czwartek, 8 stycznia 2015

Annabelle (2014) +18

Nie było jeszcze roku, w którym obejrzałbym wszystkie horrory pretendujące do miana najlepszych. Tym razem również o mały włos, a przegapiłbym jedną z ciekawszych pozycji - Annabelle. Jeśli wciąż nie zaświtało Wam w głowie o czym piszę, to przypomnijcie sobie horror Jamesa Wana z 2013 roku. Właśnie wtedy bowiem ukazało się bardzo interesujące The Conjuring. Recenzując tę dość zacną pozycję, wskazałem na przykład, że nie rozumiem po co w filmie umieszczać porcelanową lalkę, która absolutnie nie wpłynęła na fabułę filmu. Już rok później owa lalka otrzymała jednak okazję, by pokazać co potrafi. Niestety zamiast bardzo solidnego reżysera, jakim moim zdaniem jest Wan, sprawą zajął się John Leonetti - facet pracujący przy wielu horrorach, ale nigdy w charakterze reżysera. I to cholernie wyraźnie widać.

Już na wstępie zaznaczam, że opisując ten film nie będę silił się na obiektywność. Głównie ze względu na to, że wiązałem z nim bardzo duże nadzieje. Nie zaprzeczycie chyba, że straszne lalki niosą ze sobą ogromny potencjał. Choć motyw znany jest doskonale z Laleczki Chucky, czy choćby Dead Silence, to absolutnie nie miałbym za złe nikomu próby wyeksploatowania go do granic możliwości. Spodziewałem się więc, że po Annabelle nie będzie już takiej potrzeby, a film zmiecie jakiekolwiek konkurencyjne obrazy z powierzchni Ziemi. Że mnie przestraszy, przerazi, wykręci flaki i urwie ryja. Przyznam, że akurat z tym ostatnim nawet mu się udało, ponieważ założę się, że od ziewania rozpieprzyłem sobie staw żuchwowy.
Po całej nocy grania w Total War...
Nawet nie chce mi się o tym gównie pisać. Fabuła to klasyczny stek bzdur. Jakieś małżeństwo, jakaś sekta, diabły, dusze, opętania i tym podobne barachło. To tak jakbyście wrzucili wszystkie dotychczasowe horrory w blender i je zmiksowali - gwarantuję, że nie otrzymacie nic smacznego. Oczywiście, można zamknąć oczy i zmusić się do wypicia tego kompotu, ale... po cholerę?

Mało jest jednak horrorów aspirujących do niesienia jakiegoś przekazu. Odpuśćmy więc tę fabularną porażkę - skupmy sie na czymś, co mogło się udać. Na pierwszy ogień niech pójdzie gra aktorska. Urocze małżeństwo, którego losy poznajemy, to najbardziej niedorobiona para świata. On jest lekarzem, ona matką, żoną i blondynką. Wybaczcie ten mało konkretny opis, ale postaci są tak sztampowe i mało charakterystyczne, że naprawdę trudno to skonkretyzować. I tak, wiem, że to tylko horror. Ale swój znak na tym gatunku odcisnęli także Jeff Goldblum, Jack Nicholson, czy Johny Depp i jakoś udało im się stworzyć ciekawe kreacje. Moim zdaniem gra aktorska to porażka - tam nikt chyba nie wiedział nawet jak wygląda przerażona osoba - a przynajmniej ja tego nie poczułem. W tym aspekcie ulokowałbym tę produkcję gdzieś między Morderczą Oponą i morderczymi bobrami (a wierzcie mi - w tych klimatach jestem specjalistą).
Nasza główna bohaterka - smerfetka po liftingu...
To też spokojnie da się jednak znieść. Nie pierwszy raz przecież aktorzy są sztywni jak pal Azji Tuchajbejowicza. Zdarzało się to już wcześniej i jeszcze niejednokrotnie się zdarzy. Ważne jest przecież to, jak horror próbuje nas przestraszyć. I tu właśnie reżyser wzniósł się na wyżyny dyletanctwa. Oczywiście standardem we współczesnym kinie grozy stały się już jump scenki. Tutaj wykonano je wprost fatalnie. Wszystkie, powtórzę, kurwa WSZYSTKIE, co do jednej, były przewidywalne jak obecność alkoholu na zjeździe PZPN-u. Scena w windzie zaś przejdzie do historii jako najnudniejszy moment filmowy. Pięć minut patrzyłem na zamykające się i otwierające drzwi do windy - niech Was strzeli chu...

Dobra, wziąłem kilka głębszych... oddechów i mogę pisać dalej. Straszenie straszeniem, ale przecież liczy się też klimat. Dlaczego oddzielam te dwie kwestie? Ponieważ taki Egzorcysta był wręcz zachwycający, ale akurat moim zdaniem niezbyt straszny. Udało się tam jednak zbudować fajną otoczkę z ciężką atmosferą. Ba, nawet Conjuring miało w sobie tę iskierkę, która różni crap od dobrego filmu. A Annabelle? Możecie się już chyba domyślić. Ten cały film jest pusty jak lokaty w Amber Gold. Miałem serdecznie w dupie co się stanie z bohaterami. Gdy zbliżali się do kresu swojej podróży, gorąco dopingował wszelkie siły nieczyste, by skróciły ich (i moją) mękę.
Jeden z ciekawszych momentów - gość dzwoniący przez żółty telefon. Emocje wylewają się z ekranu...
O właśnie, co z naszym głównym oponentem, bo to wszystko przecież jego sprawka? Jest oczywiście niesamowicie gówniany. Przypomina jakiegoś gargulca, diabła z XVIII wiecznej książki dla dzieci. I dałbym głowę, że jak zresztą wszystko w tym filmie, już go gdzieś widziałem. Manifestacja naszego brzydala w postaci lalki okazała się dość dobra, ale nawet plastikowa kukła nie była w stanie pociągnąć całego filmu.

I na koniec jedyny plus. Niezbyt często zwracam uwagę na muzykę, ale ta tutaj jest wyjątkowo dobrym elementem, fajnie budującym napięcie. I to tylko ona pozwoliła mi przetrwać ten seans. Wpasowuje się idealnie w akcję i można wręcz usłyszeć, że dźwiękowiec jako jeden z nielicznych ludzi pracujących przy tym arcydziele, wiedział co robi.
Lalka erotyczna dla spragnionych wrażeń.
Podsumowując - to wszystko już gdzieś było. W dodatku zostało już wielokrotnie wykonane o niebo lepiej. Jeśli zaczynacie swoją przygodę z horrorami, to niewykluczone, że film nawet Wam się spodoba. Oczywiście ze wszech miar niesłusznie, bo to gówno najwyższej klasy, ale cóż, z gustami się nie dyskutuje. Obejrzeć oczywiście można, ale nie popełniajcie mojego błędu - nie liczcie na wiele.


Moja ocena to: 4/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz