piątek, 31 października 2014

Uprzejmy tekst o tym, jakim miłym człowiekiem jestem...

Wobec pogarszającej się pogody czas na wpis, który będzie do niej chociażby po części adekwatny. Jako że na dworze (a w Krakowie na polu) zaczyna coraz bardziej pizgać (fachowa terminologia związana z wzmagającymi się wahaniami pogody i spadkiem temperatur) czas się trochę pożalić. Oczywiście jak zwykle niesłusznie i kompletnie absurdalnie, ale co mi tam...

O czym będzie mowa? Otóż chciałbym zadedykować ten tekst kompletnie nieśmiesznym, ale namiętnie powtarzanym powiedzonkom, które z jakiegoś powodu powinny mnie bawić do rozpuku. I o tych ludziach, którzy z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, postawili sobie za cel swojego życia rozbawienie mej skromnej osoby. Dlaczego mnie to boli? Bo jestem kurwa strasznie miłym facetem...

Być może wiąże się to z brakiem asertywności, a być może po prostu nie lubię robić sobie wrogów z błahych powodów, ale niemal zawsze gdy "pan śmieszny" opowiada mi jakąś żenującą przygodę, zdarza mi się wykrzywić usta w uśmiechu. Oczywiście nic co powiedział nie jest nowatorskie, odkrywcze, ba, nie jest nawet odrobinę zabawne, ale "przyjacielski Łukasz" będzie go zachęcał. Wykrzywi pysk w grymasie przypominającym uśmiech, dając do zrozumienia, by "komik" kontynuował swoją tyradę. A później, po tym trzygodzinnym słuchaniu głupot, Łukasz wróci do domu i padnie na pysk, dziwiąc się jak to możliwe, że człowiek jest stworzony do życia w społeczeństwie... Choć zwykle nie marudzę na sprawy związane z ubogością języka stosowanego w codziennym życiu (gdyż wtedy pierwszym kamieniem trzymanym w ręce musiałbym sam się pieprznąć w głowę), to są do cholery jakieś granice. Chciałbym więc wskazać jakie powiedzonka, frazy, czy zwroty według mnie wskazują, że możesz być "nieśmiesznym komikiem", lub też znajdować się w początkowym stadium tej ciężkiej, nieuleczalnej choroby.

1. Aśe naebałem
Tekst jakże oklepany i jakże często stanowiący punkt kulminacyjny każdej, "dobrej" historii. Mój drogi przyjacielu/przyjaciółko - zrozum proszę, że mam to serdecznie w dupie. To że chlasz jak świnia, nie masz żadnego umiaru i prawdopodobnie rzygałeś/aś w dyskotekowym kiblu, to żaden powód do dumy. Tekst oklepany, który słyszę co najmniej raz w tygodniu i mający wskazać chyba na to, że oto mam przed sobą mistrza ceremonii, poskramiacza niewieścich serc, wodzireja największych imprez w kraju, wskazuje tylko na to, że Twoja dojrzałość jest na poziomie zdechłej kuropatwy.

2. A smoki też tam były?
Stary, wysilam się. Może nie jestem doskonałym oratorem, ale staram się opowiedzieć coś, co nie będzie dotyczyło tylko wielkości kloca, jakiego udało mi się rano postawić. Więc jeśli juz naprawdę musisz mi przerywać co chwilę, wysil się trochę bardziej. Rzuć jakąś ciekawą, śmieszną, kpiącą, czy wredną uwagę, ale zrób to przynajmniej oryginalnie. Nie każę Ci przecież nawet rozbawić mnie do rozpuku, ale rzuć przynajmniej coś w stylu: "jęczysz jak szczerbaty morświn", a te oklepane teksty, które usłyszałeś od wujka - odpuść...

3. Masz ryj jak...
Na szczęście ostatnio "wyszło to z mody" - przynajmniej w moim otoczeniu - ale tego typu powiedzonek nie dało się wręcz słuchać. Fakt, że urodę odziedziczyłem po moich neandertalskich przodkach z pewnością nie ułatwia sytuacji, ale tak na dobrą sprawę komu przeszkadza czyjkolwiek "ryj"? Nie podobam Ci się? Po prostu spieprzaj - przecież to nie ja chodzę za Tobą w poszukiwaniu rozmówcy, nie ja narzucam Ci się ze swoją obecnością i z całą pewnością nie ja szukam u Ciebie jakiegokolwiek zrozumienia. Jestem w stanie pojąć, że osoby rzucające podobnymi kwestiami wcale nie chcą nikogo urazić (zwykle), a raczej mają na celu sięgnięcie po swoje trzy sekundy sławy. Chcą pobrylować w towarzystwie, nawet jeśli tylko swoim prostactwem. Jeśli myślisz, że to Cię usprawiedliwia - spieprzaj!

4. Gimbaza
Brzydzi mnie to słowo i przyznaję, że zapisałem je bodajże po raz pierwszy w życiu. O co do cholery chodzi z tą gimbazą? Dawniej na ludzi o mentalności nastolatka mówiono po prostu "idiota" i nie było żadnych komplikacji. Sugerowanie, że czterdziestolatek wklejający prowokacyjne, idiotyczne, czy kpiące komentarze na stronach internetowych maści wszelakiej jest "gimbusem", to jednocześnie sugerowanie, że może on jeszcze dojrzeć mentalnie i zejść z ciemnej ścieżki mocy. A może chodzi o gimnazjalistów ogółem? Ale przecież to często równie rozsądni ludzie jak wszyscy inni (to nie był do końca komplement) - chcą palić, pić i ruchać na potęgę, jak w przybliżeniu osiemdziesiąt procent naszego społeczeństwa. Po co ich więc oddzielnie oceniać i piętnować*?

5. Powtarzalność
Spotykając się codziennie z tymi samymi ludźmi, nie muszę już nawet z nimi rozmawiać. Są może ze trzy osoby, w towarzystwie których mogę swobodnie żartować i które nie są na tyle ograniczone, by w kółko powtarzać te same kwestie. Oczywiście nie wymagam tu jakiś niewyobrażalnych cudów, czy niesamowitej kultury, ale jeśli katujesz mnie codziennie tą samą historyjką i oczekujesz, że wysłucham jej po raz siódmy z bananem na mordzie, to coś jest z Tobą poważnie nie tak. Zróbcie teraz szybki rekonesans i przemyślcie - ilu macie znajomych, którzy są tak przewidywalni, że nawet gdyby na stole kopulowało stado rozszalałych klaunów, oni opowiadaliby dokładnie o tym samym, co dzień wcześniej?

Dobra, kończę te pierdoły, gdyż mam świadomość, że również jestem w dużej części tym nieśmiesznym, irytującym osobnikiem. Moje poczucie humoru jest nijakie, żarty nie są zabawne, a teksty miałkie i nudne. Zasadniczą różnicą jest to, że nie wciskam ich nikomu do gardła i nie biegam za nikim z wizytówką zawierającą adres bloga (no chyba że w nocy, w parku i w samym płaszczu przeciwdeszczowym).


*Tekst ma charakter satyryczny. Jeśli uważasz, że krytykuję w nim sens prowadzenia jakichkolwiek badań i analiz społecznych, to jesteś ciężkim idiotą...

niedziela, 26 października 2014

Jerome K. Jerome - "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)"

Po przeczytaniu całkiem niezłego Klubu Pickwicka przyszedł czas na kolejną dawkę angielskiego humoru. Tym razem dzięki Wiki wybór padł na Trzech panów w łódce (nie licząc psa). Historia trzech przyjaciół - Harrisa, Gorge'a, Jerome'a oraz ich wiernego kompana podróży - foksteriera Montmorency'ego czytana jest od lat i nic nie zapowiada znaczącego spadku jej popularności. Skąd ten fenomen?

Choć sama powieść miała być tylko przewodnikiem turystycznym dla ludzi zainteresowanych odbyciem rejsu Tamizą, to elementy humorystyczne, które postanowił do swej książki wpleść pisarz, szybko wzięły górę nad początkowym zamysłem. Otrzymujemy więc pełną zabawnych przygód, anegdot i wszelkiego rodzaju uszczypliwości opowieść o "zwykłej podróży" angielska rzeką.

Mimo tego, że książka liczy już sobie dobrze ponad sto lat, wciąż potrafi niesamowicie rozbawić. O ile w innych powieściach zdarzało mi się lekko wykrzywić usta w uśmiechu, to przy Trzech Panach dosłownie ryczałem (jak upośledzona foka ;)). Autor kpi sobie nie tylko z wad współtowarzysz podróży, ale także ze swoich. Z jednej strony krytykuje niefrasobliwość kobiecą, by na następnej stronie opisywać niezdarność własnych kompanów. Podróż łódką po Tamizie, to jeden wielki ciąg żartów i przezabawnych potknięć dnia codziennego. Niesamowite jest także to, że prozaiczna czynność, jaką jest przygotowanie potrawki irlandzkiej (potrawka przygotowana poprzez wrzucenie do niej wszystkiego co jest pod ręką - może to być nawet Irlandczyk), staje się okazją do serii żartów.

No dobrze, ale czy w takim razie, po tylu latach, gagi zawarte w książce Jerome'a się nie zdeaktualizowały? Musze przyznać, że część z nich funkcjonuje obecnie jako oklepane i powszechne docinki, ale to w jak niewymuszony i adekwatny do sytuacji sposób są przedstawiane, sprawia, że i tak bawimy się świetnie. Wprowadzenie do języka mowy potocznej i wymieszanie jej z poetyckością opisów, choć czasami może znużyć, w perspektywie całości książki okazało się świetnym manewrem. Ten zabieg w genialny sposób potęguje komizm sytuacyjny i podważa autorytet autora, który z reguły powinien być poważnym sprawozdawcą.

Przed rozpoczęciem lektury radzę się także przygotować tak, jak zrobili to uczestnicy tej niesamowitej podróży, tzn. zaopatrzyć się w prowiant. Jak przystało na angielską powieść większość jej treści obejmują bowiem zimne schaby, pasztety, pieczenie i niesforne puszki z ananasami. Ślinotok niestety gwarantowany.


Moja ocena to: 8/10

poniedziałek, 20 października 2014

Nie wszystko jest czarno-białe, czyli o próbie demitologizacji Świętej Inkwizycji...

Zasiadając wieczorem przy komputerze miałem do wyboru dwie opcje: albo wziąć się za naukę do kolokwium, albo napisać tekst dotyczący Świętej Inkwizycji. Gdybyście sami musieli postawić się w mojej sytuacji, zapewne wybralibyście identyczne rozwiązanie :) Dlatego też w tej krótkiej notce postaram się omówić przynajmniej kilka popularnych mitów związanych z inkwizycją, które wciąż są powtarzane w różnorakich mediach. Jak większość z Was wie moim głównym źródłem jest książka Romana Konika, do której odsyłam wszystkich szerzej zainteresowanych tym problemem.

Pokrótce przedstawię Wam też zasady jakich postaram się trzymać. Po pierwsze: nie podaję żadnych konkretnych źródeł. Jestem leniwy jak cholera i nie mam ochoty na przepisywanie nazw tych wszystkich dokumentów, do których odsyła nas książka. Po drugie: jestem ignorantem. Historia jest dla mnie czystą rozrywką, a nie przymusem. Dlatego też pewne sprawy znam bardzo pobieżnie, a innych wcale. Stąd mogą wynikać często przewijające się skróty myślowe. Po ostatnie: możecie ten tekst traktować jako moją interpretację treści zawartych w książce Konika. Dlatego też podkreślam, że nie należy ślepo wierzyć w przedstawione tu treści, a dużo lepiej samemu sięgnąć po książkę. Postaram się być jednak w miarę swoich możliwości obiektywny. To co, zaczynamy?

1. Błąd związany z rozpatrywaniem działań Sacrum Officium, w oderwaniu od realiów czasów średniowiecznych.

Niewątpliwie współczesne podejście do śmierci, szczególnie w kulturze europejskiej, jest o wiele bardziej liberalne niż w czasach średniowiecznych. Duża rola prawa zwyczajowego i diametralnie różne systemy społeczne sprawiają, że rozpatrywanie kary śmierci dziś, kiedy podważa się nawet jej zasadność, a kary śmierci dawniej, gdy groziła ona nawet za przestępstwa pospolite, jest zupełnie bezsensowne. Jak jednak wytłumaczyć skąd brała się dawniej taka łatwość w ogłaszaniu tego najbrutalniejszego z możliwych wyroku?
Przede wszystkim ogromną rolę w tym procederze odgrywała władza świecka. Każde wystąpienie przeciwko religii, która poniekąd była również gwarantem władzy państwowej, karano jak najsurowiej. Dlatego też wystąpienia z kościoła najczęściej wiązały się również ze złamaniem reguł feudalnych. Większość heretyków odmawiała bowiem nie tylko podporządkowania się władzy papiestwa, ale także cesarza, króla etc. Dlatego właśnie heretyckie ruchy Katarów, czy Albigensów zwalczano z pełną surowością. Gdybyśmy mieli porównać te ruchy do współczesnych nam ugrupowań, najbliższym strzałem byliby pewnie anarchiści. Choć trzeba przyznać, że do anarchistycznych ruchów dawniej nie posiadano aż tyle cierpliwości co współcześnie. Trudno się jednak temu dziwić w sytuacji, gdy władcy nie posiadali takich możliwości indoktrynacji jak dziś, a co za tym idzie o wiele bardziej troszczyli się o utrzymanie pełnej, nieskazitelnej władzy. Działania takie jak krucjaty przeciwko Albigensom były więc nie tylko organizowane w celu obrony kruchego porządku społecznego, ale także co ważne, były to działania akceptowane przez zwykłą ludność.   

2. Stosowanie tortur

Przez pierwsze dwa wieki istnienia inkwizycji tortur niemalże nie stosowano. Później jednak nawiązując do Prawa Rzymskiego, tortury stały się powszechną metodą prowadzenia przesłuchań. Po jakimś czasie zostało to zaakceptowane także przez papiestwo, które choć początkowo niechętne, w końcu wyraziło zgodę na torturowanie. Zaznaczyć należy, że inkwizycja w przeciwieństwie do sądów świeckich obwarowana była szeregiem zobowiązań, które musiały być zrealizowane w przypadku prowadzenia przesłuchań tą metodą. Zakazano więc karania dzieci, kobiet w ciąży i starców, nigdy nie stosowano tortur w pierwszej rozprawie sądowej, a po zastosowaniu tej nieprzyjemnej formy rozmowy przesłuchiwany miał 24 godziny na odwołanie swoich zeznań. Nawet inkwizycja Hiszpańska, którą uważa się za o wiele bardzie brutalne ramię kościoła, była w swych działaniach o wiele bardziej liberalna niż władza świecka. Nie stosowano bowiem tortur w przypadku przewinień drobnych, za które kara była niższa niż sama dolegliwość związana z torturami (w przypadku władzy świeckiej nie było tak kolorowo). Dość powiedzieć, że nawet teoretycznie agresywniejsza inkwizycja hiszpańska stosowała tortury w przypadku około 10% procesów, co w przypadku władzy świeckiej było nagminną regułą. Warto również podkreślić, że tortury stosowane przez inkwizycję najczęściej były dość humanitarne (opowieści o fantastycznych urządzeniach zwykle dotyczą sądów świeckich) i polegały na przykład na izolacji więźnia i ograniczeniu dostępu do pożywienia. Gdy dochodziło do bardziej agresywnych metod, należało uzyskać zgodę miejscowego biskupa, zorganizować lekarza czuwającego nad całym procesem i samemu obserwować co się dzieje (gdyż pomocnikami zwykle byli np. kaci z sądów świeckich, którym specjalnie na humanitaryzmie nie zależało). Jak widzicie sporo z tym zachodu, więc inkwizytorzy zwykle stawiali na sprawdzoną głodówkę. Jeżeli chodzi o inne aspekty humanitarne, to można też wspomnieć, że inkwizytorzy nie mogli torturować nikogo więcej niż jeden raz.

3. Giordano Bruno

Stanowi świetny, wciąż popularny mit o doskonałym naukowcu. Nie ma się co jednak zbytnio rozpisywać - jak się okazuje był on zwykłym oszustem (naciągnął między innymi florenckiego kupca Moceriniego, za co ten zresztą wydał go inkwizycji), idiotą (popierał teorię Kopernika, ale tłumaczył to w fantazyjny, filozoficzny i spekulacyjny sposób) i zwykłą mendą (odwołał swoje twierdzenia by uniknąć kary, ale jednocześnie wysłał papieżowi list w którym konsekwentnie bronił swoich racji. Oczywiście to już konkretnie wkurzyło papieża i Bruno został skazany na śmierć). Być może mimo wszystko uniknął by kary, ale fakt, że był on dawniej członkiem zakonu Dominikanów, a później zrzucił habit, nie przysporzył mu przyjaciół wśród duchownych inkwizycji, którzy w większości również wywodzili się z tego zakonu. Oczywiście spalenie Bruna na stosie to znaczna przesada, ale trudno się dziwić takiej decyzji, tym bardziej w obliczu wielu szans na rehabilitację jakie Bruno zewsząd dostawał. Aha, teoria Kopernika nie miała z tym wiele wspólnego - to raczej sama teoria heliocentryczna dostała po dupie przez Bruno, niż on przez teorię.

4. Torquemada

"Wielki zbrodniarz" inkwizycji hiszpańskiej okazuje się być świetnym organizatorem. Nie tylko odwoływał członków inkwizycji, którzy przekroczyli swoje uprawnienia, ale także dążył do ujednolicenia procedur wewnątrz tej organizacji. Optował również za silniejszym związkiem z papiestwem, ponieważ należy zaznaczyć, że inkwizycja hiszpańska w równej mierze była podporządkowana władzy papieża, co hiszpańskich władców. Za jego czasów również wprowadzono obrońców dla oskarżonych. Wiele źródeł podaje fantastyczne liczby osób spalonych na stosie w czasie gdy Torquemada pełnił swój urząd. Weźmy jednak charakterystyczny przykład procesu w Toledo. Dane podane przez Konika wskazują na około 750 kar wydanych w jednym wyroku. Ale...były to kary kanoniczne. Paciorek, pielgrzymka i tym podobne bzdury. Z tych 750 oskarżonych tylko około 40 wydano na proces władzy świeckiej, co faktycznie równało się wyrokowi śmierci. Przykłady takich zawyżonych szacunków, gdzie kary kanoniczne utożsamia się z wyrokami śmierci można by mnożyć, a zadziwiająco przodują w tym naukowcy protestanccy. Fakty wskazują jednak, że Torquemada był niesamowicie inteligentnym pionierem w dziedzinie prawa, a wielu z nas mogłoby się od niego uczyć.

5. Liczby

Jak wspomniałem niesamowicie wygodne jest utożsamianie płonących stosów z inkwizycją katolicką, gdy w rzeczywistości to w czasach Lutra i Kalwina stosy państw zachodnich zapłonęły na dobre. Wyznawcy nowej odmiany chrześcijaństwa nie tolerowali bowiem Żydów. Stąd też emigracja narodu żydowskiego do wyjątkowo wówczas tolerancyjnej, w przeważającej mierze katolickiej Polski. Dlatego też fantastyczne liczby, porównujące działania inkwizycji do systemów totalitarnych, wynikają jedynie z wybujałej wyobraźni wielu nierzetelnych historyków. Wliczanie najliczniejszych kar kanonicznych do wyroków śmierci, wskazywanie na inkwizytorów, którzy przeprowadzali przesłuchania nawet gdy faktycznie jeszcze się nie narodzili, opisy okrucieństw jakich dopuszczali się inkwizytorzy - to świetne i medialne tematy, ale kompletnie sprzeczne z faktami. A te wskazują raczej na to, że w momencie utworzenia inkwizycji spadła liczba ludzi skazywanych na śmierć za herezję. A to z tej prostej przyczyny, że wewnątrz Sacrum Officium nie szafowano tak wyrokami śmierci, jak w sądach świeckich.

6. Podsumowanie

Historia inkwizycji pełna jest wielu bzdur i przeinaczeń,  nie ważne czy to jeśli chodzi o popularny motyw stosów, wymyślnych  tortur, czy bestialskich inkwizytorów (Torquemada, Bernard Gui). Oczywiście zdarzały się niechlubne przypadki nadużyć władzy, które jednak stanowczo starano się tępić (Konrad z Marburga). Nie było to może tak skuteczne jak współcześnie, głównie ze względu na ograniczone mechanizmy kontroli, ale zwykle inkwizycja była świetnie przygotowana do swoich zadań. Spadkiem tej organizacji stała się więc nie tylko mityczna historia, ale także całkiem realna liberalizacja prawa, zupełnie innego od prawa świeckiego. Nie zdołałem oczywiście wskazać wszystkich mitów jakie przez lata przyklejano do Sacrum Officium, ale starałem się wybrać te najistotniejsze - o resztę pytajcie w komentarzach, lub szukajcie w książce ;)


[To właśnie inkwizycję]... zmitologizowała jako symbol bestialstwa wroga katolicyzmowi Reformacja tudzież historiografia protestancka bądź historiografia ślepo powtarzająca kłamstwa protestantów. Współczesne badania źródłowe dowodzą, że Inkwizycja była dużo bardziej humanitarna od sądów cywilnych (gminnych, miejskich, państwowych), że tortury stosowała nader rzadko i w formie nader ograniczonej, a więźniowie cywilnych lochów z premedytacją rzucali bluźnierstwa, aby dać sobie szansę przenosin do jurysdykcji inkwizycyjnej. Kliniczny przykład manipulacji to płótno w muzeum Narodowym Budapesztu, długo tytułowane(...):"Inkwizycja", mimo że obraz ukazuje ewidentnie scenę torturowania przez sądy świeckie! Dopiero ostatnio zmieniono tytuł na "Izba Tortur"  - Waldemar Łysiak
Alessandro Magnasco - Izba Tortur (chodzi bodajże o ten obraz)

piątek, 17 października 2014

Czytamy mądre książki, czyli "Psychopaci są wśród nas" + "W obronie Świętej Inkwizycji"

Ehh, źle się dzieje w państwie Duńskim. W moim życiu czytelniczym cyklicznie występują dwie fatalne sytuacje. Albo znajduję coś, czego w żadnej mierze nie chcę recenzować, albo trafiam na cholernie dużo fajnych książek, które wypadałoby opisać. Dlatego też zdecydowałem się po raz kolejny na formę mini recenzji zbiorczej.

1. Robert D. Hare - Psychopaci są wśród nas

Moje ogromne zainteresowanie tą pozycją wynika głównie z tego, że chciałem sprawdzić ile cech psychopatycznej osobowości sam posiadam. Wynik na szczęście okazał się niezbyt imponujący. Będąc młodzieńcem zdecydowanie zaniedbałem maltretowanie zwierząt, wczesne kłopoty z prawem i eksperymenty seksualne. Z jednej strony mogę być z siebie zadowolony, ale z drugiej to właśnie psychopaci okazują się najbardziej fascynującymi ludźmi, z jakimi obecnie próbuje zmierzyć się nauka.

Robert Hare, autorytet w dziedzinie badań nad psychopatią, napisał świetną pozycję, w której doskonale wyjaśnia czymże to nietypowe zjawisko jest. Niestety odpowiedzi, których udziela, jest niemal tyle samo co pytań, które do dziś nie zostały jednoznacznie wyjaśnione. Tak więc gdy z jednej strony opisuje cechy charakterystyczne dla psychopatów, z drugiej stawia pytanie, czy psychopatia jest zwykłym defektem, czy też chorobą psychiczną? Gdy mówi jak minimalizować skutki działań psychopatów, jednocześnie pozostawia nierozstrzygniętą kwestię skuteczności ich leczenia. Lektura jest jednak o tyle solidna, że pozwala doskonale uświadomić sobie zakres problemu, w czym dobitnie pomagają przykłady wskazane przez autora. I to zarówno te bardziej medialne (Ed Gein, Richard Ramirez), jak i te, które nie zostały nagłośnione, a z którymi sam autor miał do czynienia w swojej karierze.

Jeśli więc chcecie dowiedzieć się jaki wpływ może mieć na psychopatę rodzina, jaka jest szansa na socjalizację ludzi o takiej osobowości, lub czy osoby z podobnym zaburzeniem byłyby dobrymi i odważnymi kompanami na polu walki, warto po Hare'a sięgnąć. Oczywiście książka ma wyraźnie naukowy charakter, ale muszę stwierdzić, że jej lektura, to czysta przyjemność.

Moja ocena to: 7/10

2. Roman Konik - W obronie świętej inkwizycji

Święta inkwizycja, to temat, który po dziś dzień budzi wiele emocji. Różne ekstremistyczne i antykatolickie media (podkreślam, że moja wiara również nie jest mocno ugruntowana, ale jestem bardzo mocno przywiązany do większości słusznych, moralnych wartości, które ze sobą niesie) chcą przedstawiać działalność tej organizacji niemal na równi z komunistycznymi, czy hitlerowskimi zbrodniarzami. Nawet wielu księży nie znając historii inkwizycji i historii średniowiecznej, potępia Sacrum Officium uznając ją za ogromną skazę na instytucji kościoła katolickiego. Zaintrygowany tytułem książki znanego historyka, postanowiłem sam sprawdzić jak przedstawiana nam zewsząd mitologia ma się do rzeczywistości.

I według Konika ma się nijak. Zaznaczam od razu, że dość ślepo dałem wiarę argumentom historyka, głównie dlatego, że wszystkie swoje argumenty popiera konkretnymi źródłami z kronik i dokumentów historycznych. W dodatku każdą sytuację jest w stanie przeanalizować i przedstawić ją w kontekście epoki, a nie w czarno-białych barwach naszej współczesnej, liberalnej kultury.

Tak więc czytając tę książkę zrozumiemy wiele ciekawych aspektów owych czasów: dlaczego tępiono zakony heretyckie i skąd wynikało przekonanie, że są to rebelianci także na gruncie społecznym? Skąd wzięło się utożsamianie inkwizycji kościoła katolickiego z inkwizycją hiszpańską? Kim naprawdę był Torquemada, a kim Giordano Bruno? Dlaczego odrzucono teorię heliocentryczną, czy chociażby skąd wzięło się graniczące z pewnością przekonanie o świętej inkwizycji palącej na stosie setki czarownic? 

Choć książka ta liczy sobie zaledwie 210 stron ogrom wiedzy jaki ze sobą niesie jest wprost niezwykły. Nie ma tu wiele miejsca na daremne rozważania, a informacje są niesamowicie konkretne i skondensowane. Największym problemem, podobnie jak w przypadku innej książki wydawnictwa Wektory, którą miałem okazję opisywać, jest fatalna korekta. Dość dużo błędów, nieodmienione wyrazy i literówki nie powinny w tak dobrej książce przydarzać się równie często. Jako że nie jestem członkiem językowej inkwizycji, byłem w stanie znieść ten drobny nietakt wydawcy i ocenić książkę bardzo wysoko.

Moja ocena to: 8/10


Ps. Jeśli nie macie zamiaru sięgać po tę pozycję, a interesuje Was tekst dotyczący najpopularniejszych mitów związanych z inkwizycją, dajcie znać w komentarzach :)

wtorek, 14 października 2014

Bomby, zombie i śmierć w Minnesocie, czyli kolejny post o niczym...

Jak sugeruje tytuł dziś kolejny post o niczym. Dlaczego? Przeczytałem bowiem ostatnio książkę pod tytułem "Pan raczy żartować panie Feymann", która traktuje o losach fizyka, zajmującego się pracą przy projekcie Manhattan (przypominam, że polegał on na stworzeniu bomby, która zrobi większe bum, niż te dotychczasowe), a także późniejszego noblisty. Czytając ją miałem nieodparte wrażenie, że rozmawiam z jakimś kumplem, który mimo że jest zarozumiałym chamem, to jednocześnie w jakiś dziwny sposób łatwo go  polubić. Choć książka nosi miano popularnonaukowej, to w swej ciemnocie nie byłem w stanie wynieść z niej żadnych pożytecznych dla mnie informacji. No może poza tym, by nigdy nie kupować kobiecie drinka, jeśli nie ma się gwarancji, że dojdzie do czegoś więcej (bardziej bezpośrednio: chodzi tu o seks, chociaż ze względu na to, że jestem niesamowicie kulturalny lubię czasem poowijać w bawełnę). Z jednej strony czyta się ją całkiem przyjemnie, z drugiej zaś oczekiwałem kompletnie czego innego. Dlatego też dzisiaj recenzji nie będzie.

Będzie za to trochę o nowym Walking Dead (*whoop, whoop!). Naczekaliśmy się w cholerę na piątą serię, ale wreszcie jest. I znów możemy cieszyć nasze oczy zombiakami odgryzającymi ludziom nosy, uszy i wszystkie inne, wystające części ciała... Pierwszy odcinek okazał się dość cukierkowy, ale absolutnie nie jestem zawiedziony. Ulubione postaci ze starej ekipy wciąż żyją, mają się dobrze i wykazują zabójczą skuteczność w eliminowaniu hord żywych trupów. Choć fabuła potoczyła się absolutnie po mojej myśli, muszę przyznać, że pierwszy odcinek był wyjątkowo krwawy. I mam ogromną, psychopatyczną nadzieję, że tendencja ta będzie się utrzymywała.

Z tego miejsca polecam Wam też inny, równie świetny sposób na zmarnowanie swojego życia. Serial Fargo, który obejrzałem wyłącznie dzięki rekomendacji mojego brata (ponoć) okazał się strzałem w dziesiątkę. A może raczej klasycznym, serialowym hadshotem. Kompletnie poryte poczucie humoru, które dotrze tylko do ludzi dzielących ze mną ten charakterystyczny, psychologiczny defekt, pozwalający rozkoszować się nieuchronnym widmem śmierci naszych bohaterów, świetna gra aktorska Billy'ego Boba Thorntona oraz Martina Freemana, a także jedna z bardziej intrygujących kreacji Allison Tolman - aktorki nie zaliczającej się może do najbardziej urodziwych, ale niesamowicie utalentowanej. Moim skromnym zdaniem nie odstawała ona absolutnie od dwóch kluczowych postaci. Problemem tego serialu jest to, że należy wykazać się niesamowitą intuicją - a zaryzykowałbym nawet inny wyraz, którego w kontekście seriali staram się nie używać - inteligencją, by wychwycić wszelkie groteskowe smaczki upchnięte w Fargo.


Sprawa ostatnia - dzisiaj mecz. Po łatwym zwycięstwie nad reprezentacją Niemiec (hahahaha) czas na rozprawę z walecznymi Szkotami. Trzy punkty zdobyte w meczu z pretendentami do awansu, postawiłyby naszą kadrę w doskonałej sytuacji. Dlatego też proszę wszystkich o patriotyczne zaopatrzenie się w alkohol i darcie mordy w imię świętej, futbolowej racji, która jak wszystkim dobrze wiadomo musi być po naszej stronie. Mam nadzieje, że w tych wyjątkowych okolicznościach nie pogniewacie się za brak recenzji . 

czwartek, 9 października 2014

Jean-Christophe Grange - "Purpurowe Rzeki"

Grange - nazywany nomen omen francuskim Harlanem Cobenem - nie zawiódł mnie nigdy. Pomyślałem więc, że Purpurowe Rzeki, określane często najlepszym dziełem pisarza z państwa dobrego wina i białych flag, znokautują mnie doszczętnie. Chciałem zbierać szczękę z podłogi, napisać hymn pochwalny i w pełni zaspokojony powrócić do szarego, nudnego życia. Obyłoby się więc bez żadnych afer i kontrowersji. Ale by być ze sobą zupełnie szczerym - nie mogę. Moim zdaniem to właśnie jest najsłabsza książka jaką ma na koncie Grange.

Choć przyznam, że początkowo wcale się na to nie zapowiadało. Mamy klasyczną już, dość skomplikowaną tajemnicę związaną z bezczeszczeniem grobów, sfingowaną śmiercią i duchami przeszłości nękającymi ofiary. Niestety nie ma tu nic, czego nie można by znaleźć w innych książkach Francuza. Ale wciąż jest nieźle, tym bardziej, że ten charakterystyczny, lekki styl i czysta przyjemność z lektury będą nam towarzyszyły aż do końca powieści. Technicznie jest więc wszystko w jak najlepszym porządku.

Problemy zaczynają się w momencie, gdy zbyt mocno skupimy się na fabule. Akcja rozgrywająca się w uniwersyteckim miasteczku Guernon daje autorowi spore pole do popisu. Zamknięta społeczność, zagadkowe i brutalne morderstwa, wyjątkowo inteligentni podejrzani - wydawało się, że taki przepis, to prosta droga do sukcesu, ale jak się okazało - niestety nie. Ta część książki, w której na jaw wychodzą rozwiązania tajemnic zaserwowanych nam w Purpurowych Rzekach, okazuje się najgorszą rzeczą jaką moim zdaniem kiedykolwiek popełniono. Dlaczego? Ponieważ spieprzono dosłownie wszystko. Ciężki klimat gdzieś zanikł. Zamiast tego zacząłem zastanawiać się kto jest mordercą i co w przypadku Grange'a nieczęsto mi się zdarzało, trafiłem już przy pierwszym strzale. Komisarze, którzy mieli być wyjątkowo brutalni i uzdolnieni, okazują się idiotami, dla których prosty problem z zakresu genetyki wymaga kilkudziesięciu konsultacji ze specjalistami.  Pominę już fakt, że obaj śledczy opisywani byli niemalże jak zawodowi mordercy, stworzeni wręcz do działania na ulicach niebezpiecznych miast. Co najwidoczniej wcale nie przeszkadza im w byciu najbardziej nieodpowiedzialnymi i pierdołowatymi funkcjonariuszami francuskich służb mundurowych.

I to wszystko wciąż można by przełknąć. Razem z fabułą, która z mrocznego kryminału zmienia się w jakąś powieść fantasy. Można by pominąć błędy, niedociągnięcia i naiwność autora. Ale za cholerę nie wybaczę mu czegoś, co zawsze mnie zachwycało. Zakończenia. Te u Grange'a nieodmiennie były mistrzowskie, pełne suspensu i nagłych twistów wywracających całą warstwę fabularną na drugą stronę. A tu mamy niesamowite rozczarowanie, w którym znów daje o sobie znać jawna nieodpowiedzialność teoretycznie najbardziej doświadczonego detektywa. O jakimkolwiek znaczącym zwrocie akcji, którego przeciętnie inteligentny czytelnik nie domyśliłby się przed wielkim finałem, stanowczo możecie zapomnieć.

Podkreślam, że to jest wciąż książka w stylu Grange'a - lekka, łatwa i przyjemna. Ale jednocześnie do bólu naiwna. Chciałby ocenić ją wyłącznie przez pryzmat pierwszych 200-300 stron. Wtedy ocena byłaby niesamowicie wysoka. Jednak fatalne zakończenie kompletnie zepsuło mi przyjemność z lektury. Powieść ta okazała się przekombinowana i wcale nie tak zaskakująca jak mogłoby się początkowo wydawać. Poleciłbym ją wyłącznie tym,  którzy przygodę z Grange'm dopiero zaczynają. Reszta będzie raczej lekko rozczarowana.

Moja ocena to: 5/10

czwartek, 2 października 2014

Hiszpański Cyrk (2010)

Yep, w końcu obejrzałem. Obiecywałem to sobie od dawna i muszę przyznać, że wraz z każdym kolejnym dniem moje oczekiwania względem tego filmu mocno rosły. Dziś jednak Hiszpański Cyrk jest już za mną, więc z czystym sercem mogę napisać, co mój chory umysł sądzi o tej produkcji.

Film opowiada o losach dwóch, nieźle popieprzonych klaunów. Jeden z nich, Carlos, jest smutnym klaunem. Jego obowiązkiem jest głównie stanie na scenie i robienie miny zbitego psa, podczas gdy wesoły klaun urządza sobie dzikie harce - oblewa go wodą, uderza gumowym młotkiem, czy sika mu na nogawkę.  Wesołkiem tym jest niesamowicie agresywny Sergio. Problemem obu panów staje się rywalizacja o niesamowicie urodziwą, ale zepsutą do szpiku kości gimnastyczkę Natalię. To tyle jeśli chodzi o zarys fabularny.
Pani Miley Cyrus? Tak, kierowca jest już w drodze...
Nie skupiajcie się jednak na nim za bardzo, bo fabuła ta jest tylko alegorią. Rywalizujący o niezdecydowaną Natalie klauni, stają się symbolem faszyzmu i komunizmu - dwóch niszczycielskich sił, które stają się śmiertelnym niebezpieczeństwem dla kraju - symbolizowanego poprzez osobę cyrkowej akrobatki. Dosadnym tego przykładem jest np. scena zamachu bombowego przeprowadzonego przez ETA, w której smutny klaun zdziwiony pyta: "A Wy? Z jakiego jesteście cyrku?".  I między innymi za takie smaczki można docenić ten film. Jest on absurdalny, groteskowy i konkretnie poryty, ale jak dobrze wiecie moje poczuje humoru również.

Trudno jednak powiedzieć, żeby przy takiej makabrze wylewającej się na widza z ekranu, można było śmiać się w głos. To jest zupełnie inny typ humoru - do bólu przerysowany, być może trochę kpiarski, ale zdecydowanie dosadny, nachalny i brutalny. Tylko dla ludzi o mocnych żołądkach. Klauni z czasem stają się coraz bardziej przerysowani, karykaturalni i obrzydliwi, tworząc idealne zobrazowanie tego, jak zmienia się każdy system totalitarny.

Cholera - seksowna ta Hiszpania...
Zauważyłem, że dość popularne jest porównywanie kina tworzonego przez Tarantino z Hiszpańskim Cyrkiem. I faktycznie - jeśli weźmiemy pod uwagę niesamowicie szybko pędzącą akcję, charakterystycznych bohaterów, czy niezwykłą wręcz bezpardonowość tego filmu, to śmiało będziemy mogli takie porównanie uzasadniać.

Dla porządku napiszę jednak, że zdecydowanie nie jest to film dla każdego. Przede wszystkim zagubi się w nim wielu widzów, którzy mają trudności z zachowaniem odpowiedniego skupienia. Jak wspomniałem akcja gna na łeb, na szyję, więc jej śledzenie sprawia czasem pewne trudności. Trudno też ukryć, że jest to dość chaotyczna produkcja, w której czasem niełatwo doszukać się sensu. Wiele postaci wydaje się tu wrzuconych tylko po to, by dodatkowo gmatwać sytuację. Oczywiście skreślić go powinni także Ci, którzy nie lubią epatowania brutalnością. Wielu znawców kina, którzy na siłę chcą kwalifikować każdą produkcję, też nie powinno się stresować. Hiszpański cyrk nie mieści się bowiem w żadnych konkretnych ramach, które jestem sobie w stanie wyobrazić.
Marzenie każdego klowna - otworzyć ogień do rozwrzeszczanych dzieciaków w fast-foodzie...
Dla kogo więc jest ta produkcja? Ucieszy z pewnością każdego miłośnika hiszpańskiej historii XX wieku, który ma to szczęście, że jednocześnie posiada nieziemsko skopane poczucie humoru. Albo po prostu każdego, kogo bawi widok dwóch napieprzających się do nieprzytomności klaunów. Pech chciał, że ocena jest mało obiektywna. Wiem doskonale, że bardzo wielu osobom ten film się nie spodoba. Siłą rzeczy nie mogła być ona zatem adekwatna do gustów wszystkich czytelników. Niestety w moje upodobania dzieło to trafiło znakomicie, więc:


Moja ocena to: 8/10