wtorek, 30 grudnia 2014

Filmowe podsumowanie roku:

Mieliście już okazję poczytać o książkach, które zwróciły moją uwagę w 2014 roku. Nie samymi literkami żyje jednak człowiek, dlatego należałoby także wspomnieć słówko o kinematografii. Oczywiście, jak już dobrze wiecie, moje ulubione filmy, to debilne, odprężające horrory, kino akcji, a czasem jakieś głupawe sci-fi. Dlatego lista ta może nieopatrznie oprzeć się o podobne, niezbyt ambitne produkcje.

1. Najlepszy film akcji - The Raid 2 - Infiltracja

Wciągający spektakl ze świetnie zrealizowanymi i zapadającymi w pamięć scenami walk. O fabule nie wspominam, ponieważ nie miała ona dla mnie najmniejszego znaczenia - taki jestem cholernie płytki. Chciałem krwi, brutalnych pojedynków i dobrej realizacji, a wszystkie te elementy otrzymałem. Nie ukrywam, że nie oglądałem w tym roku zbyt wielu filmów akcji, ale mimo wszystko jest to dla mnie ścisły faworyt. Gdzieś na horyzoncie majaczył mi jeszcze ciekawy Non-Stop z Liamem Neesonem, ale na pierwsze miejsce nie miał szans.


2. Najlepszy horror - Zbaw nas ode złego

Film serwuje nam ciężki klimat zahaczający troszkę o kryminał - tym bardziej, że główny bohater jest nowojorskim policjantem. Przygniatająca atmosfera, przyzwoita gra aktorska i ciekawa fabuła wystarczyły, by tytuł ten najmocniej wrył się w moją pamięć. W dodatku w jednym, czy dwóch momentach serce szybciej bije, a w przypadku współczesnych horrorów nie jest to wcale regułą. Konkurencyjną propozycją był wyłącznie Babadook, australijska wizja powstała częściowo dzięki kickstarterowej dotacji.  Obraz ten obronił się nie tylko porządną realizacją, ale także świetnym doborem aktorów. To było bardzo miłe zaskoczenie.


3. Najlepszy film sci-fi - Strażnicy galaktyki

Strażnicy Galaktyki to pełna humoru, akcji i efektów specjalnych ekranizacja komiksu Marvela. Szczególnie korzystnie wypadła obsada - zbudowany jak czołg Dave Bautista w roli Draxa, wciąż seksowna (nawet jeśli zielona) Zoe Saldana jako wygimnastykowana Gamora, przerośnięty wiewiór Rocket (przezwisko wzięło się zapewne stąd, że pokurcz napieprza rakietami w co popadnie) dubbingowany przez Bradleya Coopera (przerwa na niewieście jęki zachwytu) i oczywiście kluczowa postać dla tego teatrzyku - Groot. Ent, który swoją elokwencją może konkurować z najwybitniejszymi umysłami epoki. Ent, który zeżarł ten film, ukradł rolę głównemu bohaterowi i będzie zapamiętany dłużej, niż ktokolwiek z tej obsady. Konkurencja była nielicha, gdyż filmów o superbohaterach wyszło sporo -  świadczy to jednak wyłącznie o tym, że poczucie humoru i spora dawka ironii okraszone dodatkowo efektami specjalnymi z najwyższej półki, to coś, czego pragną widzowie.


4. Kino orientalne - Run And Kill

Film którego za cholerę nie potrafiłem zrecenzować - podchodziłem do niego kilkanaście razy i aż do dziś nie wiem czy jest on mega kaszanką, czy świetną, choć kontrowersyjną produkcją. Fakt, że po miesiącu od seansu wciąż o nim myślę (coraz bardziej pozytywnie) stawia go chyba na podium w tej niecodziennej kategorii. Mocną konkurencją była oglądana przeze mnie dość dawno Spokojna Rodzinka i wciąż waham się który z tych tytułów zasługuje na miejsce pierwsze...


5. Kaszanka roku - ???

Jedyna kategoria w której konkurencja była tak ogromna. Na początek fascynujące Zombeavers - słaba próba sparodiowania kina grozy z morderczymi bobrami w rolach głównych. Gdybym miał użyć jakiejś obrazowej metafory, produkcję  tę mógłbym porównać do babci wmuszającej w nas obiad, mimo, że przed chwilą widzieliśmy jak do garnka z zupą wpadł jej włos, sztuczna szczęka, dziadek i penis gwałciciela z HIV. No cholernie nieciekawa sytuacja jak się na to patrzy z boku. Z drugiej strony obejrzałem także dwie bezsensowne orgie przemocy w postaci nudnej, szóstej odsłony Drogi Bez Powrotu i trzeciej części V/H/S. Czego ja się tam nie napatrzyłem? Kazirodztwo, samobójstwa, dekapitacje, krew, flaki, a później jak zjadłem z rodziną niedzielny obiad, musiałem oglądać jeszcze dwa beznadziejne, przewidywalne i głupie do bólu filmy. Do towarzystwa z radością dorzucę też Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie. Choć komedia nie jest tak do bólu zła, jak trzy poprzednie filmy, to mimo powszechnie przyjętej etykiety zabraniającej używania wulgaryzmów, muszę zadać jedno, kluczowe pytanie: Jak to można było tak spierdolić?!


6. Komedia Roku - Udając Gliniarzy

Wiem, że to taka podróbka 22 Jump Street, ale mi się podobała. Może nawet troszkę bardziej niż ograne motywy z nowej odsłony przygód oficera Schmidta i Jenko. Chociaż w sumie oba filmy były porównywalnie zabawne i tylko z przekory na pierwszym miejscu umieściłem właśnie ten tytuł. Swoją drogą nie był to dobry rok dla komedii. Te dwie schematyczne i słabo już błyszczące perełki taplały się w morzu nieśmiesznego, rakotwórczego gówna. Albo to ja z roku na rok jestem coraz smutniejszym człowiekiem...


Na tym poprzestanę. Niestety nie był to czas, w którym obejrzałem tyle filmów, na ile miałem ochotę - mam nadzieję, że uda mi się zmobilizować do częstszego publikowania tekstów na ich temat i niech to będzie moje nigdy niespełniane postanowienie noworoczne ;)

środa, 24 grudnia 2014

Szczere życzenia świąteczne


Dla wszystkich czytających mojego bloga - miłości, szczęścia i jeszcze raz pieniędzy.

Dla moich przyjaciół - karnetów klubowych w AA.

Dla wszystkich kochanych hejterów - lekkiej śmierci.

Wszystkim Wam życzę także, żebyście byli w stanie dobrze przyjąć moment, w którym stanę się rozpoznawany, bogaty i ceniony.

Przyjmijcie te życzenia, bowiem nawet jeśli nie są zbyt poetyckie, to przynajmniej płyną z głębi serca :D


Wesołych świąt!

wtorek, 23 grudnia 2014

Czytelnicze podsumowanie mijającego roku (2)

1. Najzabawniejsza książka - Jerome K. Jerome, Trzech Panów w łódce nie licząc psa

Z uwagi na to, że jestem niesamowicie smutnym, pochmurnym i gburowatym człowiekiem nie czytam zbyt wiele książek, które mają mnie rozbawić. Wychodzę z założenia, że książka ma mnie skłonić do refleksji i przemyśleń - głównie nad technicznymi kwestiami wiązania solidnych pętli (nie pytajcie). Alei w tym smutnym jak glizda świecie (właściwie nigdy nie rozumiałem o co chodzi z tą glizdą - dlaczego ona jest zawsze smutna?) zdarzyło mi się sięgnąć po "Trzech Panów w łódce nie licząc psa". Biorąc pod uwagę fakt, że pogoda w tym roku była głównie angielska, także angielski humor trafił do mojego oziębłego serca. Książka pomimo swego wieku jest zabawna i wciągająca. Humor sytuacyjny wciąż trzyma poziom, a podejście bohaterów do otaczającej ich rzeczywistości ma niezwykle autoironiczny charakter. Choć ze śmiechu nie płakałem, to śmiało mogę uznać ją za najzabawniejszą powieść przeczytaną w 2014 roku.

2. Największy zawód roku - Jean-Christophe Grange, Purpurowe Rzeki

Po tym autorze zawsze spodziewam się rzeczy niesamowitych - pełnych emocji historii z zagadkami zawiłymi jak polskie prawo podatkowe. Chcę emocji, zaskoczenia i ogromnego, filmowego tempa akcji. Purpurowe rzeki okazały się jednak przewidywalną i sztampową historią ze zidiociałymi funkcjonariuszami francuskiej policji w rolach głównych. Teoretycznie najlepsza książka Grange'a najmniej trafiła w mój gust. To rozczarowanie porównywane ze znalezieniem koperku w pudełku po lodach.

3. Najgorsza książka roku - Meg Cabot, Magiczny Pech

Nieopatrznie wyrwałem się z realizacją wyzwania Kaszanka Czelendż i przeczytałem tę oto książkę. Nie wiem jaki szatan miał czelność wysrać ten chłam, ale stanowczo odradzam. Możecie mi wierzyć, że bardzo łatwo znaleźć przyjemniejsze zajęcia niż czytanie tak fascynującej opowieści - mycie kibla, rzyganie w krzakach, podcieranie się tłuczonym szkłem - wszystko nagle wydaje się niezwykle pociągającą perspektywą. Jeśli jednak przyjdzie Wam kiedyś do głowy zapoznać się z tym dziełem, miejcie pod ręką szpikulec do lodu - łatwiej wydłubać nim sobie oczy niż łyżeczką do herbaty - już to przetestowałem...

4. Powrót do dzieciństwa - Karol May, Old Shatterhand
Wybaczcie - nie znalazłem okładki ;)
Wciąż pamiętam czasy, gdy z wypiekami na twarzy czytało się o dzielnych cowboyach, bohaterskich Indianach, czy groźnych rewolwerowcach. W tym roku postanowiłem, że fajnie byłoby wrócić do tych historii. Niestety okazało się, że nie są to wcale tak dobre powieści jak pierwotnie sądził młodszy ja. Okazały się proste, napisane według kliszy i mało skomplikowane. Ot, taka przeciętna literatura młodzieżowa. Pocieszeniem jest tylko to, że okazała się nadal lepsza, niż drugi z moich bohaterów dzieciństwa, którego postanowiłem wskrzesić, a mianowicie Conan Barbarzyńca. To jest dopiero paskudny chłam (co przyznaję z ogromnym bólem serca i oficjalnie postanawiam nadal wmawiać sobie, iż była to najlepsza fantastyka jaką kiedykolwiek miałem w rękach...).

5. Reportaż roku - Maciej Kuczewski, Rumunia. Koniec złotej epoki.


Zabawna opowieść o tragicznych czasach. Reportaż przedstawiający schyłek dyktatury Ceausescu genialnie przybliża fatalną sytuację państwa i autorytaryzm rządów uprzywilejowanego tyrana. Kuczewski jako przedstawiciel prasowy miał okazję poznać zasady rządzące ekonomią, gospodarką i życiem społecznym w państwie Ceausescu. Przedstawia je czytelnikom z dużą dozą humoru i licznymi nawiązaniami do sytuacji międzynarodowej, co bardzo ładnie wpasowuje Rumunię w konkretny okres historyczny. Wybrałem właśnie ten reportaż ze względu na szeroką gamę emocji, które wywołuje, a także na to, iż wyniosłem z niego dość dużo przydatnych informacji. Warto.

czwartek, 18 grudnia 2014

Czytelnicze podsumowanie mijającego roku (1)

Rok 2014 powoli dobiega końca. Stajemy się coraz starsi, brzydsi i jesteśmy o krok bliżej śmierci. Tą pozytywną refleksją chciałbym rozpocząć podsumowywanie mijających dwunastu miesięcy. Dziś chciałbym wskazać głównie na moje czytelnicze podboje i wręczyć nagrody w kategoriach, które dla mnie okazały się najistotniejsze.

1. Najlepszy horror: Michelle Paver - Cienie w mroku
Muszę przyznać, że w tym roku nie popisałem się jeśli chodzi o nadrabianie literatury grozy. Przeczytałem zaledwie kilka książek z gatunku, który po dziś dzień traktuje jako swój ulubiony. W ramach konkurencji brałem więc pod uwagę tylko  Stefanów - Dardę i Kinga, ale ostatecznie postanowiłem wskazać na mroczną i tajemniczą historię wprost z Arktycznych ciemności. Opowieść o naukowej ekspedycji mającej na celu zbadanie mrocznej, zimnej i przerażająco pustej części Norwegii, wciągnęła mnie błyskawicznie i trzymała w swych szponach do samego końca. Nie jest to być może maksimum jakie można wyciągnąć z literatury grozy, ale było na tyle przyjemnie, że z czystym sercem daje jej miejsce pierwsze w moim prywatnym rankingu.

2. Najbardziej nowatorska książka: Sarah Lotz - Troje
Nie będzie chyba wielkim zaskoczeniem fakt, że wskazałem na świetnie skonstruowaną powieść traktującą o losach trójki dzieci ocalonych z katastrofy lotniczej. Choć książka okazała się stosunkowo krótka, to po dziś dzień jestem zachwycony pracą, jaka została w nią włożona. I mimo tego, że opinie co do samej treści mogą być podzielone, to chyba mało kto przeszedł obojętnie wobec różnorodności serwowanej nam przez autorkę. Stosy przytaczanych raportów różnego typu, artykuły w gazetach, wpisy na portalach społecznościowych, teorie spiskowe - wszystko to i wiele więcej autorka zdołała zmieścić w jednej książce i sprawić, by każdy element w miarę zgodnie ze sobą współgrał. Do tego fantastyczna forma promocji na szeroką skalę sprawiła, że wciąż jestem pod wrażeniem tej pozycji - choć przyznam, że sama historia na kolana nie powalała.

3. Najlepszy kryminał: Jo Nesbo - cokolwiek
Nie wskazuję tu konkretnej pozycji. Wystarczy bowiem rzec, że ten rok znów zakończył się u mnie pod znakiem Nesbo. Czy to całkiem przyjemny "Syn", czy kolejne tomy z cyklu o detektywie Harrym Hole sprawiły, że straciłem wiele cennych godzin. O konkurencję mógłby pokusić sie oczywiście Lehane lub Grange, ale obaj panowie potrafili mnie rozczarować - w przypadku norweskiego pisarza nie zdarzyło się to jeszcze ani razu.


4. Najlepsza książka historyczna: Scott Rusch - Wojny Sparty. Strategia, taktyka i kampanie.
Nie ukrywam, że była to trudna decyzja. Książek historycznych, które znalazły się na mojej liście było dość dużo, ale często obejmowały one bardzo ogólną charakterystykę dość długich okresów czasowych. Zdarzało się także, że historia przedstawiana w wielu publikacjach, była jedynie elementem współgrającym z publicystycznymi wywodami autorów. Postawiłem więc na klasyczną i dość szczegółową książkę, która jednocześnie sprawiła mi sporo przyjemności. Wyścig o palmę pierwszeństwa wygrała między innymi z "Lodołamaczem" Wiktora Suworowa, który niesamowicie mnie zachwycił, ale ze względu na rozbieżność opinii historyków co do przedstawianych przez Rosjanina faktów, postanowiłem, że moim numerem jeden uczynię opowieść o starożytnej Sparcie.

5. Najlepsza książka popularnonaukowa: Bill Bryson - Krótka historia prawie wszystkiego
Bill Bryson, to autor, który do nauki podchodzi z niesamowitą dozą dobrego humoru. I choć na pierwszym miejscu postawiłem "Krótką historię...", to kolejna jego książka, którą właśnie kończę czytać, sprawiła, że na książki popularnonaukowe spojrzycie z zupełnie innej perspektywy. Chodzi mianowicie o "Krótką historię rzeczy codziennego użytku", pozycję redefiniującą jakość dzieł traktujących o szeroko pojmowanej nauce. Mnóstwo humoru, ogrom wiedzy, stos ciekawostek i świetny styl sprawiają, że po raz pierwszy nie przysypiałem nad tego typu literaturą. Bryson z miejsca stał się jednym z moich ulubionych autorów i zachęcił mnie do zagłębienia się w jego twórczość. Jeśli miałbym wskazać  pisarza roku postawiłbym właśnie na niego.

6. Nadrabianie klasyki: Kurt Vonnegut - Matka Noc
Opowieść o człowieku rozdartym pomiędzy dwoma systemami wartości stała się dla mnie jedną z najlepszych książek Vonneguta. I choć tematem znów jest wojna i pomimo tego, że znów jest cholernie smutno, to absolutnie nie okazała się ona rozczarowaniem. Posiada nie tylko wyrazisty morał, ale jest również godna samodzielnego przemyślenia. Rywalizowała głównie z "Na wschód od Edenu" Steinbecka i muszę przyznać, że tę rywalizację wygrała o włos. Obie powieści są niesamowite i obie należy potraktować jako pozycje obowiązkowe. Podsumowując - w przeciwieństwie do horrorów miałem w tym roku cholerne szczęście do klasyki.

7. Najlepsza książka: Waldemar Łysiak - Wyspy Bezludne

Pięknie wydana książka, która zachwyciła mnie niesamowitym językiem i pomysłowością. Czyta się ją wyśmienicie, a poetycki język stanowi genialny sposób na przeniesienie się do innego świata - świata namalowanego słowem. Chyba nie ma drugiej pozycji, która wciągnęłaby mnie tak mocno. Poszczególne rozdziały stanowią niecodzienny mariaż historii ze sztuką, poetyckości z publicystyką, refleksji z wizjonerstwem. Jedna z niewielu książek, którą bardzo chciałbym mieć na swojej półce.

niedziela, 14 grudnia 2014

Wolność, czy kolonializm? Krótka notka o imperializmie.

Pytanie którego po drugiej wojnie światowej nie powinno się stawiać. Czy kolonializm europejski był zły? Otóż jedyna odpowiedź, którą nasza cywilizacja wmawia sobie sama od dziesiątków lat jest taka, że kolonializm białego człowieka, to największa zbrodnia i esencja potworności wszech czasów (no, może zaraz po Hitlerze, Stalinie i wygazowanym piwie). Z perspektywy czasu można by jednak ten problem przemyśleć trochę głębiej.

Do tych rozważań zainspirowała mnie książka Nialla Fergusona, znanego, amerykańskiego ekonomisty, nosząca tytuł "Kolos". Przemyślenia te mają nie tylko charakter historyczny, ale zajmują się także kwestią neokolonializmu.

Wpis ten będzie dość krótki, by nie zanudzać Was faktami historycznymi. Otóż z lektury można wyciągnąć wiele zaskakujących wniosków. Dlaczego "imperialna" i zepsuta do szpiku kości Wielka Brytania inwestowała w swe zamorskie imperia więcej, niż w przeliczeniu wynosi współczesny poziom pomocy rozwojowej dla najbiedniejszych państw? Dlaczego mimo ustania okupacji tylko dwa państwa zależne osiągnęły poziom rozwoju lepszy, niż w czasach kolonialnych? Jak to się dzieje, że mimo suwerenności i teoretycznej samorządności nowopowstałych państw coraz mniej krajów pierwszego świata chce w nie inwestować?

Otóż autor stawia kontrowersyjną tezę, że może imperium czasem jest potrzebne. Być może izolacjonizm polityczny Stanów Zjednoczonych wcale nie przynosi korzyści rozwojowych? Pojawia się nawet teza, że wieloletnia okupacja Iraku i stworzenie solidnych instytucji państwowych byłoby lepszym wyjściem, niż opuszczenie państwa, gdy to znajduje się w bardzo trudnym położeniu ekonomicznym. Z punktu widzenia liberalnych mediów opinie takie zakrawają o herezję, ale gdy przyjrzymy się identycznym sytuacjom z przeszłości, zauważymy, że to przecież dopiero wieloletnia okupacja Egiptu przez imperium Brytyjskie uratowała go przed ekonomiczną katastrofą. Implementacja systemów nawadniania, rozwój komunikacji, administracji itd. choć nie spowodował znacznego podniesienia się jakości życia mieszkańców Egiptu, sprawił jednakże, że mimo podwojenia się liczby obywateli kraj ten zdołał przetrwać. Przykłady te można by mnożyć - od kolonii takich jak Kanada, Australia, Nowa Zelandia, aż po takie jak Indie, RPA, czy Pakistan. Bliższe nam i niemal równie trudne, powojenne okupacje Niemiec i Japonii przez wojsko amerykańskie, wprowadziły te państwa na drogę błyskawicznego rozwoju gospodarczego. Nie inaczej stało się z Koreą Południową, choć na znaczący skok trzeba było czekać aż do lat 70-tych. Porównanie przedrewolucyjnego Iranu ściśle powiązanego z USA, z Iranem współczesnym, jest najdobitniejszym przykładem ukazującym konsekwencje upadku kolonializmu.

Pojawiają się więc pytania: jak dużo na odrodzeniu imperium straciłyby Somalia, Liberia, Kongo, Czad, Sudan, Nigeria itd. (mógłbym wymieniać bez końca)? Czy zasadne jest odmawianie takim krajom prawa do samostanowienia, tylko po to, by nauczyć wszystkie narody zrzeszone w tych państwach tworzenia i kierowania niezbędnymi organami administracyjnymi? Czy naród większy, silniejszy i bogatszy nie powinien choćby po części brać odpowiedzialności za narody słabsze? Czy da się wreszcie zmodyfikować dawny, brytyjski system kolonialny tak, aby był wydajniejszy, sprawniejszy i doskonalszy?


Pytania te pozostawiam otwarte i czekam na ciekawe komentarze, gdyż temat niewątpliwie warty jest zastanowienia, a każda opinia będzie dla mnie bardzo interesująca...

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Jo Nesbo - "Pentagram"

Wreszcie zdołałem oderwać swoją uwagę od tzw. poważnej literatury. Dzięki temu miałem okazję dostąpić zaszczytu ponownego spotkania z norweskim komisarzem Harrym Hole. Pentagram, to piąta część cyklu opowiadająca o losach świetnie znanego nam już detektywa. Tym razem zagadka dotyczy nie tylko seryjnego mordercy, którego znakiem rozpoznawczym będzie tytułowy pentagram, ale także wyjaśnianiu intrygi, która swymi mackami zaczęła oplatać czytelników już w poprzedniej części.

Muszę przyznać, że ta odsłona zdecydowanie mnie oczarowała. Teoretycznie Harry po raz kolejny popełnia stare błędy, znów poddaje się nałogowi alkoholowemu, znów cierpi i nadal nie jest w stanie ułożyć sobie życia z kobietami. Choć Nesbo użył tu wszystkich swoich sprawdzonych tricków, to muszę przyznać, że i tak jestem zachwycony. W tym bowiem tkwi cały urok Hole'a - dość już bowiem cudownych detektywów, czy  obdarzonych niemalże nadprzyrodzonymi mocami mistrzów dedukcji. Hole jest zmęczony życiem, a przez znaczną część powieści zwyczajnie narąbany. Wciąż także naraża swych bliskich na niebezpieczeństwo i pakuje się w niewyobrażalne kłopoty.  I pomimo tego, że nie jest on człowiekiem, którego policja mogłaby sobie stawiać za wzór, wciąż wpływa na czytelnika swym niezwykłym wręcz urokiem, zaangażowaniem, twardością charakteru i poświęceniem.

Nesbo dobrze wie jak budować napięcie i angażować czytelnika. Książka jest nie tylko pełna prostych, męskich emocji, ale także akcji, napięcia i ciągłej niepewności. Gdy przeciętny kryminał osiąga swój finał, Nesbo dopiero wrzuca wyższy bieg. I nawet jeśli ktoś byłby w stanie poznać tożsamość mordercy przed zakończeniem książki (co jeśli znamy poprzednie powieści Norwega nie jest tak szaleńczo trudne), to wciąż pozostaje jakaś niewyjaśniona kwestia, niedopowiedzenie, otwarty wątek, którego rozstrzygnięcia pilnie wypatruje się aż do ostatniej literki. Nie wspomnę już o tym, że sceny zamykające powieść Nesbo są zabójczo filmowe, co zresztą stało się już dla tego pisarza standardem.

Tym razem wśród słów pochwały naprawdę trudno doszukiwać się jakiejkolwiek krytyki. Można by się czepiać, że to nic nowego, że zagadka za prosta, że początek trochę się dłuży, ale po co?  To jest dokładnie taki Harry i taki Nesbo jakiego uwielbiam. Nie jest to być może najlepsza część serii, ale z całą pewnością utrzymuje ona wysoki poziom poprzedniczek.


Moja ocena to: 8/10 

czwartek, 4 grudnia 2014

Run And Kill (1993)

Czasem zdarzy mi się obejrzeć coś, czego absolutnie nie zamierzam recenzować. Albo dlatego, że jestem za głupi, by znaleźć odpowiednie słowa, albo też w przypadku, gdy film jest tak pokręcony, że trudno mi w miarę obiektywnie określić jego jakość. Właśnie taką produkcją jest Run And Kill - wyreżyserowany w Hongkongu, kontrowersyjny i brutalny twór naszych skośnookich braci. Niestety moje pragnienia rozbiły się o tamę postawioną przez Patryka, który zmotywował mnie do sporządzenia krótkiej notki na jego temat. Podkreślił równocześnie by pisać szczerze, więc niech tak będzie.

Zacznijmy od kwestii najłatwiejszej - krótkiego streszczenia fabuły. Głównym bohaterem, którego ciężkie kroki przyjdzie nam śledzić, będzie Fatty. Ksywkę tę otrzymał on nie od parady, bowiem jego gabaryty są niewątpliwą inspiracją wszystkich amerykańskich dietetyków (niech żyją stereotypy). Jedno słowo, którym można by krótko scharakteryzować Fatty'ego (oprócz gruby), to sympatyczny. Troskliwy ojciec, sumienny przedsiębiorca i kochający mąż, ma jedną zasadniczą wadę. Jest straszną pierdołą. Odkrywając romans swojej żony prosi złapaną in flagranti parę o... przeniesienie się do sypialni. W sytuacji gdy przeciętny facet zabrałby się do obijania komuś mordy nasz grubasek udaje się na maraton po barach. W stanie mocno wskazującym spotyka młodą kobietę - Fanny. Alkohol i nierozwaga sprawiają, że główny bohater nieopacznie zamawia...zabójstwo swojej żony i jej kochanka. Wydaje Wam się, że już to jest odrobinę dziwne? Moje drodzy, naiwni czytelnicy - to dopiero początek chaosu, pierwszy ruch skrzydełka motyla, który wywoła tornado.

Teraz przejdźmy do sprawy zasadniczej. Zdecydowaną i niepodważalną zaletą jest zdolność scenarzystów do zaskakiwania widza. Każdy motyw znany z filmów akcji zwraca się tutaj przeciwko bohaterom. Ten kto powinien żyć umiera, ten kto powinien zostać aresztowany chodzi na wolności. Wyraźnie widać, że w świecie, w którym musi poruszać się Fatty nie ma żadnego tabu. Przygotujcie się na to, że obraz ten niesie ze sobą również bardzo dużą dawkę brutalności - a przypominam, że słyszycie to od gościa, który nie miał żadnych zastrzeżeń do zombie-bobra odgryzającego ludziom penisy...
Fanny - bardziej irytująca niż Szumlewicz...
Run And Kill ze względu na kilka charakterystycznych scen niesamowicie zapada w pamięć. W dodatku godna pochwały jest genialna kreacja (moim zdaniem) zimnokrwistego mordercy - Ching Funga - dążącego do wymierzenia zemsty za śmierć swojego brata. Zdecydowanie wskoczył on na moją prywatną listę najbardziej zdegenerowanych łotrów w historii kina.

Oczywiście nie jest tak do końca różowo. Choć zachwycił scenariusz, niektóre role, czy bezkompromisowość, to kilka rzeczy skutecznie psuło mi seans. Przede wszystkim każda postać kobieca. Choć w historii tej nie odgrywały one jakiejś ogromnej roli, to bardzo skutecznie irytowały. Nie wiem czy to jakaś maniera kina azjatyckiego, ale notorycznie piskliwe wypowiedzi Fanny, jej sztuczna, groteskowa gra, czy chociażby płaczliwe jazgoty córki Fatty'ego sprawiały, że niektóre sceny wręcz pragnąłem jak najszybciej mieć za sobą. Nie podoba mi się też pomysł na powtarzanie tej samej linii dialogowej. Ma to oczywiście swoje zadanie - ukazanie czy to wściekłości, strachu, czy rozpaczy, ale na dłuższą metę cholernie odrzucało.
Ching - odkrycie roku. Idealny łotr filmowy. 
Podsumowując - film, choć świetny, został skrzywdzony przez grę aktorską postaci drugoplanowych, szczegóły techniczne i czasem zbyt swobodne podejście do faktycznych zasad działania systemu sprawiedliwości. Pędzące tempo, niesamowity scenariusz i klimat skutecznie rekompensowały te braki. Oczywiście nie jest to propozycja dla każdego, ale moim zdaniem był on co najmniej bardzo dobry i tak też go oceniam:


Moja ocena to: 7/10