sobota, 29 listopada 2014

Zombeavers (2014)

Wszyscy dobrze wiemy, że świat jest pełen niebezpieczeństw. Od najmłodszych lat rodzice uczą nas, by nie przechodzić przez jezdnię na czerwonym świetle, nie chodzić po drzewach, czy nie brać cukierków od nieznajomego pana w długim płaszczu przeciwdeszczowym (czego osobiście nigdy nie rozumiałem, ponieważ to właśnie były najlepsze cukierki jakie w życiu jadłem). Niestety nie wpaja nam się równocześnie, by unikać genetycznie zmodyfikowanych anakond, pszczół, czy chociażby... bobrów. Oczywiście zaniedbania te muszą kiedyś sprawić, że będziemy narażeni na szereg niekomfortowych sytuacji, albo bardziej banalną i przyziemną śmierć w męczarniach. Zombeavers, to film dokumentalny, który stara się antycypować bieg przypuszczalnych wydarzeń, które mogą stać się konsekwencją przewożenia niezwykle niebezpiecznych materiałów radioaktywnych przez dwóch wieśniaków-homoseksualistów w obdrapanym jeepie. Nie wiem jak Wy, ale ja z całą pewnością dostrzegam w tym pewną alegorią współczesnego modelu politycznego...

Ale zostawmy politykę z boku, gdyż wartość, którą to dzieło chce nam przekazać nie potrzebuje żadnego dodatkowego tła. Uważny widz prawdopodobnie wyłapie z tego obrazu wiele dosadniejszych lub luźniejszych nawiązań, metafor, czy innego rodzaju zabiegów artystycznych. Pochylmy sie jednak nad warstwą powierzchowną i spróbujmy odczytać wizję reżysera w sposób do bólu dosłowny.
Trudno ukryć, że reżyser inspirował się prozą Stephena Kinga - klasa światowa!
Fabuła opiera się na pełnej emocji i niebezpieczeństw przygodzie trójki młodych, stosunkowo atrakcyjnych kobiet, które ze względu na problemy miłosne jednej z nich postanawiają spędzić samotnie weekend - oczywiście w domku nad jeziorem. Z czasem dołączają do nich ich partnerzy, którzy choć pozornie są niewyżyci seksualnie, stanowią zapewne personifikację niespełnionych, młodzieńczych nadziei. Problem z jakim zmagają się nasi dzielni bohaterowie, to wspomniane już mordercze, zmodyfikowane genetycznie zombie-bobry. Oczywiście ich obecność w kinie takiej klasy możemy odczytywać na wiele sposobów. Moim zdaniem były one metaforę problemów na naszej drodze życiowej, które prędzej czy później kończą się nieuniknionym zgonem. Ich perfidia i zawziętość, to zapewne odniesienie do walki, którą każdy z nas musi codziennie toczyć z przeciwnościami losu.

Choć modele głównych oponentów (przypominam raz jeszcze: morderczych bobrów zombie - zombrie?) są do bólu sztuczne, to należy podkreślić, że wiele problemów, które stoją na naszej drodze, również są wykreowane sztucznie i podobnie jak te filmowe zombrie, dla postronnego obserwatora wydają się śmieszne. Odpowiedzmy więc sobie na jedno ważne, ale to bardzo ważne pytanie: czy sami nie stajemy się częścią naszych problemów, nie utożsamiamy się z nimi? Być może nie, ale z całą pewnością bohaterowie tego świetnego nomen omen kina z czasem stają się zmutowanymi bobrami...
Fenomenalna gra aktorska i świetne, zapierające dech w piersiach efekty specjalne ukazane na jednym obrazie.
Obalmy też jedną z popularnych, krytycznych tez, którymi często operują malkontenci. Wskazują oni bowiem na obecność piersi jednej z głównych bohaterek, które nie tylko ukazane są w sposób bardzo... otwarty, ale też pozornie nie wpływający na bieg wydarzeń. W związku z tym pojawiła się opinia, że głównym adresatem tego filmu będzie banda niewyżytych nastolatków. Z miejsca należy obalić ten bzdurny argument, ponieważ wyraźnie widać, że kobiece piersi w tym wydaniu, to tylko zręczne nawiązanie do erotyzmu serwowanego nam przez współczesne media i próba ośmieszenia podobnych zabiegów. Wskazuje na to wyraźnie skromny rozmiar demoralizujących atrybutów wspomnianej już bohaterki, który ma za zadanie wzbudzić w nas niechęć do oglądania podobnych prób w przyszłości.

Podsumowując: mamy tu do czynienia z niezwykle przemyślaną produkcją, stanowiącą kwintesencję współczesnego artyzmu i sztuki wyższej. Niestety obraz ten nie jest przeznaczony dla ubogich duchowo i niepotrafiących docenić intelektualnego kunsztu reżysera. Choć wydawać by się mogło, że należy go traktować jako prymitywną, mało śmieszną komedyjkę z elementami gore - w rzeczywistości mamy do czynienia z filmem bijącym na głowę wszystkie tegoroczne produkcje.

Moja ocena to mocne: 10/10


A tak serio: 2/10 za fajne plakaty ;)    

poniedziałek, 24 listopada 2014

Meg Cabot - Magiczny Pech [Kaszana Czelendż 1/2015]

Nasz świat nie jest doskonały. Mimo wszelkich starań zaprowadzenia globalnego pokoju i porządku ludzkość wciąż nękają takie problemy jak AIDS, wojny, głód, terroryzm i Meg Cabot. O ile te pierwsze kwestie są stosunkowo mocno napiętnowane i często podkreśla się ich znaczenie, o tyle nikt nie wpadł jeszcze na pomysł, by spalić wszystkie egzemplarze Magicznego Pecha - książki w której stworzeniu musiały maczać palce siły nieczyste. I choć odpukałem już w niemalowane (czołem), splunąłem przez lewe ramię (na okładkę) i wysypałem wokół niej starożytne symbole ochronne z soli, wciąż czuję, że nie zrobiłem dostatecznie wiele. Wydaje mi się, że ona wciąż może kogoś skrzywdzić...

Klasycznie zacznę jednak od tego, co w tym przypadku określę szumnie mianem "fabuły". Nie wiem czy wszystkie historie dla nastolatków są tak infantylne, ale ta przedstawiająca losy nastoletniej czarownicy Maggie jest. Trudno mi powiedzieć czy schemat w powieściach młodzieżowych jest zawsze taki sam, ale tutaj występuje coś co roboczo określę "brzytwą Stephenie Mayer". Mechanizm ten, w odróżnieniu od brzytwy Ockhama, polega na tym, że wskazujemy na najbardziej idiotyczne pomysły, które można zaimplementować do powieści i zostawiamy tylko je - każdy rozsądny wątek, czy choćby dialog z miejsca odrzucamy. Jak widać wystarczy znaleźć grono niedojrzałych nastolatek lub gości zmuszonych do wzięcia udziału w wyzwaniach internetowych, by zrobić na tym kasę...

Dobra, wróć, nie chcę się przecież czepiać samych czytelników, którym "to" przynosi frajdę, ale przyznam szczerze, że w życiu nie czytałem większego gówna. I jeżeli wydawać by się mogło, że staram się deprecjonować Wasz gust czytelniczy, to nie, nic podobnego. Ja Was naprawdę szczerze podziwiam...

Ale po co się rozwodzić nad szczegółami? Czas na konkrety. Czym raczy nas pani Cabot w swoim epokowym dziele? Oczywiście podstawowym elementem będą miałkie dialogi, które są nie tylko wypełnione kompletnie idiotycznymi rozważaniami nastolatek, ale co gorsza pełne irytujących powtórzeń. Drugą kwestią jest niesamowita fabuła, którą wstydziłbym się zanotować nawet na papierze toaletowym. Żadnych zaskoczeń - nastolatki nie mogą przecież za dużo myśleć. Oczywiście do tego nieodłącznie muszą być wmieszani najbardziej wkurzający bohaterowie pod słońcem - idealny Zach, chłopak półbóg, zepsuta do szpiku kości Tory, (która nie tylko pije piwo, ale i bierze valium!) a także nasza bohaterka - Maggie. Jedyna wiedźma, którą sam z radością spaliłbym na stosie i to wcale nie ze względu na jej nadprzyrodzone zdolności.

Ale co tam - nie znam się na literaturze, więc może to tylko moje widzimisię. Być może za sto lat książki Cabot będą należały do kanonu literatury. Dziś pocieszam się jednak myślą, że nie dożyję tych czasów i głos oddaję samej pisarce:       

Nie Madelaine ani Margaret. Po prostu Maggie. Kiedyś, na wsi, słyszałam, jak ktoś wołał tak na krowę! - To Iowa - czego się spodziewaliście? Że na krowę mówi się "mućka"? Zresztą mogło być gorzej. Mogła się nazywać na przykład Szczepan - pomyślcie jakie to jest cierpienie...

Nie, żebym narzekała. - Nie dajcie się zwieść. Będzie narzekała. Non stop...

"Czy coś" - Maggie nie grzeszy elokwencją, ale po kolejnym powtórzeniu sakramentalnego "czy coś" ma się ochotę obić jej mordę, czy coś...

"Nikt mi nie odpowiedział od razu, ale na pewno dobiegło mnie głośno rzucone słowo na „k”." Kaczka? Konkwistador? Konstantynopolitańczykowianeczka? Kurwa, chyba nie zgadnę :/

Właśnie oplułam mrożoną herbatą z Long Island najfajniejszego chłopaka, jakiego spotkałam w życiu. - trzeba się było na niego jeszcze zsikać. Gdyby to nie zmieniło waszych relacji ten związek byłby już nie do rozbicia #BravoGirl

A więc koty też lubił. Opiekunki do dzieci, Siódme niebo, foki, dzieci... I koty. Czy ten facet mógłby być jeszcze sympatyczniejszy? - Czuję mdłości...


Zastanawiałam się już nad tym. Serio, zastanawiałam się. Jednak po prostu nie mogłam wyobrazić sobie, żeby Tory zrobiła coś równie podłego. Symulować próbę samobójczą, tak. Ale roznosić na mój temat plotkę, która była totalnym kłamstwem i ona o tym wiedziała? - No jasne, bo symulowanie próby samobójczej jest w przypadku nastolatek zupełnie rozsądnym i logicznym wyjściem...

Wtedy Zach jakoś zdołał dojść do siebie. Wymamrotał.
- Tak... Tak... wyglądasz naprawdę... Naprawdę...
Stanęłam, czując nagle, że żołądek mi się z całej siły zacisnął - bo co on chciał powiedzieć? Przecież na pewno nie, że wyglądam świetnie, ani nic. Przyjaciele nie mówią sobie nawzajem takich rzeczy... - Czas na brutalną prawdę - facet jest napalony jak piec Martenowski. Bardziej bezpośredni byłby już tylko wyciągając wacka i waląc ją nim po twarzy...

I pochylił się, żeby mnie znów pocałować.
A tym razem, kiedy uniósł głowę, przed moimi oczami latały ptaszki, gwiazdki i jeszcze niewielkie tęcze. - z gwiazdkami i tęczami może być pewien problem, ale co do ptaszków to na pewno nie były ostatnie jakie latały jej przed oczami tego wieczora...


No ja myślę. No bo, ja leciutko dostałam szóstkę z szycia w siódmej klasie - przez pół powieści nasza bohaterka zastanawia się dlaczego ludzie jej nie lubią. Może dlatego, że po prostu jest suką która chwali się każdą głupotą? Tak tylko podpowiadam... 

Moja ocena to 0,05/10

poniedziałek, 17 listopada 2014

Kurt Vonnegut - "Matka noc"

Obraz podwójnego agenta, który wykreowała współczesna popkultura jest w gruncie rzeczy całkiem pozytywny. Na dobrą sprawę zwykle jest to altruistyczny bohater, rycerz XXI wieku walczący o uniwersalnie pojmowaną wolność. Sprawy przedstawiają się zgoła inaczej, gdy sięgamy po książkę Kurta Vonneguta - tutaj bowiem heroizm nie ma żadnego znaczenia - ważne jest tylko bezsensowne cierpienie podlane szczyptą charakterystycznej dla autora ironii.

Już na początku powieści poznajemy Howarda Cambella - szpiega amerykańskiego służącego podczas wojny w niemieckim wydziale propagandy. Całe nieszczęście naszego protagonisty polega na tym, że działania na rzecz niemieckiego przemysłu wojennego podejmuje on całkiem otwarcie i świadomie, natomiast działalność na rzecz wywiadu USA jest tak głęboko utajniona, że często nawet on nie ma na jej temat żadnych informacji. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu w niemiecką propagandę Howard staje się jedynym agentem amerykańskim w Niemczech, któremu udaje się przetrwać wojnę.  Książka zaś skupia się raczej na jego późniejszych losach - powrocie do Nowego Jorku, ponownym spotkaniu z żoną, zawieraniu nowych przyjaźni oraz planowanym procesie za zbrodnie nazistowskie.

Gdybym jednak miał opowiedzieć o czym była ta książka, wspomniałbym raczej, że jest to traktat o problemie winy - tych którzy przeżyli wojnę i tych, którzy podczas wojny mordowali innych. O poczuciu winy tych, którzy sami kształtowali wojenną rzeczywistość oraz tych, którzy musieli się jej podporządkować. Nasz bohater staje się łącznikiem pomiędzy tymi dwoma światami, a przez to nie radzi sobie z rzeczywistością w jakiej się znalazł - rzeczywistością wolnego, powojennego świata. Ta podzielona osobowość z czasem coraz bardziej daje o sobie znać i trudno stwierdzić jak wiele zdrowych zmysłów Howard Cambell zachowa, gdy dotrzemy do końca tej historii.

Choć książeczka liczy niewiele ponad sto pięćdziesiąt stron warto ją poznać. Wydaje się także, że jest to najjaśniejsza, jeśli chodzi o przekaz, książka Vonneguta. W jej kontekście często powtarzany jest morał: "jesteś tym, kogo udajesz, więc lepiej uważaj kogo udajesz". Czy bohater poradzi sobie z ciężarem win, czy zdoła znaleźć odkupienie, czy wreszcie wytoczony mu proces dojdzie do skutku? Warto sięgnąć po tę króciutka lekturę i samemu poznać odpowiedzi na te pytania.


Moja ocena to: 8/10    

czwartek, 13 listopada 2014

"Nie wykorzystaj tego tekstu do niecnych celów", czyli dlaczego nie wolno mi ufać...

Jeżeli czasem zdarza Wam się zajrzeć w komentarze pod moimi tekstami, to doskonale wiecie, że często udziela się tu wiele fajnych, sympatycznych dziewczyn, kobiet, matek, żon i kochanek. O jednej z nich dzisiaj. Otóż z dużą dozą zawstydzenia przyznaję się do wykorzystania tej Pani - Beaty Podsobińskiej. Istota to bystra, piękna i tak dalej (mistrz komplementów), ale uwierzyła, że w żaden sposób nie wykorzystam jej tekstu. O jaki konkretnie tekst chodzi? Otóż Beata (właśnie przeszliśmy na Ty - nie ma sensu się rozdrabniać, skoro i tak grozi mi potencjalny proces sądowy) przesłała mi swoją pracę magisterską traktującą o środowisku blogerów książkowych w Polsce. A że ja jestem istotą z natury złośliwą, to pełen pychy postanowiłem wynaleźć w nim jakiekolwiek błędy i swą analizę wysłać jej do rozważenia na priv. Ale nie mogłem - bo mnie wkurzyła....

Skąd ta moja reakcja zapytacie? Czy jestem przewrażliwiony na swoim punkcie? Czy wytknęła mi błędy, które popełniam? Czy stosuję klasyczną reakcję obronną? Otóż nie - żadna z tych kwestii kompletnie mnie nie poruszyła. Dopiero gdy okazało się, że nawet po trzech piwach jej pracę czyta się wprost doskonale i zgadzam się z niemal każdym argumentem, metodą badawczą, podejściem do opisywanych osób itd., wpadłem w szał. I tylko dlatego, że ona wciąż powtarzała jak ta analiza jest nudna. A wcale nie jest!!!

Ale podejdźmy do niej jak do klasycznej recenzji (choć po przeczytaniu rozważań Beaty jestem skłonny przyznać, że moje recenzje wcale recenzjami nie są). Po pierwsze - stylowo jest nienagannie. Choć ma to formę pracy magisterskiej jej rozważania czyta się doskonale. Oczywiście - powtórzone po raz enty podsumowania trochę wkurzają, ale to juz nie wina autorki, tylko bzdurnych zasad dotyczących pisania prac naukowych. Po drugie - być może zdołała ona przeprowadzić unikatowe i niesamowicie aktualne badania, bądź co bądź, naszej społeczności. Analiza wieku, płci, czy ulubionych gatunków książek recenzowanych na polskich blogach, to wbrew pozorom bardzo interesująca wiedza. Po trzecie wreszcie wskazała na typowe podejścia autorów do blogerów i jak to mówi pan Maniek spod sklepu "wice wersja". Jeżeli ktoś tworzy jakąkolwiek publicystyczną stronę internetową znalazłby w tym tekście wiele niesamowicie cennych informacji. 

Oczywiście pozostałych zalet jest mnóstwo, ale przecież nikt tu nie wchodzi, by czytać o zaletach. Skupmy się na wadach, których... nie ma. A raczej są tak niewielkie, że tylko "czepliwy ja" mógł zwrócić na nie uwagę. Głównie chodzi mi o próbę reprezentatywną złożoną z lekko ponad dwustu blogerów. Mam świadomość, że samych blogerów książkowych może być niewiele więcej i tego, że studentce trudno jest poświęcić czas, by dotrzeć do większej liczby osób, ale zgodnie z teorią noblisty - Daniela Kahnemana - próba powinna być odrobinę wyższa. Nie zrozumcie mnie źle - przeanalizowałem większość wyników i wydają się one odzwierciedlać moje spostrzeganie dotyczące tego środowiska, ale pan Kahneman wskazuje także na zawodność intuicji. Nie jest to jednak błąd znaczący, gdyż wyniki badań przeprowadzonych na większej liczbie respondentów byłyby zapewne bardzo podobne - jeśli nie identyczne. Drugą kwestią jest posługiwanie się wskaźnikiem wyświetleń "wmontowanym" w system blogspotowy. Wskaźnik ten, jak każdy dłużej piszący zdołał zauważyć, jest co najmniej wątpliwy. Wyświetla on bowiem ruch na stronie, ale na dobrą sprawę trudno określić w jakiej mierze jest on sztucznie generowany.

I to o czepialstwie w sumie tyle, bo reszta, to świetne studium do ulepszania swoich umiejętności. Zaznaczam jednak, że należy do tego podejść z dość dużym dystansem. Otóż Beata przytacza tam słownikową definicję recenzji (których ja nie mam zamiaru pisać - nie jestem profesjonalistą i nigdy nie będę aspirował do takiego miana), problem kolokwializmów (wciąż mam zamiar zasypywać nimi tekst, gdyż czytelników traktuję bardziej jako kumpli od kieliszka, niż anonimowych dawców komentarzy), czy kwestię błędów stylistycznych (mam świadomość, że popełniam ich multum, ale staram się z tym walczyć).       

Podsumowując - nie zaszkodziłoby, gdyby ta praca dotarła do jak największej liczby blogerów i autorów. Nie ma co się spinać jak ludzka stonoga - po prostu warto takie rzeczy czytać i chociażby starać się wyciągać z nich odpowiednie wnioski. Tym bardziej, że nie jest to tekst stronniczy, a raczej bardzo wyważony i niesamowicie racjonalny.


A teraz opieprz dla Beaty - jak możesz być aż tak samokrytyczna? Włożyłaś w tę pracę mnóstwo wysiłku - warto żeby poznali ją inni - tym bardziej jeśli są zainteresowani tematem. Nie rozumiem jak można bać się reakcji jakiegoś blogera, któremu wytknęłaś błędy stylistyczne. Ja bym to potraktował jako zainteresowanie moją pracą, a więc w dużej mierze zaszczyt. Nie bądź leszczem - udostępnij ją!!! W razie czego gwarantuję Ci schronienie i ciepły kąt do spania ;D

sobota, 8 listopada 2014

W mroku pod schodami (The People Under the Stairs) 1991

Zastanawialiście się kiedyś co powstanie jeśli połączymy Kevina Samego w Domu z horrorem? Można by pewnie zgłosić tysiąc różnych (głównie głupich) pomysłów, ale nietrudno się domyślić, że dzieło to będzie do bólu groteskowe. Szczególnie gdy okaże się, że paluchy w stworzeniu czegoś tak dziwnego maczał sam mistrz czarnego humoru - Wes Craven.
Pierwsze miesiączki bywają niezręczne....
W rolę heroicznych obrońców domostwa wciela się tym razem para kanibalistycznych psychopatów. Złodziejem natomiast jest biedny, murzyński chłopaczek, z biednej murzyńskiej rodziny. Jak przystało na dzielnego rycerza nasz mały rozrabiaka "idzie na włam", by ratować swą ciężko chorą matkę i gromadę młodszego rodzeństwa. Fool, bo takie przezwisko nosi protagonista, jest postacią do bólu schematyczną. Jedyny sprawiedliwy, zawsze podejmujący słuszne i moralnie zasadne decyzje - w przyszłości chce być lekarzem. Typowy, przeciętny dzieciak ze slumsów :D

Z drugiej zaś strony mamy parę zepsutych do szpiku kości porywaczy dzieci, zboczone rodzeństwo, które dorobiło się na handlu trumnami i na eksmisji ludzi z ich domów - ot, przeciętna para z kapitalistycznej, zdemoralizowanej klasy nowobogackich. Ich główną rozrywką jest jedzenie ludzkiego mięsa i obcinanie porwanym dzieciakom różnych części ciała - w zależności od nastroju.
Mama upiekła ciasto...
Fabuły nie trzeba nawet głębiej opisywać - opiera się ona na klasycznym, manicheistycznym modelu walki dobra ze złem. Nie ma co liczyć na jakiekolwiek zaskoczenie - po raz kolejny zwycięża uosobione w małym murzynku dobro i inteligencja, która bierze górę nad prymitywizmem i siłą fizyczną zła. Wydawać by się mogło, że jest to jakiś niesamowity spojler, ale w tym filmie nie ma żadnych niespodzianek. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie miał wątpliwości jak potoczy się ta cała historia.
*Miejsce na rasistowski komentarz związany z Ku Klux Klanem*
Jak już wspomniałem nasycenie groteską i czarnym humorem jest tak duże, że tylko najmłodsi widzowie byliby w stanie potraktować ten film jako horror. Na dobrą sprawę można go spokojnie zakwalifikować jako przygodowy film z elementami grozy. Ta zaś przejawia się tylko w tym, że niektóry sceny są nad wyraz brutalne, ale w żadnym wypadku nie można ich określić jako straszne.
*Miejsce na szowinistyczny komentarz związany z przemysłem pornograficznym*

Czy w takim razie nie jest to dobry film? Otóż to zależy od tego, czy koniecznie chcemy go potraktować jako pełnoprawny horror. W takim wypadku ta produkcja z pewnością zawiedzie. Jeśli jednak odrzucimy te gatunkowe animozje, to śmiało możemy czerpać z owych głupot sporą radość. Po pierwsze dlatego, że jeśli macie poczucie humoru podobne to mojego, to parskniecie śmiechem na widok mordercy paradującego po domu w stroju z lateksu, czy rzucającego się w wir szalonego tańca radości po kolejnym zabójstwie dokonanym z zimną krwią. Rozbawią Was charakteryzacje postaci, idiotyzmy w zachowaniu głównych bohaterów itd. Jeśli więc podejdziecie do tego filmu jak do zwykłego pastiszu, to z pewnością nie będziecie zawiedzeni.

Podsumowując - ja bawiłem się nieźle, ale zaznaczam, że do tego tworu trzeba podejść z ogromnym dystansem i  potraktować go jako czystą zabawę. Tylko wtedy seans będzie stosunkowo przyjemny. Polecam więc, ale tylko wariatom podobnym do mnie ;)

Moja ocena to: 6/10