na które tu wskazałem.

Ps. Możecie mnie teraz znaleźć także na facebooku, do czego serdecznie zachęcam, choć w sumie nie mam żadnych argumentów, które mogłyby Was do tego przekonać ;)

sobota, 14 czerwca 2014

V/H/S + V/H/S/2 czyli życzenie szybkiej śmierci.

Ehh, nie mam ostatnio szczęścia do dobrych horrorów. Wszystkie te mega straszne produkcje, które ludzie mi polecają, okazują się być tymi fatalnymi found footage, których największą zaletą jest to, że można je wyprodukować za małe pieniądze. I proszę się na mnie nie obrażać, ale moim zdaniem filmy tak kręcone nie są absolutnie straszne. Swego czasu był ten nudny Blair Witch, później minimalnie interesujące Paranormal Activity, niezły Rec, a po nim nie oglądałem już niczego dobrego. Ale jako że niełatwo mnie zniechęcić, to sięgnąłem po jeszcze jedną rekomendację, a mianowicie miałem nieprzyjemność obejrzeć dwie części V/H/S.

I muszę Wam powiedzieć, że moim zdaniem, a więc kompletnie subiektywnie - to jest straszne gówno. Wiem że wielu ludzi uważa, iż horror ten wyróżnia się wśród innych, ale ja sto razy bardziej wolałbym wrzucić na tapetę jakiś stary film grozy klasy B, niż męczyć się z tą kaszaną. Nie mam nawet zamiaru recenzować tych części oddzielnie. Traktuję je jako całość, bo jako całość powinny spłonąć w piekle.
Panie rezyserze, coś mało tej krwi, dajcie jeszcze z wiaderko...
Zacznijmy jednak od historii. W obu przypadkach mamy ludzi włamujących się do tajemniczego (a jakże) domu, by tam znaleźć kolekcję kaset wideo. Na każdej z nich znajduje się jakaś inna historia. Generalnie każda z nich kończy się konkretną masakrą. Rozstrzał jest spory. Mamy tu zarówno opowieść o sukkubie, japońskiej sekcie psycholi, obcych, mordercy-cieniu, czy zombie. Generalnie większość z nich łączy to, że fatalnie się je ogląda.

Jak przystało na found footage mamy do czynienia z wibrującą, skaczącą i kręcącą się w każdą stronę kamerą. W dodatku często siły zła sprawiają, że obraz się rozmazuje, trzęsie i zakłóca. Miało to niby straszyć, ale jest tak cholernie wkurzające, że miałem ochotę te kasety VHS wepchać  twórcom tego dzieła tam, gdzie na pewno nie zostałyby odtworzone.
Nieee, co Ty, wcale nie widać, że zapomniałaś zrobić makijaż.
Co jeszcze łączy wszystkie opowieści? Mnóstwo krwi. Wszędzie jest taka ilość gore, że z czasem robi się to śmieszne. Założę się, że reżyserzy dostali sztuczną krew na jakiejś promocji w biedronce, bo leje się jej tak nieprzeciętnie dużo, że sam bałem się o swoją koszulę siedząc przed ekranem. Zdecydowanie przegięcie i wcale nie dlatego, że łatwo mnie obrzydzić. Po prostu moim zdaniem większość przedstawionych sytuacji ocierało się o granice absurdu. Gwarantuję wam jednak, że jeśli ktoś zmusiłby mnie do obejrzenia trzeciej części tego chłamu, to sam podciąłbym sobie żyły, żeby sprawdzić czy poziom realizmu w filmie jest adekwatny do rzeczywistości.

No i cycki. Jak wiecie dobre cycki nie są złe. Ogólnie muszę powiedzieć, że cycki są fajne. Lubię cycki. Ale czy ja oglądam pornosa czy horror? Po cholerę w każdą historię wplatać jakąkolwiek kobietę, choćby była wzięta z dupy i kompletnie nie na miejscu, żeby tylko pokazać cycki? Tym razem nie był to dobry pomysł, choć wiem, że to może zabrzmieć dziwnie.
Patrząc na ich śmierć zżerała mnie zazdrość - ja musiałem obejrzeć do końca...
Wyjątkowo wspomnę na sam koniec o zaletach. Tu już będzie krócej. Chyba ze dwie opowieści były ciekawe i rzeczywiście jakaś tam nutka tajemnicy grała w tle. Co do reszty, to zwyczajna strata czasu. Może zwyczajnie film nie trafił w mój horrorowy gust, ale zadziwia mnie, że tak naiwna pozycja może się podobać. Cóż, ludzie mają różne charaktery i rozumiem, że różne rzeczy trafiają do widza, ale:


Moja  ocena to: 4/10 (zsumowałem oceny obu części, żeby nota była choć trochę bardziej obiektywna, bo każdej oddzielnie dałbym 2/10)

piątek, 6 czerwca 2014

Sarah Lotz - "Troje"

Katastrofa samolotu, to szczególnie medialne wydarzenie. Jednak cztery maszyny spadające z nieba jednego dnia stanowią już prawdziwą sensację. Tak właśnie przedstawia się historia opisana w książce pani Lotz, którą miałem przyjemność przeczytać. Feralnego, styczniowego popołudnia upadek zaliczają loty statków powietrznych przemieszczających się  zarówno nad Europą, Japonią, Południową Afryką oraz Stanami Zjednoczonymi. Ze wszystkich czterech katastrof z życiem udaje się ujść tylko trójce dzieci. Czytelnik natomiast otrzymuje czarną skrzynkę, która będzie stanowiła przewodnik, odkrywający drogi do rozwiązania zagadki tej tragedii.

I to nie jest w żadnym wypadku metafora. Otwierając paczkę z przesyłką byłbym gotów dać sobie odciąć głowę za to, że w środku znajduje się jakieś pudełko. Na szczęście w okolicy nie było żadnego kata, ani gilotyny, więc z radością mogę pisać do Was te słowa. Zamiast pudełka była bowiem książka. To co mnie niesamowicie zaskoczyło, to świetna oprawa graficzna. I nie mam na myśli wcale ładnej, minimalistycznej okładki, ale świetny pomysł na pokolorowanie brzegów kartek na czarno, co wyglądem niesamowicie przypomina powszechne wyobrażenie czarnej skrzynki (choć ta tak naprawdę wcale czarna nie jest). Prezentuje się to zaskakująco ładnie i przyznam, że niesamowicie przyciąga wzrok. Pierwszy raz bowiem spoczywająca na półce książka zaciekawiła nawet moich nieczytających kolegów, a uwierzcie mi, że to o czymś świadczy.

Jak sama autorka wspomina jednak w tekście, to nie tylko okładka decyduje o książce. Warto więc byłoby porozmawiać o tym, co znajdziemy w środku. Przede wszystkim uderzyło mnie to, że jest to produkt niezwykle innowacyjny. Dawno nie widziałem, żeby ktoś tak zręcznie żonglował różnymi formami wypowiedzi pisemnych. Mamy tu wszystko; stenogramy rozmów, raporty komisji, mnóstwo dialogów, wywiadów, reportaży, czy nawet wypowiedzi zaczerpniętych z blogów i forów internetowych. Komponują się one naprawdę dobrze, więc żadna część nie wydawała mi się przesadzona, czy też wepchana na siłę.

Od spraw technicznych przejdźmy jednak do kluczowych dla tej recenzji, czyli kwestii merytorycznych. Jako że książka przedstawiona jest jako thriller, główną jej zaletą powinna być nieprzewidywalna i ciekawa zagadka. Taka właśnie jest sprawa cudownie ocalonych. Jak bowiem mogło dojść do tak ogromnego wypadku jednocześnie w czterech miejscach na Ziemi i jak ktokolwiek mógł wyjść z nich bez szwanku? Do samego końca nie wiemy jakim torem potoczy się cała ta historia, a trudno jednoznacznie orzec, czy nawet po przeczytaniu ostatniej strony każdy czytelnik w ten sam sposób odpowie sobie na nurtujące go pytania. W każdym razie na drodze prowadzącej do rozwiązania tego problemu, napotkamy także morderstwa, fanatyków religijnych, paranormalne moce i prostytutki, a więc elementy te stanowią obietnicę całkiem niezłej zabawy.

Bardzo fajną sprawą jest także zaangażowanie autorki w realne oddanie tła wydarzeń. Gdyby ta historia wydarzyła się naprawdę, wtedy z całą pewnością schemat zdarzeń nie różniłby się znacząco od przedstawionego tutaj. Sarah Lotz postarała się, by zarówno sprawy związane z ratownictwem, zarządzaniem kryzysowym, dziennikarstwem, czy światem polityki, oddane zostały jak najwierniej. Wyszło jej to naprawdę dobrze i całość wygląda jak reportaż z prawdziwych wydarzeń. W dodatku przewijające się przez powieść odnośniki do stron internetowych sprawiają, że czytelnik faktycznie ma wrażenie, że taka sytuacja miała miejsce.

Co do wad - nie jest ich zbyt wiele. Gdybym miał wskazać na tę najbardziej uporczywą postawiłbym na nużące fragmenty w okolicach środka książki, ale z drugiej strony mało jest takich pozycji, które nie cierpią na tę przypadłość. Na całe szczęście po momencie "przynudzania" zawsze dzieje się coś, co każe czytać dalej, więc sprawa napięcia wydaje się wyważona całkiem sprawnie. Nie podoba mi się też oszukiwanie czytelnika. Oczywiście mam na myśli puste kartki po poszczególnych rozdziałach. Tym sposobem książkę czyta się z pewnością o wiele szybciej i jest ona łatwiejsza do przyjęcia przez mniej zaawansowanych czytelników, ale ja patrząc na puste pole czułem się po prostu wprowadzony w błąd co do liczby stron. Nie będę się o to zbytnio czepiał, bowiem wydłużenie tej powieści z pewnością by jej nie posłużyło, a sama objętość nie ma tak naprawdę w tym przypadku wielkiego znaczenia. Nie wiem jednak, czy taki zabieg był stuprocentowo słuszny.

Podsumowując: jest to po prostu bardzo dobra, siódemkowa książka. Bardzo dynamiczna w odbiorze historia, z ciekawym tłem, która pokazuje sposób funkcjonowania ludzkiej społeczności w obliczu tragedii. Ze względu na innowacyjność i oprawę, która naprawdę bardzo mi się spodobała dodaję jej jednak jeden punkcik:

Moja ocena to: 8/10


Ps. Podziękowania kieruję w stronę Pauliny - to właśnie dzięki niej miałem okazję przeczytać tę książkę. Jesteś super! :D

niedziela, 1 czerwca 2014

I Saw The Devil (2010)

Trudno znaleźć słowa, które mogą wyrazić uczucia po seansie koreańskiego hitu "I saw the devil". Nie mogę sobie w żaden sposób wyobrazić, że ktoś będzie w stanie zamknąć gębę z wrażenie przez co najmniej piętnaście minut od obejrzenia jego zakończenia. Jeżeli szukacie czegoś, co da Wam konkretną dawkę emocji - czytajcie dalej.

Kim Je-Woon, reżyser którego film miałem już przyjemność recenzować tutaj, przebił sam siebie. Nakręcił bowiem thriller, który powinien zwalić z nóg każdego miłośnika twardego, brutalnego kina. Choć nie jestem jeszcze zgorzkniałym, starym dziadem, plującym na ulicę z balkonu, mogę śmiało powiedzieć, że sporo już widziałem. I w żadnym wypadku nie spodziewałem się, że jakaś produkcja będzie mnie w stanie tak zaskoczyć. Na szczęście tym razem się pomyliłem - i to cholernie...

Jak NIE pakować prezentów na święta...
Nie wiem jak z banalnej historii o zemście można zrobić tak dobry i przenikliwy film. Tak naprawdę to będzie chyba mój jedyny zarzut. Opowieść to ograne revenge story - ginie narzeczona naszego bohatera, więc od tego momentu rozpoczyna się poszukiwanie sprawcy, pogoń i zemsta. Nic specjalnego, nic odkrywczego. Pomyliłem się jednak podchodząc tak do tego filmu na początku. W rzeczywistości wygląda na to, że cała historia, to po prostu pretekst do przedstawienia konfrontacji dobra ze złem. Choć obecność dobra w tym przypadku jest jednak bardzo dyskusyjna.

Najgorszy sprzedawca kebabów ever. Z papierosem do pracy ?! Serio ?!
Nie będę Wam jednak przedstawiał swoich pseudofilozoficznych wywodów. Warto raczej podejść do tej produkcji od tej technicznej strony. Dobry thriller musi przede wszystkim zaskakiwać, trzymać w napięciu. Sama akcja i sposób jej przedstawienia zawsze wydawały mi się drugoplanowe - liczyła się historia. Ale tutaj jest wszystko. Brutalność, która była w stanie zszokować nawet mnie, scena morderstwa w taksówce, która nakręcona została wprost genialnie, hektolitry krwi, ścieżka ruchów przestępcy  wyznaczana przez poniewierające się ciała ofiar i ta ciągła niepewność - tak się właśnie powinno realizować świetne filmy. Jakby tego było mało reżyseria scen akcji bije na głowę wiele hollywoodzkich produkcji.

Przyznam, że z całą pewnością nie jest to film dla wszystkich. Raczej nie zobaczymy go w sobotni wieczór na Polsacie. Absolutnie nie jest to kino familijne. To prawdziwa rzeź dla ludzi, których nie poruszają mroczne i ponure produkcje. Jeżeli nie lubicie krwi na ekranie - nie macie tu czego szukać, jeśli rażą Was sceny gwałtu - będziecie chcieli bardzo szybko zakończyć ten seans, jeżeli zaś jesteście idealistami, wierzącymi w dobrą naturę człowieka - będziecie długo myśleć o tej produkcji. Brak jakichkolwiek niedopowiedzeń jest tutaj czymś oczywistym jak łapówki w polskiej polityce. Mało tego, sama końcówka filmu została tak świetnie dopracowana, że sam widz zastanawia się, czy jest tak naprawdę całkowicie porządnym człowiekiem.
Informacja: To tylko screen. Nie przedstawia on sceny gwałtu wspomnianej w tekście, choć rozumiem, że może być odrobinę mylący...
Ten film jest cholernie trudny, ale właśnie dlatego, że stawia na prostotę. Nie prowadzi nas przez jakiś wyidealizowany teatrzyk, w którym "ten zły" chce zniszczyć świat, a "ten dobry" jest tam tylko po to, żeby go ocalić. Ogromną rolę grają tu emocje, a nawet ich brak, który okazuje się ogromnym bodźcem do niektórych działań. Czy jest w nim coś strasznego? Chyba tylko w tym ludzkim wymiarze. Mimo ogromnej brutalności nie bałem się w żadnym momencie, choć muszę przyznać, że zainteresowanie budzi całkiem sprawnie, więc odwrócenie głowy od ekranu staje się niesamowitym wyzwaniem. Wielka w tym zasługa bardzo dobrej gry aktorskiej, choć moim zdaniem postaci drugoplanowe nie dawały sobie tutaj rady, a ich przewijanie się przez ekran często niosło ze sobą dawkę śmiesznej nieporadności. Za to do aktorów, którzy odgrywali kluczowe role nie mam najmniejszych zarzutów.

Podsumowując muszę przyznać, że polecam ten film, ale nie z czystym sercem. Nie każdy się w nim odnajdzie i ciężko powiedzieć, że był to przyjemny seans. Przebicie się przez taką produkcję, to jak sprawdzian z matematyki - niby czujesz się przygotowany na wszystko, ale nigdy nie wiesz co Cię tak naprawdę czeka, natomiast po wyjściu z sali i tak najprawdopodobniej poczujesz się jak ostatni śmieć. A mimo to jestem nim w jakiś dziwny sposób zafascynowany i tym razem:


Moja ocena to:  8/10