sobota, 27 września 2014

3 w 1, czyli horrorowa sobota i najgorsza książka w moim życiu...

Dziś moi drodzy przedstawiam Wam jedyny w swoim rodzaju, zaskakujący i zwalający z nóg triumwirat horrorowy. Ten prawdziwy maraton czytania powieści grozy sprawił, że nie tylko przypomniałem sobie czym są dreszcze na ciele, ale także, czym jest uśmiech zażenowania. Dziś uraczę Was więc aż trzema króciutkimi recenzjami jednocześnie - czytajcie i płaczcie...

1. Stephen King - "Buick 8"

Początkowo wydawało mi się, że to będzie powieść w stylu Christine, czyli wiecie, samochód, który mknie po asfaltowych szlakach i zabija niewinne istoty oraz właścicieli stacji benzynowych, którzy chrzcili paliwo. Okazało się jednak, że Buick przez całą powieść stoi w garażu i jest raczej portalem do innej rzeczywistości, niż złym do szpiku kości produktem General Motors. Historia zaś oparta jest o wspomnienia policjantów sprawujących pieczę nad tym autem, które przeplatane są przez czasy współczesne. Jak to dość ciekawe założenie wypada na papierze? Muszę przyznać, że jestem cholernie rozczarowany. Książka nie była niby zła, ale jak na mistrza horroru zdecydowanie za słaba. Początek jest szalenie nudny i ciężko się przez niego przedrzeć. Później jest o wiele lepiej, ale wyłącznie dlatego, że poznajemy świetnie nakreślone, charakterystyczne postaci i wciągamy się w ten małomiasteczkowy klimat. Za to strachu zero. Niby są jakieś potwory, niby coś tam stuka, coś zabija, ale żeby to mogło przerazić? Niestety, nie sądzę. I choć jestem zawiedziony, to przyznaję, że ta książka i tak okazała się przyzwoita. Od połowy czyta się ją doskonale, styl z jakiego znamy Kinga jest w pełni zachowany, a w dodatku akcja rozgrywa się w Pensylwanii, a nie Maine, co stanowi pewne novum. Dlatego też:

Moja ocena to: 6/10


2. Michelle Paver - "Cienie w mroku"

Książka, której nie przeczytał bym, gdyby nie stosunkowo regularne odwiedzanie innych blogów. I bardzo się cieszę, że to zrobiłem. Jest rok 1937, na biegun północny wyrusza ekspedycja mająca przeprowadzić badania arktycznej fauny, flory i warunków meteorologicznych. Wśród członków jest Jack, ubogi radiotelegrafista, dla którego wyprawa ta jest ostatnią szansą na zrobienie kariery naukowej. Nieszczęśliwa seria zbiegów okoliczności sprawia, że Jack przez kilka tygodni musi sam zamieszkiwać w miejscu, które ekspedycja wybrała na obozowisko - w Gruhuken. Pech sprawił, że jest to jednocześnie drugie po polskim sejmie, najbardziej nawiedzone miejsce na świecie. Relację z wyprawy poznajemy dzięki zapiskom Jacka, które z każdym dniem stają się bardziej chaotyczne i szaleńcze. Sama zjawa nie ujawnia się zbyt często, ale dzięki temu wokół bohatera tworzy się klatka, narasta napięcie i czujemy, że Jack znalazł się w beznadziejnej sytuacji. Mimo pozornie absolutnej wolności jest on więźniem pogody, ciemności i tego co czyha za drzwiami. Zabieg ten udał się autorce bardzo dobrze. Stylowo nie mam absolutnie nic do zarzucenia, książkę połyka się w jeden wieczór. Problem który mnie trapił jest jednak innej natury - przed oczami wciąż miałem Terror Dana Simmonsa, który zbudowany jest na podobnym pomyśle, ale jest...jeszcze lepszy. O wiele dłuższy, to fakt, ale także stojący jakąś półkę wyżej. Nie oznacza to, że nie doceniam dzieła pani Paver, ale jako że powielanie znanych mi już motywów nie jest czymś co szczególnie cenię(szczególnie jeśli nie umywa się do pierwowzoru), ocena jaką wystawiam jest dość niska.

Moja ocena to: 7/10


3.Graham Masterton - "Szatańskie Włosy"

Tu już coś z zupełnie innej półki. A właściwie z dna szafy. Masterton przyzwyczaił mnie do wydawanie powieści, które bawią wyłącznie późno dojrzewających trzynastolatków. Brakowało mi jednak jakiejś książki, którą mógłbym wrzucić do tego zbiorczego podsumowania mojego czytelniczego tygodnia. Wybór padł na Szatańskie Włosy, gdyż książka ta była bardzo krótka. I nie macie nawet pojęcia jak wielka to zaleta - jedyna zresztą. Słówko o historii - w londyńskim zakładzie fryzjerskim jedna z pracownic schodzi do piwnicy, w której składowane są włosy klientów. Nagle jebs - jeden worek się rozrywa i nasza dzielna fryzjerka pokryta jest kłakami obcych ludzi. Tu zaczyna być jeszcze dziwniej, bo część włosów wrasta w jej skórę na ręku. Następnego dnia bohaterka zyskuje nadludzką siłę, ale jednocześnie staje się niesamowicie przygnębiona i cyniczna. Klasyczne opętanie. Dobra - starczy o fabule, bo nie ma się sensu pastwić nad czymś, z czego King zrobiłby pewnie przyzwoitą opowieść. Ale niecałe 200 stron, które napisał Masterton, to prawdziwa rewia idiotyzmów. Pierwsze przykłady z brzegu: głos w piwnicy mówiący "Beelzebub (tu wstaw cały ciąg słów po łacinie)" staje się dla naszej bohaterki...zagadką. Zamiast brać nogi w troki, spieprzać z tego zakładu na drugi koniec świata, to ona...zastanawia się kim jest Beelzebub. Pewnie zmyliło ją to dodatkowe "e" i nie domyśliła się, że ma do czynienia z zastępcą szefa piekieł. Mógłbym to przeboleć i zwalić na karb jej zwyczajnej głupoty, gdyby nie to, że kilka stron wcześniej dowiadujemy się o niej, że była samotna, bo uważała swoich rówieśników za niedojrzałych głupków - ale hej, gratulacje dla pani rozsądnej. Świetne było też to jak łatwo wzbudzała zaufanie. Co byście powiedzieli na telefon o trzeciej w nocy, w którym kumpel wyjaśnia wam, że musicie się włamać do domu jego szefa, bo tak naprawdę może on być demonem z zaświatów. Ja nie ukrywam, że dość niegrzecznie odparłbym: "wal się, idę spać, a Ty nie pij więcej". A kolega tej paniusi odparł bez wahania: "Już jadę". Te przykłady można by mnożyć, ale po co? To jedna z najgorszych książek w historii, bardziej przypominające bazgroły siedmiolatka niż horror dla dorosłych. Nie polecam zdecydowanie


Moja ocena to: 2/10

poniedziałek, 22 września 2014

Vendetta (2013)

Stephen Reynolds, reżyser znany z takich przebojów jak Tomb Raider Ascension i... Tomb Raider Ascension (taaak, w ten delikatny sposób próbowałem dać do zrozumienia, że raczej nikt go za cholerę nie kojarzy), wypuścił kolejny, już drugi w karierze film: Vendetta. Cóż za błyskotliwy przebłysk geniuszu kazał nadać filmowi akcji taki tytuł? To na zawsze pozostanie tajemnicą twórców.

Zgadnijcie o czym traktuje historia? Macie trzy szanse. Ktoś krzyknął: "zemsta!"? No bystrzacha - nie wiem, jak się domyśliłeś. Ale tak, przyznaję, to prymitywna ograna historia zemsty. Tym razem nie chodzi jednak o narzeczoną, psa, ani rybki z akwarium, ale o rodziców. Ktoś naszemu głównemu bohaterowi, angielskiej maszynie do zabijania, wykańcza staruszków. To jest moment, w którym możesz widzu pomyśleć: ojoj, to bardzo nieładnie ze strony tych podłych bandytów. I faktycznie, nasz bohater myśli dokładnie w ten sam sposób.
Algorytm pojawienia się cycków na ekranie: blondynka z lekko rozchylonymi ustami > prawdopodobieństwo wzrasta trzykrotnie.

Ale, ale, czy to oznacza, że jest to kompletnie nieudane kino akcji? Nie, nie skreśliłbym go całkowicie. Sam seans należał do stosunkowo mało nieprzyjemnych. To jest taka specjalna półka, na którą odkładam znośne gnioty. Bo na dobrą sprawę ten drewniany bohater dał się znieść. I te sceny walki nawet dało się obejrzeć jednym okiem. A z drugiej strony - widzieliście kiedyś komandosa z klatą obwisłą, jak u 60-letniej prostytutki? Jeśli nie, to będziecie mieli okazję.

Kolejna wado-zaleta, to sposoby śmierci oponentów. Oczywiście cholernie wymyślne, ale w dużym stopniu równie bezsensowne. Za dużo zachodu przy ich organizowaniu, za mało realizmu przy ich wykonaniu. Wystarczyłoby celnie strzelać, a nawet z tym nasz uberkomandos ma wyraźne problemy.
Betonowy, poranny kapeć w pysku - nie polecam...
I oczywiście bolączka wszystkich filmów akcji, czyli niepotrzebne wątki poboczne. Niby jest jakieś śledztwo, ale policjanci są niesamowitymi pierdołami, niby jest jakaś dziennikarka, ale po co? Nikt nie wie. Jakiś romans też się trafia, ale na dobrą sprawę przelatuje przed oczami szybciej niż rosyjskie pociski nad Donbasem.
Ta lepsza Vendetta - kto nie zna ten zbiera szczaw z Niesiołowskim...
I co, powinienem maksymalnie obniżyć notę? Niby tak, ale cóż poradzę, że takie brutalne kino nawet przypadło mi do gustu. A i ten bohaterzyna za dychę z czasem przestał przeszkadzać. Tak stawiając sprawę - jestem rozdarty.


Moja ocena to: 5/10

Ps.Polska Mistrzem Świata - cieszę się razem z Wami ;D

wtorek, 16 września 2014

Bronisław Wildstein - "Demokracja limitowana. Czyli dlaczego nie lubię III RP"

Nie mogę zaprzeczyć, że z książką Wildsteina męczyłem się bardzo długo. I jak sugeruje sam tytuł nie jest to lekka historyjka, którą z radością przeczytamy kładąc się spać. Do tej pozycji wymagane jest stosunkowo duże skupienie i włączenie racjonalnego myślenia, co szczególnie po okresie wakacyjnym  nie należało do najłatwiejszych zadań.

"Demokracja limitowana...", to zbiór esejów Bronisława Wildsteina, prawicowego i konserwatywnego publicysty, który swego czasu pełnił funkcję prezesa zarządu TVP. Charakterystyczne dla wszystkich tych tekstów jest to, że są niesamowicie spójne. Widać wyraźnie, że na przestrzeni lat, autor w dużej mierze zdołał zachować jednolitość poglądową. Nie ukrywam, że w świecie chorągiewek, jawi się on jako bardzo wartościowa persona.

O czym chce nam opowiedzieć Wildstein? Ano, po troszku o wszystkim. Jego spojrzenie na współczesny, zglobalizowany świat jest odrobinę nietypowe. Jego stosunek do alterglobalistów, ekologów, czy współczesnych feministek z całą pewnością wzbudzi wiele kontrowersji. Rozważania na temat praw osób homoseksualnych mogą być dla wielu "tolerancyjnych" osób bardzo nieprzyjemne. Jednak ja muszę przyznać, że w większości argumenty podawane przez Wildsteina trafiły do mnie całkowicie. Może to dlatego, że autor przedstawia wiele spraw, które dla zainteresowanych są oczywistością, a może jego retoryka jest po prostu tak celna - trudno jednoznacznie powiedzieć.

Odrobinę przeszkadzał mi jednak styl autora, a to zwyczajnie dlatego, że... nie dorastam mu do pięt pod względem inteligencji. Gubiłem się w morzu odniesień, traciłem rytm na wysublimowanych metaforach i często musiałem odpalać przeglądarkę, żeby zweryfikować wydarzenia i nazwiska o których wcześniej nie słyszałem. Jak już mówiłem - nie jest to najprostsza lektura, jaką można sobie wyobrazić. Dla konserwatystów jednak będzie ona wyjątkowo wartościowa.

Czy polecam? Otóż nie każdemu. Liberałowie, socjaliści i komuniści w wielu momentach będą zgrzytali zębami. Ci ślepo wierzący w ponadnarodowy charakter Unii Europejskiej także. Co racjonalniej myślący pewnie podejmą w myślach nieśmiałą polemikę, ale z doświadczenia wiem, że współczesna lewica myśli raczej w kategoriach konformizmu, aniżeli racjonalizmu.

Podsumowując - jeśli szukacie intelektualnej rozrywki, czegoś co pobudzi do pracy Wasze szare komórki, skłaniając jednocześnie do refleksji - polecam. Jeśli macie ochotę się rozerwać - to zdecydowanie nie jest dobry wybór. Co do oceny - mocno się wahałem, ale ostatecznie zdecydowałem, że:


Moja ocena to: 7/10

czwartek, 11 września 2014

Dennis Lehane - Wyspa Skazańców / Wyspa tajemnic

Wyspa Skazańców - Shutter Island - to mały skrawek lądu leżący w Zatoce Bostońskiej. W czasie wojny secesyjnej jej teren zajmowały fortyfikacje Unii. Wkrótce potem budynki te zmieniły swe przeznaczenie i na wyspie powstał szpital psychiatryczny Ashecliffe. W 1954 roku z tego szpitala ucieka niebezpieczna pacjentka. Trudno sobie wyobrazić, że bez niczyjej pomocy udało jej się opuścić placówkę, ale prowadzone na szeroką skalę poszukiwania na nic się nie zdają. Klify pełne jaskiń i gęsty, rozległy las utrudniają znalezienie kogokolwiek. Dlatego też do pomocy wezwany zostaje szeryf federalny Teddy Daniels. Wraz ze swym nowo przydzielonym partnerem Chuckiem rozpoczynają własne śledztwo.

Dennis Lehane po raz kolejny serwuje nam thriller nieprzewidywalny jak loty Malaysia Airlines. Choć początkowo wszystko wydaje się jasne i klarowne, akcja błyskawicznie zmienia swój tor. W połowie książki pojawiają się pierwsze wątpliwości, a twist zaserwowany nam w ramach zakończenia zostawia czytelnika z gębą otwartą jak obwodnica Przemyśla. Muszę przyznać, że choć książka liczy niespełna trzysta stron jest jedną z lepszych pozycji w swoim gatunku.

Trudno tu wymienić wszystkie zalety jakie dostrzegłem. Jest ich bowiem więcej niż wojsk rosyjskich na Ukrainie, niekompetentnych urzędników w Unii Europejskiej, czy robaków w śliwkach. Ale spróbujmy: świetne kreacje bohaterów, które są niesamowicie niejednoznaczne. Teddy, Chuck, doktorzy, naczelnicy, sanitariusze, pacjenci - wszyscy mają w sobie coś szczególnego i magnetycznego. Do tego wartka akcja, która w połączeniu z genialnym stylem autora sprawia, że od książki wprost nie można się oderwać. Ciągła niepewność, napięcie i piętrzenie się niewiadomych dają natomiast pewność, że przy książce warto spędzić tę "jeszcze jedną godzinę". Poza tym klimat powieści Lehane'a jest jeszcze mroczniejszy, niż w jego pozostałych dziełach, które dane mi było przeczytać. A przecież tamte także nie wyglądały na bajki opowiadane dzieciom na dobranoc.

Wady? Ahhh, nie żartujcie. Ta książka praktycznie nie ma żadnych wad. Jedynym jej mankamentem jest to, że najpierw obejrzałem film, a dopiero później sięgnąłem po lekturę. Nie ukrywam, że fakt ten w niewielkim stopniu zabił już napięcie, którego miałem nadzieje doświadczyć. Ale nawet jeśli obejrzeliście ekranizację Martina Scorsese (swoją drogą bardzo dobrą), wciąż namawiam Was do sięgnięcia po tę lekturę. Objętościowo jest niewielka, a każdy miłośnik thrillerów powinien ją znać.


Moja ocena to: 9/10

poniedziałek, 8 września 2014

Krzysztof Kotowski - "Kapłan"

Zdecydowanie powinienem otrzymać zakaz recenzowania książek sensacyjnych. I wcale nie dlatego, że podobają mi się powieści Dana Browna, czy Kena Folletta, ale raczej dlatego, że w tym konkretnym gatunku absolutnie nie potrafię podnieść autorom poprzeczki. Jakiekolwiek political fiction z bohaterem w stylu Indiany Jonesa, czy może raczej Jamesa Bonda, sprawia, że moja skala ocen automatycznie rozpoczyna się gdzieś w okolicach piątki i tylko nieuchronnie pnie się w górę. Kotowski miał więc ułatwione zadanie i nie ukrywam, że swoją misję zrealizował z dużym powodzeniem.

I wiem jak idiotycznie zabrzmi to, co za chwilę usłyszycie. Wiem też, że po tej recenzji mogę kompletnie stracić resztki autorytetu i zyskać miano blogowego przygłupa, ale cholera, ta książka naprawdę dobrze mi się czytała. Historia przedstawia losy księdza Krzysztofa Lorenta. Początkowo wydaje się, że nasz bohater jest tylko jednym z wielu szaleńców. Poznajemy go bowiem w momencie, gdy trafia do szpitala psychiatrycznego. Pozornie normalny dotąd Krzysztof mdleje w czasie mszy i budząc się w szpitalu jest już zupełnie odmienionym człowiekiem. Twierdzi, że zyskał wiedzę gromadzoną przez kilka pokoleń swoich przodków. Psychiatra, doktor Ola Sambierska oczywiście nie daje mu początkowo wiary. Akcja rozkręca się jednak, gdy na placówkę przeprowadza najazd banda mnichów uzbrojonych wyłącznie w ostre jak brzytwa miecze. Świetnie wytrenowani wojownicy w habitach ustępują jednak w wyszkoleniu człowiekowi, który jeszcze kilka dni wcześniej zajmował się wyłącznie czytaniem kazań. Od tego momentu jest już tylko ciekawiej.

Taaaaak, jestem w stanie wyobrazić sobie, co teraz myślicie. Paradoksalnie jednak ta fabuła trzyma się kupy (nie tej kupy) i wciąga. Nie okazuje się może tak odkrywcza jak początkowo mogłoby się wydawać, ale z całością tej powieści komponuje się całkiem nieźle. Wbrew pozorom nie mamy tu do czynienia z fantastyką sensu stricte. Nadprzyrodzone zdolności księdza Krzysztofa, to właściwie jedyny element niecodzienny w całej książce. "Kapłan" przypomina raczej powieści Dana Browna - fikcyjne teorie dziejów i mocne zakorzenienie w historii, podlewane przy okazji sosem teorii spiskowych. Do tego oczywiście szybka akcja i stereotypowi bohaterowie.

Trudno powiedzieć nawet co mi się nie podobało. Przeczytałem ją błyskawicznie i z ogromnym przymrużeniem oka, więc nie miałem zbyt wielu zastrzeżeń. Może kilka nadmiernie używanych wyrazów, np. jełop, jemioł, mogło rzucać się w oczy, ale nie miałem z tym żadnego problemu. Styl jest płynny, dialogi konkretne, akcja opisana bardzo przyjemnie. W dodatku poczucie humoru Kotowskiego z reguły do mnie trafiało, choć zdarzyły się też nieliczne, mniej chlubne wyjątki od tej reguły. Moim zdaniem jest to jednak naprawdę dobra książka rozrywkowa, z której w dodatku można wynieść odrobinę interesujących ciekawostek.

Ale podkreślam też, że odradzam ją wszystkim, którzy nawet na chwilę nie są w stanie porzucić logicznego myślenia. Nie polecam także tym, którzy kiedykolwiek zasnęli na "Goldeneye" albo "Poszukiwaczach Zaginionej Arki". Tym, którzy uważają współczesny porządek świata za nienaruszalny, a ich racjonalizm każe im traktować każde jego przekłamanie, choćby fikcyjne, jak herezję. Jeśli jednak szukacie dobrej zabawy na wieczór - szczerze polecam. Nie będziecie może myśleć o niej zbyt długo, ale z pewnością wielu z Was spędzi przy niej mnóstwo miłych chwil.


Moja ocena to: 7/10

wtorek, 2 września 2014

Stephen King - "Szkieletowa Załoga"

Zapewne każdy zaprawiony w boju czytelnik wie, jak to z tymi zbiorkami opowiadań jest. W życiu jeszcze nie zdarzyło mi się złapać takiego, w którym każda historia trzymałaby podobny, wysoki poziom. Zawsze trafi się jakiś zapychacz, który wydaje się wrzucony na siłę, o którym zapominamy krótko po lekturze. Niestety jest to także przywara samego mistrza. Dziś bowiem na recenzenckiej tarczy strzelniczej znalazł się zbiór opowiadań samego Stephena Kinga, zatytułowany "Szkieletowa Załoga".

Oczywiście na wstępie należy zaznaczyć, że historii o takim tytule nie znajdziemy wśród wyselekcjonowanych opowiadań. Najgłośniejszym tekstem, który autor przedstawia na samym początku jest "Mgła". Ta sama "Mgła", którą możecie kojarzyć z wersji filmowej Franka Darabonta, z 2007 roku. I choć opinie co do ekranizacji są mocno podzielone (ale raczej od "co to za gówno?" do "nom, nawet dało się to obejrzeć" - zachwytów nie stwierdzono), to sama historia jest rzeczywiście całkiem niezła. Nawet jeśli oglądaliście film, to podkreślam, iż zakończenie nieco zmieniono, więc warto zapoznać się również z wersją papierową. Tym bardziej, że to naprawdę dobra opowieść, zdecydowanie zawyżająca poziom tego zbioru.

Mówiąc o plusach nie sposób pominąć także innych opowiadań Kinga. Na uwagę zasługują także "Małpa", historia o nieźle popieprzonej zabawce przyjmującej rolę zwiastuna śmierci, "Tratwa", traktująca o grupce studentów uwięzionych na małym jeziorze i atakowanych przez tajemnicze "coś", "Edytor Tekstu", mówiący o tym, jak by to było, gdybyśmy mogli wyedytować własne życie, "Szkoła Przetrwania", stanowiący świetny przewodnik po ludzkiej sile woli i... kanibalizmie, czy też "Babcia", krótka historyjka o starszej pani, która sprzedała duszę demonom, w międzyczasie popijając ziołową herbatkę. Te wybrane przeze mnie teksty nie są może przerażające, ale przynajmniej niepokoją. Reszta opowiadań raczej nie trzyma podobnego napięcia.

Mimo to warto wspomnieć jeszcze o "Balladzie o celnym strzale" - w świetny sposób ukazuje ona bowiem transformację psychiczną pisarza w wariata. Cechuje się ogromną dawką emocji i faktem, że czytelnik do samego końca nie wie, jak potoczy się jej akcja. Zdecydowanie jest to jedno z lepszych opowiadań. W dodatku o wiele sprawniej niż inne łączy znaną nam rzeczywistość ze światem grozy, który dla szaleńców jest przecież naturalnym środowiskiem.

Ciekawostką może być fakt, że King pisząc swoje teksty pozwolił sobie na specyficzny odskok w stronę sci-fi. Choć osobiście nie jestem oczarowany taką wersją mistrza, to każdy fan fantastyki doceni "Jaunting", czy "Świat Plaży". Dla mnie były to nieco zbyt futurystyczne opowiastki, przy których nie czułem tego charakterystycznego stylu amerykańskiego pisarza.

Poza niewiele znaczącą, choć przyzwoitą resztą, zdarzyło się też kilka wpadek, które moim zdaniem nie zasłużyły na miejsce obok wielu dobrych historyjek. Lekturę psują na przykład bezsensowna opowieść o zjadającym nauczycielkę tygrysie (Bogu dzięki króciutka), "Lament Paranoika", wierszowany tekst, który chyba nie powinien zostać nigdy przetłumaczony, "Wizerunek Kosiarza", czyli przewidywalna, nudna i irytująca nowelka o znikających ludziach, czy chociażby "Cieśnina" - mówiąca o starej kobiecie, chorej na raka, widzącej wszystkich swych zmarłych bliskich. Teksty te łączy jedno - są kompletnie niepotrzebne, bezsensowne i nie przynoszą czytelnikowi zbyt wiele radości. Mnie męczyły strasznie i w dużej mierze przypominały o fatalnej wpadce, jaką swego czasu był "Rok Wilkołaka".  Fakt, że są to jedne z krótszych opowiadań, więc być może nie pozwoliły one rozwinąć Kingowi pełni jego umiejętności.

Mimo to zaliczam ten zbiór do udanych przygód z Kingiem. Przeczytałem go stosunkowo szybko i z dość dużą przyjemnością. Oczywiście - znajdziecie bardziej wartościowe książki, znajdziecie też ciekawsze powieści od samego Kinga, ale na długi wieczór, gdy nie macie ochoty na przygodę z obszerniejszą książką, warto jest mieć na półce opowiadanka mistrza horroru.   

Moja ocena to: 6/10

Moja ocena "Mgły": 8/10