wtorek, 29 lipca 2014

Wampir z dyskontu, czyli słów kilka o Lestacie...

Dzisiaj jestem zmuszony zaprezentować Wam tekst, który nie będzie klasyczną recenzją. Dlaczego tak? Otóż wielu z Was, drodzy czytelnicy, polecało mi książki Anne Rice. Miała to być w miarę dojrzała historia z prawdziwymi wampirami w tle. Żadne tam świecące, wyżelowane lowelasy - po prostu potwory żądne krwi. Wziąłem więc na chybił trafił "Opowieść o złodzieju ciał", czwartą książkę z serii, ale dałem radę przeczytać tylko pierwszy tom. Dlatego też, żebyście nie mieli mi za złe, nie będę się bawił w klasyczną reckę, tylko po prostu napiszę, co mi nie pasowało w tej historii. A trochę tego było.

Na wstępie zaznaczam, że mój umysł musi funkcjonować na zupełnie innych zasadach, niż wielu czytelników, którzy ubóstwiają tę serię. To było najbardziej męczące trzysta stron, jakie przeczytałem od czasów "Nad Niemnem". Przeszkadzało mi niemal wszystko, zasnąłem dobre cztery razy, a z samą lekturą walczyłem ponad tydzień. Jako że nie jest to klasyczna recka zastrzegam sobie prawo do kompletnej, niekwestionowalnej subiektywności opinii, która pojawi się w kolejnych akapitach.

Zacznę od głównego bohatera, którym oczywiście jest wampir Lestat. Co jest jego znakiem rozpoznawczym? Zdecydowanie jęczenie. Widocznie kobiety kochają narzekających mężczyzn, bo zauważyłem, że Lestat cieszy się niesamowitą aprobatą czytelniczek. Oczywiście pomijając fakt, że jest piękny (tym mnie akurat autorka nie "kupiła")i wszechpotężny, jego głównym atrybutem jest także pseudo-filozoficzna gadanina. Dialog z innymi postaciami może prowadzić przez bite dziesięć stron, rozmawiając a to o Bogu, a to o sensie życia, a to o moralności. Spoko, mógłbym to jakoś znieść przez chwilę. Ale nie chcę, żeby filozofia stała się podstawowym elementem książki, która miała traktować o wampirach. Tym bardziej, że rozmowy te byłem w stanie tolerować tylko na początku, a potem widziałem losowy ciąg literek, które miałem ochotę pominąć.

I tak, czekałem na akcję, bo przecież coś musi mi zrekompensować ten morderczy ciąg bzdurnych dialogów i monologów. I wiecie jak wygląda dynamiczny, filmowy opis morderstwa w wykonaniu pani Rice? Idzie sobie nasz Lestatcik ulicą, robi się głodny, więc postanawia wszamać dwóch "rzezimieszków". Taaaak, troszkę parafrazuje, ale jeśli chodzi o szczegóły tego morderstwa, to jestem niemal tak samo skrupulatny jak autorka. Nie dam wiary, że kobieta, która potrafi sporządzić opis parującej w łazience wody, zajmujący trzy/cztery zdania, nie jest w stanie wysilić się na tyle, by napisać dobre sprawozdanie z morderstwa. Przecież ja wyłącznie po to wziąłem tę książkę w łapy.

Tak, wiem. Taka, a nie inna opinia wynika wyłącznie z tego, że jestem prymitywem, który kompletnie nie zrozumiał przesłania, jakie autorka zawiera w swoich książkach. Z czystym sercem przyznaję się, że nie zrozumiałem. Oczekiwałem raczej zwykłej rozrywki, a tu jej nie znalazłem. W połowie zmieniłem swoje nastawienie i doszukiwałem się w tych wszystkich rozmowach jakiegoś morału, głębii. Tego także nie mogłem znaleźć. To dziwi mnie tym bardziej, że byłem w stanie wyciągnąć przyjemność z czytania książek Salmana Rushdiego, a taka Anne Rice okazała się dla mnie zbyt wyrafinowana.


Zwykle książki, które mi polecacie są świetne, ale ta kompletnie nie trafiła w mój gust. Oszczędzę sobie błyskotliwych porównań i mniej błyskotliwych epitetów. Cieszę się, że Anne Rice jest już za mną. Mam nadzieje, że nie będzie dane nam się więcej spotkać. Z jednej strony trochę mi przykro, że nie mam pełnego obrazu, ze względu na przerwanie lektury po pierwszym tomie, ale z drugiej ogromnie się cieszę, że nie muszę już słuchać tych bredni o ciężkim życiu wampira Lestata. Kołek mu w serce.

wtorek, 22 lipca 2014

Oculus (2013)

Fakt że na jakiś czas zrezygnowałem z oglądania filmów, sprawił chyba, iż jestem o wiele mniej wybredny niż dawniej. Dziś przed spaniem włączyłem sobie "Oculus'a", którego sprawdzenie już od dawna miałem w planach. I cholera - nawet mi się podobało.
Ahh, ten uwodzicielski wzrok...
Zacznijmy od historii, która w horrorze jest tak istotna, jak skakanka dla Stephena Hawkinga. Każdy kto oczekuje nowatorstwa w tej dziedzinie, jest co najmniej niespełna rozumu. Tym razem trzy wersje scenariusza rzucono do maszyny losującej i szczęśliwym trafem padło na nawiedzony przedmiot. Mianowicie lustro. Tak, wiem, że był taki film jak "Lustra". Jak zaczniecie mi walić o tym przypomnienia w komentarzach, to uznam, że nie czytacie całości i zastrzelę - obiecuje.

Nie chodzi jednak o lusterko, które nosicie w torebeczkach, żeby czasem się przejrzeć i poudawać, że nie wyglądacie jeszcze doskonale (tak, to było do kobiet i tylko niewielkiej części facetów). To lustro jest dość duże, wiekowe, przypominające zwierciadło z ogromnej wiktoriańskiej posiadłości, którą właśnie teraz powinniście sobie wyobrazić. Takie lustro w którym kobiety poprawiały sobie to, co poprawiało się dwieście lat temu, a mężczyźni, jak przystało na istoty szczególnie inteligentne, tak jak dziś sprawdzali ile urósł im bicek, albo wyciskali pryszcze.
Sweet focia w lustrze. Nawiedzonym.
Główni bohaterowie, to chłopak i jego siostra. Z całą pewnością mieli jakieś imiona, ale who cares. Dlatego też warto nadać im jakieś opisowe kryptonimy. Młody mężczyzna ze względu na czas jaki spędził w wariatkowie, może być z powodzeniem nazwany szaleńcem. Albo mordercą ojca. Nie ma co, gość ma ciekawą i bogatą osobowość. Kobitka była tak niewyraźna, że zdołałem tylko określić ją jako "ta ruda małpa", "mam fajnego chłopaka, który kupi mi co zechcę" oraz "wiem wszystko, ale Ciebie potrzebuję, bo nie mam z kim prowadzić dialogów". Trochę przydługie, wiem.

No dobra, przechodzę do sedna. Wiadomo, że najważniejszy w horrorze jest klimat i ta szczypta strachu, którą każdy chce poczuć. I to mi się zdecydowanie udało uchwycić. Widziałem gdzieś, że samym zjawom zarzucano pewną sztuczność, ale mi przypominały klasykę. Coś w stylu "Shutter", tylko w trochę lepszej jakości. Trudno jednak zaprzeczyć, że postawiono raczej na old-school straszenia. Bardzo mi się to spodobało, bowiem ostatnio nie widziałem tak sprawnie zrealizowanego horroru, nawet jeśli miałby to być mix motywów z poprzednio powstałych produkcji. I choć nie jest zbyt krwawo, to film ma pewne sceny, które potrafią wywołać ciarki na plecach, albo na tym, na czym lubimy mieć ciarki.
Co za technika. Jeszcze ze trzy sekundy i laska odklepie jak Najman...
Pochwalę też ten chaos, który zapanował pod koniec filmu. Znów odniosę się do komentarzy, które czytałem. Że niezrozumiałe, że przenikanie rzeczywistości, że bez sensu - i odpowiem klasycznym, kulturalnym - "gówno prawda". To właśnie było najlepsze. Swoboda interpretacji tego zakończenia była niezwykle szeroka i choć nie wyjaśniono nam wszystkiego, to ja nie mam o ten fakt najmniejszych pretensji. To naprawdę fajna sprawa szczególnie dla ludzi, którzy po seansie lubią sobie jeszcze pogdybać.

Podsumowując: może wpłynęła na to moja abstynencja filmowa, ale uważam, że to naprawdę wart uwagi horror. Tak jeśli chodzi o realizację, jak i klimat, przypomniał mi najlepsze produkcje z wcześniejszych lat. Oczywiście nie ma tu nic szczególnie nowatorskiego, ale sprawne wykonanie tych elementów, które zdecydowanie da się spieprzyć, sprawia, że zaliczę ten seans do całkiem udanych. Wiem, że i tak będziecie kręcili swoimi nochalami, ale nie każdego da się zadowolić, a grunt, żebym zadowolił siebie...ekhm.

Moja ocena to: 7/10

Ps. Póki co przeprowadzam pewien eksperyment z reklamami Adsense. Nie zrażajcie się - one znikną niedługo i z całą pewnością nie zdążę uzbierać tam żadnej konkretnej kwoty, ale niesamowicie ciekawi mnie:
- jak wpływają reklamy na oglądalność strony? (czy ta rzeczywiście spadnie)
- ile mogę zarobić na tak mało popularnej stronce? (impreza trwa miesiąc - po tym czasie planuję je wyłączyć)
- chciałem też sprawdzić jak się prezentują (ale to już wiem)

Jeśli strasznie Wam przeszkadzają - piszcie w komentach - polecą stąd niezwłocznie ;)

czwartek, 17 lipca 2014

Ale siara...

Nie wiem skąd czasem biorą się u mnie takie przemyślenia, ale zauważyłem, że cieszą się one nie mniejszą popularnością niż wszelkiej maści recenzje. Dlatego też, choć dawno tego nie robiłem, dziś trochę sobie ulżę (nie tak jak myślicie, zboczuszki!).

Zacznijmy od początku. Ewa, Adam, jabłko i pierwsze "biedronki" - pewnie niewielu kojarzy te czasy, ale tak, to jest dobry punkt wyjścia do dzisiejszych rozważań. Człowiek od zawsze wykazywał się niesamowitą kreatywnością. Jako gatunek zaczęliśmy całkiem nieźle. Tu ktoś wymyślił koło, tam znów gilotynę - same ciekawe, przydatne rzeczy przez kilka tysięcy lat. Aż nadszedł nasz piękny wiek dobrobytu, konsumpcjonizmu i niemieckiego porno.

Przez bardzo długo nie sądziłem, że zaskoczy mnie jeszcze jakieś odkrycie. Że można stworzyć coś nowego, co w świecie technokratów okaże się kompletnym i niespodziewanym objawieniem. Szukałem czegoś w stylu elektryczności, czy chociażby jadalnej bielizny. I w końcu jest, "nadejszła ta wiekopomna chwila", jak mawiał poeta. Trzeba było kilku tysięcy lat istnienia naszego gatunku, by stworzyć...

...pieprzony spray znikający z trawy po dwóch minutach. Tak jest, nasza rola została już spełniona. Możemy teraz odejść w spokoju wiedząc, że zostawiamy po sobie ten wielki wynalazek, ułatwiający życie wszystkim kolejnym pokoleniom arbitrów piłkarskich. Mundial bez białej pianki nie byłby przecież taki sam.

Wiem że znów się czepiam o byle co, ale kurde... to jest tylko zwykły biały spray. Dlaczego komentatorzy rozwodzili się nad tym, jakby co najmniej odkryto Amerykę? Zastanawia mnie też jak wielki sztab fachowców powołano w celu opracowania odpowiedniej formuły? Jak chemicy całego świata zrzeszyli się, by w imię szczytnej idei zaoszczędzenia dwóch minut z czasu gry, opracować ten niesamowity, niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju "szprei do trawy"? Nigdy już nie zwątpię w potęgę ludzkiego umysłu.

I jeszcze jedno, tym razem cieplejsze słowo na temat drugiego fenomenu minionych mistrzostw świata (wow, to faktycznie tekst o piłce, a miałem już o tym nie pisać :() - system goal line. Rewolucyjny, zmieniający oblicze gry system rozpoznawania, czy piłka przekroczyła linię bramkową. Pięknie, bardzo pięknie, rok 2014 to chyba najwyższy czas, żeby już zamontować ten pieprzony czujnik i kawałek kamerki. Szkoda że pomyśleliśmy o tym dopiero teraz. Tak proszę państwa, pierwszą bombę atomową Oppenhaimer zdetonował w 1945 roku, byśmy my mogli się cieszyć, że 69 lat później mamy w końcu kawałek kamerki i czujnika w bramce. Lampard też jest z pewnością bardzo zadowolony...


Wpis sponsorowany przez:

wtorek, 15 lipca 2014

Jean-Christophe Grange - "Zmiłuj się"

Tym razem nietypowo, bo będzie o książce, która mi się spodobała. W dodatku jest to pierwszy w historii tej strony tekst, co do którego zasugerowałbym ograniczenie wiekowe. Żeby za bardzo nie szaleć, proponuję czytać tylko osobom, które już skończyły dziesięć lat. No chyba, że lubisz torturować zwierzęta, wsadzasz sobie w odbyt różne rzeczy, albo lubisz wątróbkę (przypadek beznadziejny). Wtedy wbijaj śmiało. Zresztą w takiej sytuacji i tak wolałbym z Tobą nie zadzierać.

O Grange'u już kiedyś pisałem. Ale wiem, że jesteście leniwi i nie chce Wam się czytać wszystkich recenzji (nawias przerywnikowy: w momencie gdy czytacie jego treść, ja obmyślam dla Was jakąś straszliwą karę), dlatego przypominam, że bardzo mi się te wcześniejsze spotkania z francuskim autorem spodobały. Jak się również okazało, te miłe wspomnienia nie były przypadkowe.

"Zmiłuj się" to historia dwóch detektywów - Ormianina Kasdana, emerytowanego komendanta policji, faszerującego się rekreacyjnie psychotropami, a także młodego Rosjanina Volokina (ksywa na osiedlu: Volo). Volo nie jest jednak porządnym ruskim. Zamiast jak człowiek rzygać po wódce, jeździć na traktorze, albo składać kałasznikowy, nasz przyjaciel jest ćpunem: wstrzykuje sobie marihuanę. Albo heroinę. W każdym razie coś sobie wstrzykuje, a jego najlepszym przyjacielem jest łyżeczka białego proszku i kilka kropel soku z cytryny (uprzedzam pytanie - sok z cytryny jest potrzebny, gdyż ponoć żyły go kochają). W skrócie: nieźle popieprzony team.

Fabuła zaczyna się dość banalnie. Organista w ormiańskim kościele, do którego uczęszcza detektyw Kasdan, zostaje zamordowany. Oczywiście sam śledczy nie jest z tego zadowolony i rozpoczyna własne dochodzenie. To sprawia, że nie tylko skrzyżuje on swe ścieżki (ścieżki, ŚCIEŻKI :)) z Volo, ale także odkryje niezwykłą ilość powiązań, jakie będzie zmuszony zbadać. Od pedofilii, przez skłonności sado-masochistyczne, po dyktaturę Pinocheta w Chile i nazistowską tradycję - ofiara okazuje się nie tak czysta, jak można by się spodziewać.

Historia jak przystało na Grange'a jest zakręcona, a wszelkie porównania do Harlana Cobena okazują się bardzo adekwatne. Tu wysunę jednak mój jedyny zarzut, który zaważył na końcowej ocenie. Na ostatnich stronach okazało się, że jest aż za bardzo przekombinowana. Tyle przypadkowych zdarzeń i powiązań jakie wychodzą na jaw w finale nikt by się nie spodziewał. Przesada. Ale przejdźmy do tego co przyjemne (nie, nie o to mi chodziło, zostawcie te strzykawki).

Zdecydowanie na plus zaliczyć należy mroczny klimat. Książka z całą pewnością nie jest młodzieżową opowiastką. Świetne opisy tortur, znalezionych zwłok, sado-masochistycznych zabaw i genialny bohater zbiorowy, którego nazwałem na potrzeby tego tekstu "popieprzonedziecimordercy", sprawiają, że od lektury naprawdę trudno się oderwać. Do tego, jak na Grange'a przystało, dostajemy świetny styl, troszkę gadulstwa, i troszkę ponad 500 stron wyśmienitej zabawy.

Nie ma co się dalej rozpisywać. Książkę z czystym sercem mogę polecić każdemu, kto kocha dobre kryminały. A szczególnie wtykał bym ją ludziom, którzy lubią styl mroczny, jak gangbang z murzynami (mistrz obrazowych porównań powraca). Warto sprawdzić.


Moja ocena to: 7,5/10

piątek, 11 lipca 2014

Jonathan Kellerman - "Dowód"

Czytanie słabych książek powoli staje się nudne. Jasne, Wy macie niezłą zabawę, bo nie dość, że poczytacie jak znęcam się nad jakąś pozycją, to później możecie jeszcze mi zarzucać, że tylko hejtuję, a książka, którą zjechałem jest tak naprawdę niemalże dziewiątym cudem świata (tak, ósmy to ja). Ale co ja poradzę, że jeśli coś czyta mi się słabo, to nie mam serca, żeby takie dzieło bronić. Macie więc kolejny wpis, który grzeczne dzieci mogą spokojnie uznać za wypadek przy pracy, a te mniej grzeczne mogą mi wysłać fotki mogą czytać dalej.

"Dowód", to książka, którą przeczytałem pod wpływem "bibliotekowego impulsu". Jest to nieopisana dotąd choroba, polegająca na tym, że stojąc przed półką pełną książek, delikwent wybiera największe gówno, bo skądś kojarzy mu się imię autora. I rzeczywiście, Kellermana kiedyś czytałem i uznałem, że w kwestii zapewnienia prymitywnej rozrywki facet daje radę. Prawdopodobnie miałem wtedy jakieś dziesięć lat i frajdę z czytania odczuwałem w tym samym stopniu, co ze zjadania własnych gili. Kilka książek później muszę stwierdzić, że Kellerman jednak nie daje rady mnie zadowolić, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.

"Dowód" jest bowiem idealnym przykładem książki nijakiej. Są jacyś detektywi, którzy wcale mnie nie obchodzą, jest jakiś psycholog, który praktycznie nic nie robi, więc siłą rzeczy mnie nie obchodzi i jakiś trup, którym powinienem się przejąć, ale... tak, zgadliście, wcale mnie nie obchodzi. Czytałem tę książkę, męczyłem się jak cholera, tylko po to, żeby poznać rozwiązanie zagadki, która mogła się skończyć nawet inwazją pijanych skrzatów na Radom, a i tak nie zwróciłbym na to większej uwagi.

Nudna, monotonna, przegadana, może nawet trochę przekombinowana, za dużo niepotrzebnych opisów, za mało charakterystyki postaci - ta książka ma wszystkie grzechy, które irytują mnie w kryminałach. Wiem że wielu ludziom takie rzeczy nie przeszkadzają, wiem też, że zdarzają się przypadki osobników będących fanami tego autora, ale ja ni cholery nie mogłem czerpać z tej książki radości.

I wiem, to już kolejna pseudorecka, w której głównie wylewam swoje żale, ale chrzanić to. Jest tylu miłych i kulturalnych blogerów, którzy w dodatku znają się na swojej robocie. Ja jako amator mam prawo na szczyptę ignorancji, podlewanej sosem z nieuprzejmości. Jeżeli macie z tym jakiś problem, to bardzo chętnie Was oleję (robię to za darmo, w ramach charytatywnej, krajowej akcji olewania ludzi, którym nie podobają się moje teksty, może słyszeliście? )

Ale zrobię Wam tę przyjemność i powiem o zaletach. Wbrew temu co pisałem wyżej tych też było sporo. Zakończenie jest na przykład wymyślone całkiem nieźle. W książce, która wzbudziłaby we mnie jakiekolwiek emocje, prawdopodobnie wywarłoby na mnie wrażenie. Styl autora jest również całkiem niezły, gdyby nie te wszystkie drobiazgi, które szczególnie irytują właśnie mnie. To już dwie zalety i w sumie za cholerę nie wymyślę nic więcej, czyli jednak tych plusów nie było aż tak dużo.

Podsumowując: książka miała swoje momenty, aczkolwiek było ich na tyle mało, że w żaden sposób nie mogę jej polecić. Gdybym miał użyć jakiegoś obrazowego i kulturalnego porównania: ocenienie tej książki wyżej, to jak udawanie, że smakuje mi kupa gówna, tylko dlatego, że ktoś posypał ją wiórkami czekoladowymi. Ani książki, ani tak wyrafinowanego deseru nie polecam, ale cóż, ludzie mają różne gusta, więc może Wam się spodoba bardziej (wciąż mowa o książce ;))


Moja ocena to: 4/10

niedziela, 6 lipca 2014

Dennis Lehane - "Modlitwy o deszcz"

Są czasem takie książki, których recenzję można by podsumować jednym słowem. Kluczowym dla całej powieści zbiorem kilku liter, które od początku do końca zdeterminowały piszącego do wystawienia jedynie słusznej oceny. Słowem na dziś jest: Bubba.

Gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego warto przeczytać którąkolwiek z książek Lehane'a, tworzących cykl o prywatnym detektywie, Patricku Kenzie'm, to właśnie byłaby moja odpowiedź: Bubba. Gość o twarzy noworodka i skłonnościach morderczych Davida Berkowitza po prostu zniszczył wszystkie inne postaci z jakimi dotychczas miałem do czynienia we wszelkiego rodzaju kryminałach. W tej powieści w końcu otrzymał naprawdę dużo miejsca do zaprezentowania swoich możliwości i wykorzystał to genialnie. Jeżeli po pół roku od przeczytania tej książki ktoś zapyta mnie co z niej pamiętam, to z całą pewnością takim elementem będzie wielki jak nosorożec pomagier Patricka - Bubba Rogowski.

Historia nie wydaje się szczególnie interesująca. Do Patricka zgłasza się po pomoc fajna laska. Oczywiście jako wzorowy dżentelmen i "ten dobry", Kenzie ochoczo wyrusza, by pomóc damie w opałach. Choć sprawa wydaje się wyjaśniona, pół roku później jego była klientka skacze z 26 piętra wieżowca - w stroju Adamowym, choć bez figowego listka. Na szczęście by nie peszyć ewentualnej młodzieży obserwującej ten intymny akt, kobieta efektownie rozbryzguje się na chodniku. I w tym momencie do akcji znów wkracza Patrick. I Bubba - mam nadzieje, że o nim nie zapomnieliście.

Naprawdę chciałem, by ta recenzja była obiektywna. Miałem pochwalić filmowy klimat, pędzącą akcję, świetny styl autora i trzymającą do końca w napięciu historię, ale umówmy się, że to wszystko nie jest ważne w obliczu Bubby - postaci, która nie znajdzie u mnie konkurencji przez bardzo długi czas. Jak bowiem nie pokochać gościa, który choć jest wciąż na drugim planie, okazuje się największym sukinsynem w całej powieści? Trzeba kogoś pobić? Dzwonimy po Bubbę. Trzeba coś zaminować? Nie widzieliście gdzieś Bubby?  Tortury, morderstwa, podłożenie bomby, kupno broni, namierzenie komórki - wszystko to robi właśnie ten przemiły Pan, choć nigdy nie ukrywa, że jego ulubioną opcją wyjścia z każdej sytuacji jest posłanie komuś kulki w łeb. Komukolwiek. I głównie dlatego, że sprawia mu to niesamowitą frajdę. Oczywiście w słusznej sprawie.

Nie zrozumcie mnie źle, ta książka ma wszystko czego można oczekiwać po dobrym thrillerze, ale niesamowite pokłady dobrego humoru jakie wnosi ta jedna postać, przysłoniły mi wszystkie inne, liczne zalety. Dlatego też sama recenzja będzie tak krótka. Trzeba brać, czytać i nie marudzić.   


Moja ocena to: 8/10

środa, 2 lipca 2014

Dawid Czaja - "RPGranda czyli świat po drugiej stronie"

Jestem już niemal przekonany, że ludzie decydujący się na rozpoczęcie kariery pisarskiej są w pewnym stopniu masochistami. Jest tyle pięknych stron internetowych, na których można poczytać recenzje pisane przez profesjonalnych publicystów, a także tyle blogów, na których publikują ludzie mili i nieźle znający się na literaturze. A mimo to wciąż dostaję oferty podjęcia się recenzji jakiejś książki, przy czym wiadomo, że solidne opierniczenie autora jest u mnie pewne jak dwa razy dwa. Ba, nawet ostrzegam o tym osobiście, ale i tak słyszę - pisz, pisz, aby było obiektywnie. Ni cholery nie będzie obiektywnie, bo dzisiejsza książka nie podobała mi się straszliwie, ale coś tam skrobnę i jakoś postaram się uzasadnić swoje zdanie.

Zacznijmy od tytułu. "RPGranda czyli świat po drugiej stronie". Faktycznie, jest to w jakiś sposób intrygujące i wzbudza pewne zaciekawienie u potencjalnego czytelnika. Jednak nie ma tu nic, czym powinniście się podniecać. Tytuł doskonale odzwierciedla to, co będzie się działo w samej powieści.

No właśnie, sama historia nie jest zbyt skomplikowana. Mamy grupkę ludzi, którą przejąłem się tak strasznie, że zdołałem zapamiętać tylko imię bohatera głównego (?) Jacka i doktora Franco. Tenże doktorek, dzięki tajemniczemu wynalazkowi, wysyła ową grupę studenciaków do gry wideo. Duże uproszczenie? Niekoniecznie, bo historia jest tak mało rozbudowana, że możecie mi wierzyć, iż pominąłem naprawdę nieznaczną część fabuły. Przypomina mi to trochę jakieś kino familijne, ale cóż, czytałem dalej z nadzieją, że akcja się rozkręci. I tu też czekała mnie niespodzianka, gdyż recenzencka wersja książki była okrojona z drugiej części powieści ,a w konsekwencji z zakończenia. Tak więc nie wiem, czy zakończenie było dobre, czy złe, ale jestem dość zadowolony, że ja go nie musiałem czytać.

Dobra, przejdę do meritum, bo cholernie pastwię się nad tą książką, a Wy nawet nie wiecie o co konkretnie chodzi. Tak pozycja jest niemalże nieczytelna. Język i styl jakim posługuje się autor wydawał mi się strasznie słaby, dziecinny i infantylny. Choć dawno tego nie robiłem tym razem muszę posłużyć się cytatem, żebyście pojęli o co mi mniej więcej chodzi:

"-Wiesz Alice, przeraża mnie ta cała podróż, (..) dobrze zrobiłyśmy, że się zgodziłyśmy na to?

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie ten szyk zdania jest kompletnie spartolony i osobiście byłem strasznie poirytowany. I to nie jest wyjątek. "Przyda się to wam" zamiast "Może wam się to przydać", "nie będę musiał w końcu siedzieć tu i tylko pouczać profesorów" zamiast "W końcu nie będę musiał tu siedzieć i tylko pouczać profesorów". Nie znam się na składni, ale ja tego kompletnie nie czuję i nieźle mnie to wkurza. Przecież nikt w ten sposób nie konstruuje zdań ;(

Ale to jeszcze można by przeboleć, gdyby nie infantylność. Język jest do bólu prosty i ograniczony. Często następuje po sobie kilka krótkich zdań, co sprawia wrażenie, jakby autor chciał przyspieszyć akcję jednocześnie ograniczając treść jaką przekazuje czytelnikowi. O powtórzeniach nawet nie będę się rozpisywał. Jeżeli chodzi o naiwność pod względem fabularnym, to szczególnie raził mnie wspomniany 40-letni naukowiec, który "postanawia sobie" pewnego wieczoru, że założy rodzinę (tak, bo wystarczy wyjść na ulicę pewnego dnia i rodzina sama się znajdzie), grupka studentów, która błyskawicznie podporządkowuje się jednemu z nich (pójdźcie do akademika i poproście kogoś, żeby chociaż przyciszył muzykę, a co dopiero powierzył Wam swoje życie...) i mój absolutny faworyt:

"Alice zarumieniła się, bo Jack spojrzał na nią miłosnym wzrokiem"

Tak jest, to był najromantyczniejszy fragment książki i chyba jedyny zarysowujący sprawy sercowe naszych bohaterów. Spojrzenie miłosnym wzrokiem? Muszę się tego nauczyć, bo gdy próbuję tak oczarować dziewczyny, to zwykle dzwonią na policję.

Nie będę już więcej krytykował, bowiem na dobrą sprawę mógłbym brać każde zdanie i doszukiwać się w nim czegoś, co mi nie pasowało. Nie wiem, być może wielu z Was nawet nie zauważa takich błędów, ale mnie doprowadzały one do wyjątkowej, szewskiej pasji. A przy fragmencie książki liczącym niespełna 30 stron jest to naprawdę ogromne zaskoczenie in minus.

Teraz pozostaje mi tylko liczyć na to, że autor ma mniej niż dwa metry wzrostu lub nie jest zawodowym sportowcem (szachista to max na moje obecne możliwości), a także, że nie będzie mnie prześladował za mocno. Trudno, dziś muszę zaryzykować utratę przedniego uzębienia (nie jest ono kluczowe dla funkcjonowania organizmu, zbędny bajer) i napisać reckę w zgodzie z moim sumieniem. to znaczy chamską , subiektywną i szczerą.


Moja ocena to: 2/10