środa, 23 grudnia 2015

Bożonarodzeniowy stosik książkowy

Niestety w tym roku nie dane mi było ubierać choinki, dlatego też wstawiam taką, na jaką mogłem się zdobyć - najpiękniejszą, bo książkową. Nie wiem czy samoobadrowywanie się, wciąż można zaliczyć jako prezenty świąteczne, ale śmiało możecie tak potraktować te stosiki. Dodatkowo jest to mała informacja dotycząca planów blogowych na następny rok ;)

Od dołu:
Nicholas Best - Najważniejszy dzień w historii
Conn Iggulden - Wilk ze stepów Dżyngis-Chan
Marek Łuszczyna - Igły. Polskie Agentki, które zmieniły historię.
Borwin Bandelow - Bestia. dlaczego zło nas fascynuje?
William Napier - Attyla. Nadciągająca Burza
David Finkel - Dobrzy Żołnierze
George Wilson - Jeśli przeżyjesz...
Dana Kollmann - Nie bierz do ust ręki umarlaka
Morgan Spurlock - Gdzie u diabła jest Osama bin Laden?
Daniel Silva - Książę Ognia
Thibaud Leplat - FC Barcelona Real Madryt. Wojna Światów
Ron Leshem - Twierdza Beaufort
Rafał Ziemkiewicz - Czas Wrzeszczących Staruszków



Od dołu:
Dan Simmons - Terror (książka sfatygowana, ale wygrzebana za 10zł. Interes życia :D)


Od dołu:

Zasadniczo książki zakupione zostały na stronie dedalus.pl, czyli kolejny raz postawiłem na tanie pozycje, jednak w większej ilości - stąd też brak jakichkolwiek nowości na stosie. Mimo wszystko jestem z nich zadowolony, bowiem tematycznie są to dość zróżnicowane pozycje i wyglądają na całkiem niezłe (sugeruję się ocenami czytelników, więc z pewnością kilka z nich sprawi mi zawód;)). Przepraszam oczywiście za jakość fotek, ale poza tym, że kompletnie nie potrafię robić zdjęć, to nie dysponuję też sprzętem, który mógłby oddać piękno tych książeczek :D Mam nadzieję, że mi wybaczycie - w ramach pokuty wstawiam linki każdej pozycji, prowadzące do jej profilu na LC - tam zainteresowani znajdą więcej informacji ;)

Z okazji świąt Bożego Narodzenia życzę Wam zaś wszystkiego najlepszego. Cieszcie się, bawcie i wesoło spędzajcie czas z rodzinami, ale jednocześnie pamiętajcie o przestrodze - ciasto nigdy nie idzie w cycki... Zostawiam Was z tą refleksją - smutną, lecz godną przemyślenia w tak szczególnym okresie ;)

wtorek, 22 grudnia 2015

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy, Star Wars:The Force Awakens, (2015)

Wbrew pozorom będzie to jedna z najprostszych recenzji, jakie przyszło mi kiedykolwiek napisać. Przed seansem myślałem, że stanie się zupełnie odwrotnie. Sądziłem, że pewien sentyment do Gwiezdnych Wojen, przebudzi się także we mnie. Okazało się jednak, że nie darzę tego cyklu absolutnie żadnymi uczuciami. Widocznie wychowywałem się w czasach, gdy ekrany kin (do których zresztą wówczas nie miałem dostępu), okupowała "nowa trylogia". Losy Jar Jar Binksa, czy Anakina Skywalkera, nie obeszły właściwie nikogo z moich znajomych - izolowani od wszelkiego hype'u na Gwiezdne Wojny, po prostu nie widzieliśmy w tej serii niczego niezwykłego. Następnie sam nakręcałem się na obejrzenie starej trylogii - właściwie dla przyzwoitości. O dziwo ta, spodobała mi się już odrobinę bardziej. Trudno jednak powiedzieć, by w czasach Matrixa, czy Władcy Pierścieni, cykl ten nie wypadał tak monumentalnie, jak z całą pewnością było to w latach 80-tych. Dlatego też początkowo zamierzałem zignorować wszystkie pozytywne recenzje ludzi, których ze Star Wars łączą ogromne emocje - najzwyczajniej w świecie ja nic podobnego nie odczuwałem. Jednakże przemówiły do mnie argumenty - zarówno te dotyczące świetnej obsady, pięknych scenerii jak i ogromnych dawek humoru. Gwiezdne Wojny od Disneya miały być po prostu doskonałym filmem fantasy. Okazały się jednak filmem zaledwie bardzo dobrym i wkrótce wyjaśnię dlaczego. *Spojlery*

Zacznę od tego, co mi sie bardzo podobało. Przede wszystkim podziwiam twórców za dystans, jakim wykazali się przy tworzeniu nowej odsłony. Groteskowa sytuacja, w której porównana zostaje Gwiazda Śmierci ze śmiercionośną bronią Nowego Porządku, czy też pokazanie skamieniałej twarzy Dartha Vadera, aż proszą się o skwitowanie uśmiechem. Poza tym dostajemy mnóstwo innych żartów, trzeba przyznać dość kreatywnych. Nie był to humor, który rozwaliłby mnie na łopatki (o wiele częściej śmiałem się na przykład oglądając Strażników Galaktyki), ale wciąż było bardzo sympatycznie. Warto wspomnieć także niesamowite, szerokie plany. Ogromne tereny pustynne, niesamowicie zielone i otoczone oceanami lądy, klasyczne, ale wciąż imponujące ujęcia podczas walk w kosmosie - tak, to był zdecydowanie ogromny atut tej produkcji. Właściwie strona techniczna tego przedsięwzięcia wydaje się nienaganna. Poza tym efekt, jaki wywoływało pojawienie się niszczyciela Nowego Porządku (chyba niszczyciela - nie znam się na statkach z uniwersum :D) w 3D, powodował opad szczęki.
W każdej części moją ulubioną postacią jest robot - co jest ze mną nie tak?! :/
Jeżeli chodzi o obsadę mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony niesamowicie cieszyłem się z ponownego spotkania z Hanem Solo. Możliwość zobaczenia Harrisona Forda na ekranie, była właściwie jednym z czynników determinujących moją decyzję o pójściu do kina. Niestety to już nie był TEN Han Solo. Być może takie właśnie było założenie - ukazanie cwaniaczka i szmuglera, który jednak odrobinę zmęczył się życiem i wydarzeniami, które los postawił na jego drodze. Niestety poza jedną sceną nie widać było już tej jego zadziorności, tego twardego charakteru, który niegdyś pozwalał mu na rzucanie stosu ciętych komentarzy. Han Solo z Przebudzenia Mocy ociężale przeskakuje przez przeszkody, ma problemy z pilotowaniem Sokoła Milenium, zamiast rzucić ostry komentarz, z podziwem patrzy na główną bohaterkę majstrującą przy jego statku - nie tak zapamiętałem tego gościa. Nie podobał mi się także główny przeciwnik naszych nowych bohaterów. Od momentu zdjęcia maski przez Kylo Rena, właściwie cały suspens gdzieś znikł. Choć bardzo chciałem traktować go jak nowego pana ciemnej strony mocy, przed oczami miałem wymoczka, który nie ma wcale tak dużego potencjału, jak początkowo sądziłem. Kylo ma świetny, mroczny głos i dobrze zaprojektowaną maskę. Dodatkowo niepraktyczny, ale fajnie wyglądający miecz świetlny. Decyzja o ujawnieniu twarzy tego (póki co) anty-bohatera, nie należała jednak do najlepszych. Nie mam za to jednoznacznie wyklarowanej opinii dotyczącej Finna, nawróconego szturmowca. Początkowo bardzo mi się podobał. Ot, taki nowy żartowniś, facet emocjonalny, ale twardy. Szkoda że nie potrafił w lepszy sposób zaakcentować uczuć, jakimi darzy główną bohaterkę. No właśnie - i wreszcie dochodzimy do kluczowej postaci - Rey. Dziewczyna, w której moc jest silna. Piękna, zwinna, inteligentna. Momentami aż do przesady. Mimo wszystko raczej ją polubiłem - z całą pewnością jest to jedna z najlepiej wykreowanych postaci kobiecych, jakie widziałem w tym roku (tyle że jak dla mnie Furiosa nadal jest numerem jeden ;)).

Mimo wszystko pierwszy epizod nowej serii, stoi pod znakiem niewykorzystanego potencjału niektórych postaci. Pilot i żartowniś Poe Dameron, który mógł godnie zastąpić starego, dobrego Hana Solo, pojawia się praktycznie w trzech scenach. W każdej kolejnej coraz słabiej akcentuje swoją obecność na ekranie - wielka szkoda. Do tego kapitan Phasma, ubrana w metalową wersję zbroi szturmowca, na którą bardzo liczyłem. Wydawała się oryginalnym, nieschematycznym przeciwnikiem, z którym któryś z naszych bohaterów stoczy całkiem ciekawy pojedynek. Niestety nic takiego nie miało miejsca. Brakowało mi także zaangażowania w większą ilość scen C-3PO, ale to akurat mogę znieść bez większego problemu.
To tyle jeśli chodzi o pogląd, że murzyni biegają szybciej...
Fabuła stanowi w zasadzie zlepek motywów z poprzednich części. Prawdopodobnie ucieszy to fanów, ale mnie jakoś szczególnie nie urzekło. Właściwie od początku można domyślić się co się stanie z poszczególnymi bohaterami, ba, wielce prawdopodobne jest to, że już po tym filmie część widzów trafnie przewidzi dalszy rozwój wydarzeń. Postaci, choć stworzone w bardzo lubianej konwencji, są dość schematyczne - mamy pilota żartownisia, mamy parę, która czuje do siebie miętę, obiecującą adeptkę Jedi szukającą mistrza, który mógłby ją wyszkolić, złego gościa w masce, który nie jest do końca zły - fakt, część cech postaci została odrobinę wymieszana, ale to wciąż stare Gwiezdne Wojny, w troszkę odświeżonej szacie graficznej.

Podsumowując: dla fanów jest to niesamowity kąsek. Mnóstwo nawiązań, starzy bohaterowie, tradycyjne motywy, ba, nawet nawiązania do klasycznej oprawy graficznej Gwiezdnych Wojen - to elementy, które urzekną każdego, kto miał już z tym uniwersum do czynienia. Dla innych będzie to po prostu niezła rozrywka na dwie godziny. Jeżeli mam być całkowicie szczery, nawet w tym roku wyszło kilka głośnych produkcji, na których bawiłem się odrobinę lepiej. Biorąc jednak pod uwagę całą otoczkę marketingową i spiralę fanatycznej miłości, na której w zasadzie obraca się całe uniwersum Gwiezdnych Wojen, nie za bardzo wypada pisać, że produkcja ta nie jest tak doskonała, jak się ją często przedstawia. Ale że nie zawsze warto robić akurat to co wypada - napiszę to: nie jest źle, ale spodziewałem się czegoś więcej.

Kylo - tutaj wyglądasz dobrze. Tak chciałbym Cię zapamiętać...
Moja ocena to: 7/10 

sobota, 19 grudnia 2015

Gabriella Poole - "Akademia mroku. Wybrańcy losu" Kaszana Czelendż 4/2015

Coś te kaszany ostatnio nieudane. Miałem nadzieję, że otrzymam naprawdę fatalną książkę. Szykowałem konkretną zjebkę. Układałem sobie w głowie argumenty pozwalające wyrazić mi jak gówniana jest ostatnia pozycja, jaką przyszło mi przeczytać w tym roku. A niestety okazało się, że nie jest tak źle. Oczywiście nie jest też dobrze, ale porównując Wybrańców Losu do Arbuza, czy Magicznego Pecha, to bawiłem się świetnie. Z drugiej strony stawiając obok tego tytułu prawdziwe książki, przyznaję że nudziłem się jak cholera. Ale po kolei.

Na początek troszkę fabuły. Cassandra otrzymuje stypendium, pozwalające uczęszczać jej do jednej z najbardziej prestiżowych akademii na świecie. Szkoła początkowo wygląda dość standardowo - nikt nikogo nie lubi, bogate suki obnoszą się ciuszkami, które kupił im tatuś, a piękni i wysportowani lalusie robią młode stypendystki w balona, żeby dały im pomacać... balony. Obraz przedstawiony został dokładnie tak, jak w mojej wyobraźni wyglądają szkoły dla bogatych dzieciaków. Później jest tam jeszcze trochę nieistotnych wątków, ktoś tam ginie, jest jakaś zagadka, trochę wstydliwego całowania się i rumienienia, a na końcu oczywiście wampiry. Już dam spokój tym wampirom, ponieważ ich koncepcja w ostatnim czasie została tak brutalnie zgwałcona, że obecnie nawet Vlad Palownik wygląda mi na pedała, chodzącego w różowym szlafroku z logo Hello Kitty. Ot, wampiry na miarę naszych czasów.

Oczywiście są tu wady. Właściwie większość książki to są wady. Jednak stanowią one tak nieodłączny element tego gatunku (tak przynajmniej mniemam), że trudno na poważnie o nich mówić. Akcja ogranicza się do bardzo skąpych, kompletnie pozbawionych dynamiki opisów. Większość książki stanowi tworzenie sieci relacji pomiędzy bohaterami, którzy faceta w moim wieku po prostu nie mają szans obchodzić. Uczucia niby są, ale jak to w powieściach młodzieżowych - przeżywanie melancholii ogranicza się do tego, czy jakiś fagas odwróci się i spojrzy na bohaterkę, czy może na jej koleżankę. Bohaterowie zostali oczywiście wyidealizowani do granic możliwości i każdy jest piękny oraz seksowny. Poza tym książka jest cholernie krótka, ale akurat w tym przypadku nie jest to chyba wada. Najgorsze jest jednak to, że nie mogę jej z tego względu kompletnie objechać, ponieważ dokładnie takiej lektury się spodziewałem.

Mógłbym za to przyjebać się do strasznego stylu i dziur fabularnych. Ale styl jest całkiem przyzwoity jak na ten typ literatury. Nie stwierdziłem również głębszych dziur fabularnych. Wydarzenia układają się w dość logiczną całość (o ile wampiry mogą być logiczne). Poza tym książka została podzielona na rozdziały w taki sposób, że czyta się ją całkiem szybko. Zaskoczyło mnie również to, że pierwsza część cyklu (tak, książka sprzedała się najwidoczniej na tyle dobrze, że pojawiły się kontynuacje), nie zawiera wystarczającej liczby idiotycznych cytatów, bym mógł stworzyć z niej choćby skromna listę. I albo przestałem być tak skrupulatny jak dawniej, albo zaletą tej pozycji jest także to, że nie nafaszerowano jej po brzegi kompletnymi idiotyzmami.

Cóż, jeśli lubicie takie klimaty, być może będziecie zadowoleni. Jeśli macie w rodzinie dziewczynki w wieku 14-16, które jarają się Zmierzchami i innymi durnotami, to Wybrańcy Losu stanowią nawet ciekawy pomysł na prezent. Mnie ta lektura kompletnie nie poruszyła - głównie ze względu na brak zainteresowania losami bohaterów. Nie obchodziły mnie ich miłości, pragnienia, ani przeżycia, ponieważ okazywały się zbyt...dziecinne. Wiem że pisze jak stary pryk, ale dokładnie to samo stwierdziłbym w wieku 15 lat - po prostu nie jest to gatunek przeznaczony dla mnie. I nigdy nie będzie.


Moja ocena to: 4,5/10

czwartek, 17 grudnia 2015

Tomas Sedlacek - "Ekonomia Dobra i Zła"

Czy myśląc o ekonomii staje wam przed oczami obraz nielubianego pana od matematyki? Wyobrażacie sobie tysiące wykresów, schematów i skomplikowanych układów, opisujących zależności współczesnych powiązań rynkowych? W takim razie obowiązkowo przeczytajcie Ekonomię Dobra i Zła Tomasa Sedlacka - Wasze podejście może nie zmieni się diametralnie, ale przynajmniej zaobserwujecie, że ugryzienie tego tematu z zupełnie innej strony również jest możliwe.

Tomas Sedlacek nie zamieszcza u siebie żadnych obliczeń, nie szuka złotego sposobu na osiągnięcie wzrostu gospodarczego. Czeski ekonomista wraca raczej do korzeni - do czasów, gdy ekonomia była kwestią moralności, nie zaś szeregów obliczeń. Stawia on bardzo ciekawą tezę, twierdząc, że współczesna ekonomia rości sobie prawa do bycia nauką uniwersalną. Ekonomia staje się w rękach dzisiejszych naukowców narzędziem przewidywania przyszłości - nie tylko ma za zadanie opisywać świat, analizować jego przeszłość, ale także wyjaśniać nasze jutro, niczym delficka wyrocznia. Sedlacek podważa absolutne przekonanie badaczy o racjonalności i możliwości opisania zjawisk ekonomicznych za pomocą abstrakcyjnych znaków, jakimi są liczby. By potwierdzić swoje tezy zabiera nas w podróż od eposu o Gilgameszu, przez filozofię żydowską, starożytną Grecję, wpływy chrześcijaństwa, aż po Kartezjusza, Mandeville'a, czy Adama Smitha. Pokazuje jak radziła sobie ekonomia przed czasami, w których główną cnotą stał się pęd do bogactwa. Ponadto doskonale ilustruje jak bardzo mylimy się, uważając naszą gospodarkę za doskonałą, wielokrotnie stabilniejszą od tych, jakie tworzyli nasi przodkowie. Zastanówmy się bowiem sami, czy przypowieść o śnie Józefa, dotyczącym siedmiu lat chudych i siedmiu tłustych (w których należało gromadzić zapasy), jest bardziej rozsądna, niż współczesny pęd do zadłużania państw, nawet w okresach prosperity? Te i wiele podobnych pytań rozważał będzie w swej książce Tomas Sedlacek.

Warto zauważyć, że dla człowieka zainteresowanego raczej systemami wierzeń i historią, niż klasyczną ekonomią (jakkolwiek sensowne jest używanie takiego określenia), książka ta stanowi niesamowicie satysfakcjonujące wyzwanie intelektualne. Ponowne spojrzenie na hedonistów, czy stoików, tym razem z perspektywy ekonomicznej, okazało się bardzo ciekawą rozrywką. Z całą pewnością do mojego zadowolenia przyczynił się fakt, iż Sedlacek pisze bardzo przyzwoicie i nie pozwala mi się nudzić. Nawiązuje nie tylko do historyków ekonomii (Niall Ferguson), znanych ekonomistów współczesnych (Milton Friedman), ale także do dzieł popkultury (Fight Club, Matrix). Te dość luźne elementy pozwalają złapać oddech w czytaniu dzieła, bądź co bądź, naukowego.

Moim zdaniem Ekonomia Dobra i Zła, to bardzo ciekawa lektura dla osób interesujących się tym tematem. Jeżeli nie bawi Was historia ani filozofia, możecie nie znaleźć tutaj zbyt wielu interesujących elementów. Ja jednak jestem bardzo zadowolony i nawet pomimo dość słabo zorganizowanego, męczącego systemu przypisów, serdecznie polecam Wam tę lekturę.


Moja ocena to: 7/10   

piątek, 11 grudnia 2015

Matthew Dunn - "Tropiciel Szpiegów"

Dawno nie czytałem porządnej książki szpiegowskiej. I nie chodzi mi wcale o ultrarealistyczną, monumentalną powieść o działaniach różnych agencji wywiadowczych, ale zwyczajną, pełną krwi, pościgów i strzelanin czysto rozrywkową pozycję. Tropiciel Szpiegów Matthew Dunna, byłego agenta wywiadu (ponoć), miał spełnić moje niesamowicie proste marzenie.

Poznajcie Willa Cochrane'a - agenta brytyjskiej MI6. Will jest twardy jak cholera. Nie tylko radzi sobie z każdym postrzałem w dwa dni (tak, nawet w głowę), ale na śniadanie je pożywne kamienie i popija lawą. Will jest taki twardy, że kiedy się uśmiecha, wrogowie ze strachu rzucają broń i robią w portki (w dowolnej kolejności), kiedy wsiada do auta, inni kierowcy zjeżdżają na pobocze, a kiedy spotyka kobiety, te rzucają się na niego, by znaleźć rozkosz w ramionach silnego mężczyzny (wszystkie od dwunastego do osiemdziesiątego piątego roku życia). Krótko mówiąc Will jest badassem i nawet na chwilę nie pozwoli nam zapomnieć o tym fakcie. Poza tym jest też irański terrorysta, zamach bombowy i seksowna kobieta, czyli elementy, które każda szanująca się książka sensacyjna mieć powinna.

Zaletami są niewątpliwie ciekawie przedstawione realia pracy szpiega. Will nie działa tutaj sam. Na każdym kroku towarzyszy mu wyspecjalizowana drużyna złożona z równie niebezpiecznych i groźnie marszczących brwi agentów. Jest też wredne i stawiające kontrowersyjne zadania szefostwo, spora ilość różnorakiego uzbrojenia oraz liczne opisy poszczególnych służb specjalnych i organizacji bezpieczeństwa, działających na całym świecie. I to jest całkiem fajne, ponieważ gdyby książka była pozbawiona wad, wkręcenie się w taki świat, stanowiłoby dość łatwe zadanie. Początkowo sądziłem, że do zalet zaliczę także pędzącą akcję, która przez większość książki nie pozwalała oderwać się od lektury. Niestety rzeczywistość zweryfikowała ten pogląd, więc nie przedłużając przejdę do wad.

A tych jest kilka - a nawet trochę więcej. Przede wszystkim wkurzały mnie dialogi. Praktycznie przy każdej rozmowie powtarzałem sobie, że ludzie tak się nie komunikują do jasnej cholery. Nikt nie powtarza w co drugim zdaniu imienia swojego rozmówcy, ani nie streszcza mu informacji, o których ten przecież doskonale wie. Konwersacje były tak cholernie sztuczne, że nie mogłem uwierzyć w fakt, iż autor tej książki (albo tłumacz - ciężko powiedzieć), rozmawiał kiedykolwiek z żywą osobą. Jak to mniej więcej wyglądało?

"- Will, znów zastrzeliłeś nie tą osobę co trzeba, weź się chłopie ogarnij.
- Wiem Patricku, ale widziałeś jak na mnie patrzyła. W dodatku sam słyszałeś, że chciała pieniędzy i powiedziała, że jak im nie zapłacę, to zabiorą mi dom, samochód i ostatnią paczkę żelków cytrynowych.
- Tak, wiem Will, powiedziała, że będziesz musiał za wszystko zapłacić, ponieważ Cię nienawidzi, ale nie możesz strzelać do każdego urzędnika ZUS-u. To jest źle widziane Will. "
I oczywiście coś, co musiało się pojawić zaraz po dialogu: "Will groźnie zmarszczył brwi. Wiedział, że mógłby zabić Patricka tynkiem ze ściany, ale akurat mu się nie chciało."

Ok, nie są to może dosłowne cytaty z książki, ale mniej więcej tak to wyglądało. Sytuację początkowo ratowała akcja. Oczywiście dopóki nie okazało się, że autor leci po kliszach filmowych. Było trochę scen rodem z Shootera (2007), było trochę akcji w stylu Johna Wicka (2014), były pościgi, które skojarzyły mi się z każdym filmem akcji lat 90-tych - no po prostu schemat gonił schemat. W dodatku z czasem okazało się, że same pojedynki agentów ograniczają się do wzoru: "kucnął/wychylił się zza przeszkody - miał bardzo trudną pozycję do strzału - trafił w głowę". Niby to czego oczekiwałem, ale zrobione jakoś tak od niechcenia, bez polotu. Dam spokój dwóm, czy trzem błędom ortograficznym, które znalazłem, bo stwierdzicie, że się czepiam, a przecież za dobra ze mnie osoba, żeby krytykować takie rzeczy (niach, niach, niach).

Za to przyczepię się do słabych, nieobchodzących mnie kompletnie kreacji bohaterów, braku zaangażowania uczuciowego w ich działaniu (ok, autor pisze o tym, że odczuwają oni emocje, ale tego kompletnie nie widać), czy opieraniu ich czynów na nierealistycznych motywacjach (członkowie zespołu Willa, są gotowi poświęcić za niego życie po jakimś tygodniu współpracy). Tak, myślę, że do tego mógłbym się przyczepić...

Podsumowując: nie jestem zadowolony z tej lektury. Ba, jestem dość mocno rozczarowany, ze względu na pochlebne opinie jakie zebrał Tropiciel Szpiegów. Stanowczo wolę wrócić do Silvy, czy Folletta, niż spędzać czas z ewentualnymi, kolejnymi książkami Dunna. Są one zbyt średnie i nijakie, bym mógł czerpać z nich radość, której oczekuję. Polecam wyłącznie miłośnikom przeciętności lub ludziom szalenie głodnym jakichkolwiek powieści sensacyjnych ze szpiegami w tle.


Moja ocena to: 5/10

niedziela, 6 grudnia 2015

Charles Duhigg - "Siła Nawyku. Dlaczego robimy to, co robimy i jak można to zmienić w życiu i biznesie"

Dlaczego robimy to, co robimy? Czym jest silna wola i jak można ją wyćwiczyć? Jak to się dzieje, że zamiast konsekwentnie uczęszczać na siłownię, wolimy obżerać się ciastkami siedząc w domu? Wreszcie - jakie znaczenie ma konsekwencja dla naszego życia? Na te i wiele innych pytań odpowie Wam Charles Duhigg, nagrodzony Pulitzerem dziennikarz New York Timesa. I nie, nie pytałem czy chcecie znać odpowiedź na te pytania - Wy ją powinniście znać.

Wyjaśnienie o czym jest ta książka będzie bardzo krótkie - o nawykach. A jeżeli już koniecznie muszę rozwijać swoją wypowiedź, to przedstawia ona przykłady, udowadniające jak wiele nawyki znaczą dla samorozwoju, jak przejawiają  się w miejscu pracy, czy też jak bardzo mogą nas zwodzić na manowce. Pokazują sposoby oddziaływania na nas wielkich firm i marketingowców, ale także metody tworzenia impulsów pobudzających nas do działań jak najbardziej pozytywnych. Świetne jest właśnie to, że autor pokazuje dwie diametralnie różne strony nawyków, które nie są ani dobre, ani złe, a ich kształtowanie zależy w zasadzie tylko od inteligencji człowieka. I tak gdy z jednej strony przykład stanowi fatalnie zarządzane metro, w którym doszło do katastroficznego w skutkach pożaru, tak z drugiej mamy świetnie prosperująca fabrykę aluminium, w której udało się zastosować nawyki, do znacznego podwyższenia poziomu bezpieczeństwa.

Ogromną zaletą tej książki jest niesamowicie wciągający styl autora. Siłę Nawyku właściwie połyka się w dwa, trzy wieczory. Wszystkie historie są bardzo interesujące, a ich praktyczny wymiar znacznie zwiększa zaangażowanie czytelnika w lekturę. Lekki, przyjemny język oraz krótkie rozdziały poprzecinane gdzieniegdzie charakterystycznymi obrazkami, ilustrującymi zwykle pętle nawyków, pozwalają przyswoić tę książkę każdemu. Nie dziwi więc zanadto, że pozycja ta sprzedała sie w ponad milionie egzemplarzy - to faktycznie jest książka dla każdego.

Nie ukrywam, że ostatnio miałem do czynienia z lekturami, które jakkolwiek bardzo przydatne, okazywały się najzwyczajniej w świecie ciężkimi, wymagającymi skupienia cegiełkami. Dlatego też niezmiernie cieszy mnie fakt, że mogę polecić Wam książkę nie tylko interesującą pod względem przekazywanej treści, ale także sprawiającą masę radości podczas czytania.


Moja ocena to: 8/10        

poniedziałek, 30 listopada 2015

Predestination, Przeznaczenie (2014)

Oto ostatni wpis w tym miesiącu, którego z całą pewnością niecierpliwie wyczekiwał cały świat. I dobrze, bo muszę przyznać, że jestem cholernie zadowolony, iż zaplanowałem sobie na ten dzień seans akurat tak świetnego filmu. Ale zanim na dobre zacznę, chciałbym podzielić się z Wami krótką historią moich ostatnich "podbojów" w sferze szeroko rozumianej kultury. Przeczytałem na przykład Pod Mocnym Aniołem Pilcha i każdemu, kto porównywał tę książkę do Moskwy - Pietuszki serdeczny nóż w plecy (miałem posłużyć się inną bronią umieszczoną w innej części ciała, ale jestem na to za grzeczny). Jerofiejew nadal jest mistrzem powieści pijackiej, a jak baaardzo Wam się nudzi i jesteście straaaasznie zdesperowani, to możecie spróbować też tej polskiej wersji. Przyznam oczywiście, że gość miażdży stylem prowadzenia swoich rozważań - szkoda że te są strasznie...nieistotne? Nijakie? Mało angażujące? No, wiecie o co mi chodzi. Lepszą książką był zapis rozmowy o przyszłości Stanów Zjednoczonych prowadzony ze Zbigniewem Brzezińskim i Brentem Scowcroftem w 2008 roku. Możecie go znaleźć wpisując w wyszukiwarkę Ameryka i Świat - rozmowy o globalnym przebudzeniu politycznym. Tytuł jest z pewnością dość ciekawy, ale ze względu na to, że niewiele osób interesuje się polityką globalną nie będę nim Was prześladował. Przepraszam za ten bardzo długi wstęp, ale zależało mi na wskazaniu rzeczy, o których moim zdaniem warto wspomnieć. Teraz zaś przejdźmy do deseru, czyli świetnego filmu Predestination.
Ten wąs niejednym sercem trząsł...
Historia opowiadająca o losach agenta tajnej organizacji, którego zadaniem jest zapobieganie przestępstwom jeszcze przed ich zaistnieniem (tak jest, podróże w czasie zawsze modne), wydaje się strasznie oklepana. Nie oszukujmy się - czy to w filmie, czy też literaturze podobnych zdarzeń mamy na pęczki. Ale Predestination jest inne. I nie w takim sensie, jak ten rudy koleś, który zawsze przychodził do szkoły w czterech swetrach, siadał z tyłu klasy i zjadał własne gile. Jest inne w sposób jak najbardziej pozytywny.

Nie mam zamiaru zagłębiać się w fabułę, by nieopatrznie nie popsuć Wam seansu. Napiszę tylko jaki ten film jest. Przede wszystkim nie traktuje widza jak idiotę. Mimo iż historia nie jest aż tak skomplikowana, by się w niej pogubić, to nie jesteśmy na każdym kroku raczeni dodatkowymi objaśnieniami, dopowiedzeniami itd. Poznajemy ją na własną rękę i tylko od nas zależy, czy zachowamy czujność i załapiemy co się dzieje, czy zajmiemy się podziwianiem żula tańczącego za oknem makarenę i kompletnie stracimy wątek. Wydaje się, że nie jest to szczególna zaleta, ale mylicie się robaczki - właśnie przez to Predestination angażuje, pozwala wsiąknąć w rzeczywistość, którą tworzy. To o tyle ważniejsze, że nie ma tu zbyt dużo akcji - nie uświadczymy skakania po blokach, strzelania do tysięcy przeciwników, czy morderstw popełnianych paczką podpasek. I bardzo dobrze - w końcu otrzymujemy dobry klimat sci-fi, który wydaje się nieźle wyważony i przede wszystkim dość inteligentnie zbudowany.
Trening smerfetek w laboratorium Ważniaka.
Co zaś szczególnie istotne dostajemy również kawał fajnej gry aktorskiej. Osobiście doceniam szczególnie to, jak zagrał wąs Ethana Hawke'a. Poza tym ten jego gruby, niski głos sprawia, że naprawdę przyjemnie słucha się wszystkich dialogów z którymi mamy do czynienia. Dorzućcie znaną z niczego, ale naprawdę przyjemną wizualnie Sarę Snook i macie doprawdy solidną obsadę.


Podsumowując - chcemy wincyj. Nie jest to może kino epickie, urywające głowę po samą dupę, ale w swoim gatunku stanowi niesamowicie ciekawą propozycję. Daje sporo frajdy, przyciąga do ekranu i pozwala troszkę nad sobą pomyśleć - a chyba właśnie to tygryski lubią najbardziej. Po raz pierwszy od dość dawna bardzo szczerze polecam wszystkim miłośnikom science fiction. A cholera, co mi tam, polecam wszystkim w ogóle - cieszcie się tą produkcją tak, jak cieszyłem się nią ja.

Moja ocena: 8/10

środa, 25 listopada 2015

Trójkącik z literaturą, czyli ja sam i one dwie.

Dzisiaj postanowiłem polecieć na dwa baty. Zanim jednak mnie ocenicie chciałbym w tym miejscu doprecyzować, że chodzi mi o krótki opis dwóch książek, które w ostatnim czasie przeczytałem. Nie szarpałem się z pisaniem oddzielnych opinii, ponieważ mam świadomość, że byłyby one cholernie nudne, kompletnie bez polotu i zbylibyście to albo kompletnie nieeleganckim wzruszeniem ramion, albo równie nieeleganckim, ale przynajmniej szczerym "mam to w dupie" rzuconym pod nosem. Nie zrozumcie mnie źle - nie twierdzę, że teraz te opinie będą ciekawsze, ale przynajmniej postaram się pisać krótko - podziękowania proszę przesyłać drogą  mailową lub przelewać je bezpośrednio na konto.

1. Jean Raspail - "Ja, Antoni de Tounens, król Patagonii"

Zacznijmy od tego, że jakkolwiek historia ta jest szalenie nieprawdopodobna, to wydarzyła się naprawdę. Pewien rolnik z Francji pomyślał sobie w XIX wieku - "kurwa, ja to bym se mógł zostać królem, byłbym dobrym królem". Podziw wzbudza konsekwencja jaką wykazał w realizowaniu tego marzenia. Najpierw zdobył wykształcenie prawnicze oraz zdołał odnieść względny sukces w swoim zawodzie. Następnie złapał mapę i znalazł region na który wciąż nie rozciągała się realna władza państwowa, czyli Patagonię - południowy obszar Chile i Argentyny o który wówczas realizowały plemiona tubylcze i władze z Santiago. I skurkowaniec tam popłynął. Pożyczył hajsy od brata, wsiadł na łódź i popłynął do Ameryki Południowej. Trudno powiedzieć, żeby jego mrzonki przyniosły mu znaczne sukcesy. Rozjebał wszystkie pieniądze, narobił zamieszania, ba, wylądował nawet w więzieniu za próby wszczęcia rozruchów. Trzeba mu jednak przyznać, że zdołał chociaż spotkać się z plemionami nad którymi miał zamiar władać. Obiecał im złote góry, posiedział kilka dni na całkiem fajnym melanżu, a później o mały włos nie stracił głowy z rąk własnego ludu. I wiecie co? To nawet nie jest spojler, ponieważ historia ta wydarzyła się naprawdę i można o niej poczytać na necie. Co więcej dynastia władców Patagonii trwa po dziś dzień i rości sobie prawa do tego obszaru! Muszę przyznać, że troszkę wzruszyła mnie ta historia, choć ma swoje wady - szalenie dziwny bohater, którego nie każdy polubi oraz sporo momentów przestoju. Mimo wszystko chyba polecam.

2. Bill Bryson - "Zapiski z małej wyspy"


Kolejne spotkanie z Billem Brysonem - człowiekiem którego poczucie humoru i żarty sytuacyjne bardzo mocno do mnie trafiają. Sama książka to tym razem reportaż z podróży po Wielkiej Brytanii. Zaczęło się nawet fajnie - dowcipy przy których śmiałem się jak debil (to bardzo zaskakujące, ale tylko tak potrafię się śmiać), wciągające opisy, interesujące miejsca, ale... No właśnie, zawsze jest jakieś "ale". Ta książka zwyczajnie nie potrafi utrzymać przy sobie czytelnika. Bryson jeździ z miejsca w miejsce i ciągle posługuje się tym samym schematem opisów swoich odwiedzin. Trochę o architekturze, trochę o żarciu, do tego jakiś opis hotelu, czy środków komunikacji. Takie podejście sprawia, że jeśli sami nie podróżujemy po Wielkiej Brytanii trzymając tę książkę na kolanach, to za cholerę nie zauważymy znaczących różnic między południem i północą, nie mówiąc już o symbolicznych tylko różnicach pomiędzy poszczególnymi miastami. Tym razem Bryson nie zachęcił mnie do podróży po tym kraju - nawet jeśli miałbym czas, kasę i motywację - a trzeba przyznać, że są to dość deficytowe towary. Czy polecam? Na pewno nie jako pierwsze spotkanie z tym autorem. To trochę takie "Stukostrachy" w wydaniu Brysona - niby wszystko po staremu, ale mimo wszystko czuje się, że jakaś nieczysta siła srała autorowi do kałamarza. Za to Ci którzy darzą Billa ogromną sympatią, tak jak ja, powinni znać także tę książkę. W ogólnym rozrachunku wciąż jest niezła. Ale tylko niezła.

wtorek, 17 listopada 2015

Extinction (2015)

Horror z zombie w roli głównej? Ileż my już tego mieliśmy, co? Noc Żywych Trupów, Resident Evile, 28 dni później, serial Walking Dead, czy w cholerę innych produkcji traktujących o poruszających się, gnijących zwłokach. Wspólnym mianownikiem tych filmów był fakt, iż ich głównym celem było dostarczanie widzowi czystej, nieskrępowanej rozrywki. Oczywiście pojawiały się też perełki próbujące stworzyć wiarygodny psychologicznie obraz głównego bohatera (tak, uważam że w Jestem Legendą z 2007 roku, Will Smith całkiem nieźle poradził sobie z tym zadaniem), ale nawet one pod wieloma względami zawodziły fanów zombie. Extinction mogło zmienić ten stan rzeczy, ale osoby pracujące przy jego tworzeniu w ostatniej chwili rozmyśliły się i stwierdziły: "nie, zróbmy jednak chujowy film, będzie szybciej". I jak postanowiono, tak uczyniono.
Sceneria jest całkiem ładna...
Cóż tu się rozpisywać o fabule. Znów wybucha epidemia zombie (tak, jej przyczyna jest znów niewyjaśniona, bo tak najłatwiej). My zaś poznajemy trójkę bohaterów z którymi spędzimy kolejne dwie godziny. Dwóch kumpli rywalizujących o tę samą kobietę - piękna i uroczą Emmę, która bardzo szybko zostaje ugryziona przez zombiaczka (więc na dobrą sprawę jej los nas kompletnie nie rusza, bo znamy ją jakieś pięć minut). Ta zostawia po sobie córeczkę, której opieką zająć ma się jeden z mężczyzn - Jack. Przenosimy się dziewięć lat do przodu. Jack to typowy smętny kutas - każe małej myć zęby i siedzieć w domu, mimo iż podejrzewa, że ochłodzenie klimatu wykończyło wszystkie zombie. Mała to typowy filmowy gówniarz - buntuje się przeciwko ojcu, odjebuje takie akcje jak dawanie psu ciasteczek, choć w domu z żarciem jest krucho, czy też truje swojemu opiekunowi dupę, żeby nauczył ją strzelać. Poza tym jest nawet znośna, ale by zagrała jakąś szczególnie dobrą rolę? Nie wydaje mi się. No i jest jeszcze grany przez Matthew Foxa Patrick - jedyny gość którego darzyłem względną sympatią. Mieszka obok naszych milusińskich, poluje na zwierzęta, ma na wszystko wyjebane i wali whisky jakby świat miał się skończyć (w sumie to się skończył). Obaj panowie, mimo iż są przypuszczalnie ostatnimi ludźmi na ziemi nie odzywają się do siebie przez dziewięć lat. DZIEWIĘĆ LAT! Wiecie co ktoś by musiał zrobić, żebym w takiej sytuacji nie odzywał się do niego przez dziewięć lat? Obciąć mi język, albo niechcący wytrącić piwo z ręki - nie ma innej sytuacji w której mogłoby to mieć miejsce.   
...może czasem odrobinę zbyt monotonna...
Fabuła jak fabuła - z doświadczenia wiem, że w takich produkcjach to nie ona odgrywa zasadniczą rolę. Problem w tym, że twórcy wyraźnie chcieli, żeby jednak odgrywała. I tak dostajemy jakiś cholernie smętny melodramat w świecie zombie. I nawet nie kręcił bym w takiej sytuacji nosem. Ciekawie napisane postaci mogą odnaleźć się nawet w warunkach pracy biurowej, czy zamiatania ulic, a co dopiero przy okazji tak ekstremalnej sytuacji. Ale nie. Ci bohaterowie są w większości nudni, mało zajmujący, stanowią jakieś marne kalki prawdziwych ludzi, choć usilnie starają się nas przekonać, że nimi nie są. Dziecko niby krzyczy ze strachu, Jack niby marszczy groźnie czoło, Patrick niby wariuje z samotności, ale to wszystko razem jest strasznie bezosobowe. Ot, taki dostaliśmy scenariusz, to odjebaliśmy jak umiemy, pieniążki proszę do tej kieszonki i do widzenia.
....ale w sumie ładna.

Jeśli odczuwacie ogromny niedosyt filmów o zombiakach, osadzonych w mroźnej, mrocznej rzeczywistości, które da się oglądać bez większego bólu, to możecie spróbować. Ale czy ten film imponuje w jakimkolwiek aspekcie? Nie, to po raz kolejny to samo. Schemat tworzenia świata jest niemal identyczny jak w pozostałych produkcjach, zombie są niby inne, ale dałbym głowę, że podobne modele też zdarzyło mi się już widzieć, aktorstwo jest dokładnie na takim samym poziomie jak w milionie innych produkcji. No może zdjęcia są ok, ponieważ te mroźne plany, zachody słońca, mieszkanie z parą zamarzniętych staruszków itd. faktycznie robią wrażenie. Poza tym - nic interesującego.


Moja ocena to: 5/10

wtorek, 10 listopada 2015

Witching and Bitching, Wredne Jędze (2014)

Jezus, zielony żołnierzyk, SpongeBob i człowiek bez twarzy dokonują zuchwałego napadu na jubilera. Tak zaczyna się kawał...kawał dobrej komedii oczywiście. Pamiętacie "Hiszpański Cyrk" Alexa de la Iglesia? Cudownie zryty, alegoryczny obraz rozdartej konfliktami Hiszpanii o którym pisałem tutaj? Cóż, baskijski reżyser powraca w kolejnej pokręconej produkcji - tym razem w inspirowanej horrorami komedii.

"Wszystkie kobiety to wiedźmy" - stwierdzenie to, jakkolwiek nieprawdziwe, dobrze oddaje istotę fabuły przedstawionej we Wrednych Jędzach. Nasi bohaterowie, grupka typowych samców, dokonuje zakończonego sukcesem napadu na jubilera. Ucieczka prowadzi ich jednak do wioski, a raczej Wioski, która choć z pozoru zwyczajna, obarczona jest piętnem...kobiet. Oczywiście jak przystało na historie Iglesia, panie zamieszkujące Zugarramurdi również nie należą do przeciętnych. Ich życiowym celem, i kluczową ambicją jest bowiem zniszczenie zachodniej cywilizacji opartej na dominacji mężczyzn. Ot, tak zwyczajnie. Wbrew pozorom historia nie opiera się na krytyce współczesnego feminizmu (choć rozpatrując Wredne Jędze pod takim kątem można się posikać ze śmiechu), ale na dotknięciu problemu stosunków damsko-męskich. Tak więc gdy w poprzedniej produkcji Iglesia walczyły ze sobą dwa ustroje totalitarne, tak tutaj otrzymujemy okraszoną humorem walkę płci.
Najlepszy złodziej ever...
Humorem obrazoburczym, szalonym i co trzeba przyznać często prymitywnym. Humorem brutalnym, obrzydliwym i zwykle balansującym na granicy dobrego smaku. A mimo wszystko celnie punktującym stereotypowe zachowanie jednej i drugiej strony "konfliktu". Zresztą - trudno nie uśmiechnąć się w momencie, gdy dwóch dorosłych facetów nieudolnie zaleca się do pięknej Evy (Caroline Bang), czy w momencie gdy podczas ucieczki przed policją jeden z bohaterów prowadzi rozmowę ze swoją żoną na temat sposobów wychowywania ich młodziutkiego syna (który notabene przed chwilą pomagał ojcu w napadzie). Inni uśmiechną się podczas kolacji na którą wiedźmy przygotowały przypadkowego mężczyznę, czy po scenach w których następuje brutalna dezintegracja zebranych czarownic, ale Ci którzy to zrobią nie są do końca normalni (ja śmiałem się w głos). W każdym razie jest nie tylko oryginalnie, różnorodnie, ale też szalenie zabawnie (oczywiście jeśli ktoś docenia taki rodzaj poczucia humoru).

Poza tym są też kwestie mniej ważne. Gwiazdorska obsada, świetna realizacja, czy genialna scenografia. Ok, są też nieliczne momenty w których reżyser zdecydowanie przegiął z dość marnymi efektami specjalnymi, albo sceny, które ciągną się jak flaki za zombie, ale dla miłośnika podobnych produkcji nie jest to coś, czego nie można by znieść.
Guliwerze, czas na obiadek.
Podsumowując: Uważam, że jest to świetny film. Wnoszący ogromny powiew świeżości do, bądź co bądź, troszkę skostniałego gatunku komedii z horrorowym tłem. Dziwne poczucie humoru i spora dawka brutalności sprawią, że nie każdemu przypadnie on do gustu. Klasycznie wynudzą się osoby, które nie doceniają wypełnionych smaczkami dialogów. Poza tym warto odradzić Wredne Jędze każdemu z kijem od szczotki w dupie. Ta niewielka reszta, która pozostanie będzie się bawiła bardzo dobrze.


Moja ocena to: 8/10


Ps. Gdybyście jeszcze nie byli przekonani do tak wysokiej oceny, zamieszczam poniżej dodatkowe uzasadnienie:
Caroline Bang jako Eva - takich wiedźm potrzebujemy.

piątek, 6 listopada 2015

Jaume Cabre - "Wyznaję"

Z monumentalną powieścią Jaume Cabre wiązałem ogromne nadzieje. Nie ukrywam, że dałem się zmanipulować zarówno stosem pozytywnych recenzji, jak i wysoką średnią ocen jaką "Wyznaję" uzyskało na licznych portalach czytelniczych. Zakładałem iż w moje ręce trafiła niezwykła książka o ludzkim życiu, poruszająca i przenikliwa, zarówno nowatorska w swej formie, jak i pouczająca w swej treści. Czy rzeczywiście dostałem taką właśnie opowieść? Otóż i tak i nie.

"Wyznaję" opowiada o losach Adriana Ardevola, wybitnie uzdolnionego poligloty, pisarza i kolekcjonera dzieł sztuki. Trudno jednak stwierdzić, że jest to wyłącznie jego historia. Wątków z którymi się zetkniemy jest mnóstwo - losy unikatowych skrzypiec Storioniego, żydowskiej rodziny w czasie II wojny światowej, czy mnicha poszukiwanego przez agentów Świętej Inkwizycji, to tylko niektóre z nich. Historia zręcznie porusza się w licznych motywach literackich, poddaje analizie problemy zła, miłości, poszukiwania swojej tożsamości, cierpienia itd. Trudno więc jednoznacznie stwierdzić o czym jest ta książka, bowiem chwilami można odnieść wrażenie, że jest... o wszystkim.

Jak mawiają jednak starsi ludzie to co jest do wszystkiego, zwykle jest też do dupy niczego. Z przykrością stwierdziłem, że żaden temat poruszony przez katalońskiego pisarza nie poruszył we mnie większych emocji. Może jeden czy dwa momenty skłoniły mnie do głębszej refleksji. Przyczyn takiego stanu rzeczy mogę dopatrywać zarówno w sobie (nie jestem zbyt wylewny emocjonalnie), jak i w samej konstrukcji powieści. Przede wszystkim mnogość wątków, która rozwodniła moje przywiązanie do bohaterów, okazała się świetnym zabiegiem stylistycznym, ale w moim odczuciu znacznie przytłumiła odbiór treści. Nie polubiłem również głównego bohatera, który ze względu na swą niespotykaną inteligencję, zamiłowanie do sztuki i podejście do kobiet nie mógłby być mi bardziej obcy. Trudno więc identyfikować się z kimś, za kim nawet specjalnie nie przepadamy. Z ręką na sercu przyznam, że do niemal każdego motywu, którym posługuje się Cabre, byłbym w stanie znaleźć książkę, która trafiła do mnie o wiele mocniej.

Jeśli jednak pragniecie docenić kunszt autora, to trafiliście świetnie. Oryginalny styl pisarza, który opiera się zarówno na rezygnowaniu w tradycyjnie przyjętych miejscach ze znaków interpunkcyjnych, czy też wprowadzaniu retrospekcji w zupełnie nieprzewidywalnych momentach sprawia, że książkę czyta się świetnie i ta, mimo swej znacznej objętości, nigdy nie nudzi. Oczywiście - akcja raz jest szybsza, a raz wolniejsza, ale sam fakt, że nie wiemy czego się spodziewać, każe z uwagą śledzić losy naszych bohaterów. Ponadto wszystkie wątki połączone są świetnie i zwykle bezproblemowo zazębiają się, tworząc przy tym spójną całość. Nie polecam jednak odkładania lektury na kilka dni, ponieważ po powrocie do niej możemy czuć się bardzo zagubieni.    

Podsumowując: wyłącznie w moim odczuciu jest to słaba książka napisana w genialny sposób. Nie sądzę, żebym pamiętał o tej historii za kilka dni, a jednocześnie trudno mi uwierzyć, że zapomnę o Cabre jako autorze, który zaprezentował nieziemskie wręcz umiejętności. Z uwagi na to, że nie jestem człowiekiem przykładającym zbytnią uwagę do "opakowania", głównym elementem mojej oceny jest historia, która nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak się spodziewałem. Dlatego nie zważając na pozytywny wydźwięk opinii licznych krytyków i pozostając wierny głosowi swojego sumienia:


Moja ocena to: 5/10

piątek, 30 października 2015

Phantasm, Mordercze Kuleczki (1979)

Nie ukrywam, że przygotowując się do seansu Phantasm, liczyłem na ogromny potencjał komediowy kryjący się w tłumaczeniu tytułu na nasz piękny, dźwięczny, dający ogromne możliwości lingwistyczne język polski. Jakie bowiem pokłady kreatywności muszą znajdować się w kraju nad Wisłą, by z tak banalnego tytułu, stworzyć coś tak zagadkowego, tak przepełnionego emocjami, wręcz ociekającego grozą jak... Mordercze Kuleczki? I wiem co teraz myślicie: że będzie to historia mordującego niewinnych ludzi stołu do pinballa, opowieść o dzieciach zaginionych w figloraju, czy chociażby niecodzienne przygody aktora filmów porno. Niestety muszę Was zawieść - Phantasm, to tylko horror klasy B. Powiem więcej - to sztandarowy przykład horroru klasy B, w którym na szczęście nie zabrakło szczypty kreatywności.

Nie będę nawet zdradzał fabuły, bowiem ta nie jest do końca jasna nawet dla mnie (w końcu seria ta liczy sobie cztery części, a ja obejrzałem dopiero pierwszą). Opowieść jest bardzo enigmatyczna i abstrakcyjna. Wystarczy jednak szybki przegląd antagonistów, by wiedzieć mniej więcej czego spodziewać się po tym filmie. Na pierwszy ogień idzie główny przeciwnik naszych bohaterów - Tall Man. Przodek Slendera jest jednocześnie najlepiej wykreowaną postacią w tej produkcji. Gruby, gardłowy głos, blada, trupia cera, wzrost antybohatera podkreślany nieustannie odpowiednim ruchem kamery - wszystko to sprawia, że Tall Man potrafi niepokoić. Do tego zobaczymy również tak powszechne elementy każdego horroru jak karły-zombie, czy latające, mordercze kulki, ale akurat to nie powinno nikogo dziwić.

Zacznijmy od rzeczy kluczowej, która z pewnością wszystkich interesuje najbardziej. Tak, są cycki. Zasadność ich pokazywania jak przystało na ten rodzaj filmów wynosi w przybliżeniu zero. Cyckometr zatrzymał się na dwóch sztukach, pokazanych dwukrotnie, co w przeliczaniu daje jeden cycek na dwadzieścia dwie i pół minuty filmu. Ich jakość oceniam na dobry, może dobry z plusem. Skoro sprawy najważniejsze są już za nami przejdźmy do innych zalet.

Jak już wspomniałem imponuje kreatywność reżysera. Mamy tu odrobinę grozy, przyzwoite lokacje, od czasu do czasu solidne, nawet nieirytujące jump scares, bardzo dobrą muzykę, która pozwala poczuć klimacik horrorów z końca lat 70-tych oraz sporo elementów, które obecnie sprawiają, że widz może zdechnąć ze śmiechu. Z całą pewnością zewsząd czuć ogromny luz jaki towarzyszył producentom Phantasma i trzeba podkreślić, że podejście to w sposób wymierny przekłada się na przyjemność z jaką ogląda się ten film.

Jak przystało na horrory tego rodzaju, wadami są: fatalne aktorstwo (serio - niektóre dialogi prowadzone przez postaci znajdujące się w śmiertelnym niebezpieczeństwie sprawiały, że sikałem ze śmiechu po nogawkach żart, tak naprawdę oglądałem ten film na golasa.), zakręcona jak rogi muflona fabuła oraz budzące dziś już tylko uśmiech politowania efekty specjalne (tak, wiem, że budżet tego filmu ledwo wystarczył na kupienie papieru toaletowego dla załogi, ale samochód wybuchający po uderzeniu w drzewo można było sobie darować). Ponadto nie jest to produkcja dla ludzi z ADHD, którym poleciłbym raczej inne ciekawe rzeczy (np. eutanazję).      

Podsumowując: po pierwsze jest to klasyka horroru (a że Słowacki wielkim poetą był, to Phantasma też szanuj) z fajnym antagonistą. Po drugie - dostajemy i coś do śmichu (nie wiem czy był to efekt zamierzony, ale lubię sądzić, że tak) i coś do strachu (odrobinkę). Po trzecie - mimo ogromnej enigmatyczności fabuły jest w tym horrorze coś, co każe przy nim siedzieć do końca (chyba że ktoś ma robaki w dupie - wtedy nie). Osobiście jestem bardzo zadowolony z seansu, choć równocześnie mam świadomość, że w wielu kluczowych kwestiach film ten jest niesamowicie słaby i nieporadny. Mimo wszystko:


Moja ocena to: 7/10 (bo miłość do gatunku)

piątek, 23 października 2015

Russel Shorto - "Amsterdam. Historia najbardziej liberalnego miasta na świecie"

Amsterdam od zawsze wydawał mi się bardzo ciekawym miastem. Z jednej strony niemalże nieograniczona wolność, swobodny dostęp do używek, czy prostytucji, a z drugiej jakiś charakterystyczny, unoszący się w powietrzu konserwatywny duch, tkwiący czy to w samej zorganizowanej zabudowie, przywiązaniu do kultury, czy mentalności mieszkańców Amsterdamu. Chcąc poszerzyć swoje informacje posiadane o tym miejscu, sięgnąłem więc po biografię...miasta.

Russel Shorto przedstawia nam dzieje holenderskiej stolicy począwszy od czasów, gdy była to niewielka wieś regularnie podmywana przez wody niespokojnego morza, aż po czasy współczesne, gdy najważniejsze nękające miasto powodzie mają charakter społeczny.

Z Historii Najbardziej Liberalnego Miasta Na Świecie dowiemy się oczywiście skąd wziął się pomysł na liberalizm. Poczytamy o rywalizacji katolików z protestantami, dowiemy się dlaczego John Locke i Baruch Spinoza umiłowali sobie to miasto, prześledzimy jaki wpływ na rozwój sztuki mieli mistrzowie tworzący w Amsterdamie. Przeczytamy również o mniej chlubnych wydarzeniach w dziejach holenderskiej metropolii - wojny religijne, kolaboracja z nazistami, czy nieudane eksperymenty związane z imigracją, to tylko niektóre elementy krytykowane przez amerykańskiego pisarza. Trudno jednak ukryć, że cała praca ma niezwykle pozytywny wydźwięk i choć autor zauważa pewne wady nieskrępowanego liberalizmu, to potrafi patrzeć na nie wystarczająco trzeźwo, by czytelnik nie uznał tej książki za laurkę wystawioną miastu.   

Sama historia Amsterdamu nie jest tak bogata jak początkowo sądziłem. Kilka kluczowych wydarzeń, które odegrały ogromną rolę w dziejach tej miejscowości, stanowczo wystarczą do spisania wieloletniej kroniki stolicy Holandii. Czytając książkę Shorto odnosiłem nawet wrażenie, że o ile zmiany w kwestiach społecznych były domeną Amsterdamu, to w samym mieście, pochłoniętym pracą i walką o byt ekonomiczny, działo się naprawdę niewiele. Poza okresem rywalizacji hiszpańsko - niderlandzkiej, czy holendersko - brytyjskiej, historia tego miasta nie obfitowała w szczególnie istotne wydarzenia.

Domeną miasta stał się zaś liberalizm. Liberalizm wynikający poniekąd z solidarnej, kolektywnej natury mieszkańców, których przodkowie każdego dnia walczyli z morzem, natury ludzi, którzy zmuszeni do współpracy nauczyli się szanować poglądy innych obywateli miasta. I choćbyście bardzo nie chcieli o tym pamiętać, to nie zdołacie wyrzucić tej myśli z głowy, bowiem Shorto powtarza ją chyba w każdym rozdziale swojej książki. Kiedy piąty, czy szósty raz czytałem dokładnie tę samą myśl, sformułowaną odrobinę innymi słowami, miałem ogromną ochotę upomnieć autora, że do cholery wiem: "liberalizm, woda, kanały, współpraca" - wiem, raz wystarczy!!!

Mimo wszystko książka czyta się jednak bardzo dobrze. Styl amerykańskiego pisarza jest bardzo przyjemny, a jego pomysły na snucie opowieści o holenderskim mieście wykraczają znacznie poza jego tereny. Przeczytamy więc o wpływie jaki Amsterdam wywarł na Stany Zjednoczone, systemy bankowe, kolonializm, czy też resztę Europy. I bardzo dobrze, bowiem są to najciekawsze fragmenty w książce, która paradoksalnie miała przedstawiać dzieje samego miasta. Z niepokojem również zauważyłem, że większość wydarzeń o których napisał u siebie Shorto jest dość dobrze znana przez ludzi interesujących się odrobinę historią. Na palcach jednej ręki mógłbym zliczyć wydarzenia o których wcześniej nie słyszałem, choć trzeba przyznać, że inna perspektywa spojrzenia na nie, niejednokrotnie przynosiła mi wielką przyjemność.  

Podsumowując: jest to całkiem niezła książka dla ludzi zainteresowanych czy to historią Europy, czy też samego miasta kanałów. Czytało mi się ją niezwykle przyjemnie, choć jeśli miałbym być do końca szczery nie zostawiła mnie ona z uczuciem niesamowitego poszerzenia posiadanych informacji. Ot, przyjemne usystematyzowanie wiedzy z bardzo liberalnej perspektywy. Mimo wszystko polecam, bowiem mam świadomość, że wielu z Was doceni ją o wiele bardziej niż ja - w końcu obiektywnie rzecz biorąc, jest to cholernie dobrze napisana biografia.


Moja ocena to: 7/10

niedziela, 18 października 2015

Maniac, Maniak (1980)

Piękny, słoneczny dzień. Na dworze wesoło ćwierkają ptaszki. Para kochanków przechadza się plażą, trzymając się za ręce i szepcząc sobie do uszu czułe słówka. Wokół opalają się ludzie, niektórzy jedzą lody, inni leniwie popijają Coca-Colę. Kamera powoli przesuwa się na twarz zmęczonego swymi niecnymi uczynkami bandziora, który od dziś postanawia zmienić swoje życie i już nigdy więcej nikogo nie krzywdzić. Widz jest przekonany, że nic nie może pójść źle, że świat zmierza w konkretnym, ustalonym przez Boga, czy choćby logikę kierunku. Że każde wydarzenie, które za chwilę zobaczy na ekranie będzie prowadziło do szczęśliwego, spokojnego zakończenia, w którym wszyscy bohaterowie będą trzymali się za ręce i w towarzystwie chóru dzieci opiewali uroki ziemskiej egzystencji. Jesteście w stanie wyobrazić sobie taki obrazek? W takim razie dzisiejszy tekst będzie o czymś zupełnie przeciwnym.
"Niewyraźnie dziś wyglądasz"
Maniak nie miał łatwego życia. Już od najmłodszych lat wychowywany przez matkę, która nie dawała mu poczucia stabilności, za to dawała na lewo i prawo co innego, nie ma najlepszej opinii o kobietach. Może to małe niedopowiedzenie - facet jest tak pokręcony, a jego osobowość tak nieprzewidywalna, że Freud dostałby erekcji na samą myśl o ewentualnej możliwości zbadania podobnego osobnika. Towarzyszymy mu niestety od pierwszych minut filmu i mogę Was zapewnić, że przygoda ta w żadnym wypadku nie będzie należała do najprzyjemniejszych.

Nie będzie przede wszystkim ze względu na niesamowicie mroczny klimat filmu. Jesienne otoczenie, niezwykle oszczędne oświetlenie pomieszczeń, dominujące barwy szaro-zielone, jaskrawo-czerwone, czy brązowe - zabiegi te tworzą niezwykle brudną mieszankę. Dodatkowo obskurne parki z trzeszczącymi, zardzewiałymi huśtawkami, hostele na uboczach miast, prostytutki na ulicach, miejskie toalety z pomazanymi ścianami - są to szczegóły, które sprawiają, że nie czujemy się komfortowo, a wyrażenie "miejska dżungla" nabiera tu bardzo dosłownego znaczenia.

Do zalet tej produkcji można z pewnością zaliczyć świetną rolę Joe Spinella, który wcielił się w tytułowego maniaka - Franka Zito. Wyraźnie widać, że facet wie co robi. Trzeba przyznać, że jego ruchy, sposób mowy, czy mimika są dość oszczędne i powolne, ale sprawia to świetne wrażenie w momentach, gdy w naszym anty-bohaterze górę bierze jego prywatny demon. W dodatku zadanie przed jakim stanął aktor nie należało wbrew pozorom do najprostszych. Tendencja reżysera do bardzo bliskich i dość długich najazdów kamerą na twarz postaci, zmusiła Spinella do wykazania się bardzo dużymi umiejętnościami aktorskimi. Nie należy również zapominać, że obowiązkiem tego faceta było również ukazanie dualistycznej natury psychologicznej przedstawionej postaci i ten element również wypadł bardzo dobrze.  Z czystym sercem przyznaję więc, że film Maniac traktuje o maniaku i to on gra w nim pierwsze skrzypce.

Skoro wspomniałem już o kamerze: zwróciłem uwagę na bardzo ciekawe ujęcia, których ostatnio raczej nie widuję. Długi ruch kamery zakończony krótkim rzutem na dłoń czającego się za ścianą maniaka, czy krew oblewająca obiektyw kamery, robią bardzo fajne wrażenie i stanowią ciekawą odskocznię od nieco wolniejszych momentów. Zaskakuje również sama postać Maniaka, której zdarzyło się patrzeć bezpośrednio "w widza", co podbija jeszcze psychotyczny klimat.
"Dlaczego zawsze wszyscy mężczyźni stoją w kolejce do Ciebie?"
Niesamowicie istotnym elementem są również efekty specjalne, stanowiące przecież istotę dobrych slasherów. Te, nawet po 35 latach, które upłynęły od premiery filmu, wciąż robią niesamowite wrażenie. Hektolitry krwi przelewają się przez ekran, gardła są podcinane, głowy eksplodują i przede wszystkim każda taka scena wygląda cholernie realistycznie. Ponadto sam fetysz naszego bohatera, polegający na ubieraniu manekinów w ubrania zmarłych ofiar (w ubrania wliczają się także skalpy, ale to jest chyba oczywiste), dał ludziom od efektów specjalnych ogromne pole do popisu. Przyznam jednak, że o ile zakrwawione lalki nie robiły na mnie większego wrażenia, to scena w której strzał z dwururki urywa głowę kierowcy samochodu, zapadnie mi w pamięć na długo.

Niestety film nie jest pozbawiony wad. Ba, ma ich całkiem sporo. Największy wpływ na odbiór całości ma fatalne aktorstwo drugoplanowe. Sztuczne dialogi, fatalna mimika, dziwne dźwięki i zachowania osób w sytuacjach ekstremalnych - wszystko to kuje w oczy. Tym bardziej, że jak już wspomniano reżyser lubi potrzymać kamerę na twarzy bohatera. Działa to świetnie, gdy postać jest zagrana dobrze, wkurza, gdy bezsensownie wykrzywia mordę, byleby tylko coś robić. Poza tym mamy najgorszą rolę dziecięcą w historii kinematografii, co zaskakuje o tyle, że dialog pomiędzy dziećmi trwa jakieś dziesięć sekund. Mimo to kwestia odczytana jak na apelu szkolnym rzuca się w oczy i zakłóca imersję. Podobnie stworzona została scena reminiscencji w ostatnich minutach filmu, gdy kwestię, którą dawniej wypowiedział nasz maniak odczytuje jakiś dzieciak, który nie ma nawet ogólnego obrazu o czym traktuje ten film. Brzmi to tak, jakby w sam środek Ulicy Wiązów wrzucać postać z Ulicy Sezamkowej. Słabo.

Jako że jestem dość wredny przypierdolę się też do sceny w której jedna z ofiar maniaka ucieka przed nim na peron. Niestety nie udaje jej się wsiąść do pociągu (byle jakiego) i musi ukryć się gdzieś indziej. A może wystarczyłoby poprosić kogoś o pomoc? Nic z tego, peron jest przecież pusty, więc trzeba radzić sobie samemu. Ale czy na pewno? Otóż z jednego ujęcia kamery widzimy całkowicie pusty peron, a z innego, trwającego zaledwie dwie, trzy sekundy, łażących po nim ludzi. Tym sposobem dostaliśmy albo ogromną niekonsekwencję i błąd w wykonaniu, albo film traktujący także o duchach i protoplastę Szóstego Zmysłu.
"Zgadnij kotku co mam w środku"
Na koniec kwestia za którą nie przepadam osobiście, ale w obiektywnej ocenie musiałbym umieścić ją w plusach. Chodzi oczywiście o muzykę, co do której zawsze mam znacząco odmienne odczucia niż ogół. Świetne, budujące napięcie dźwięki, mroczna muzyka z żywszymi momentami w kluczowych momentach - czego chcieć więcej? Niestety użycie dźwięków z syntezatora zabiło we mnie całą przyjemność ze słuchania tego filmu. Nie wiem jak to się dzieje, ale za cholerę nie mogę przyzwyczaić się do tak agresywnej, sztucznej zmiany w podkładzie jaką serwują mi czasem w Maniaku (czasem, bo w większości muzyka jest świetna). O ile same uderzenia (chyba perkusja, ale mogę się mylić), były ok, to te piskliwe, skrzypiące i znacznie głośniejsze od reszty efekty (dam się pokroić, że to właśnie zabawa z syntezatorem), rozrywały mi uszy.

Podsumowując: dostajemy niezły slasher w starym stylu, z efektami specjalnymi godnymi naszych czasów. Ponadto prosta, ale przedstawiona w strawny sposób fabuła przykuwa dość mocno do ekranu. Jeśli jesteście cierpliwi, nie przeszkadzają Wam pomniejsze błędy i niedoróbki, a do tego uwielbiacie mroczne, krwawe i szalenie brutalne kino, to będziecie zadowoleni. Czy jednak polecam? Zdecydowanie nie - przeciętny człowiek potraktuje ten film jako orgię bezsensownej brutalności. Jeśli jednakże jesteście miłośnikami tego typu produkcji, zdecydowanie warto znać.


Moja ocena: 6/10