środa, 14 stycznia 2015

Bill Bryson - "Ani tu, ani tam"

Bill Bryson, to autor książek popularnonaukowych, który gościł na mojej stronce już kilkukrotnie. Świetne i przede wszystkim zbieżne z moim poczucie humoru tego pana sprawia, że zaliczam go w poczet swoich ulubionych pisarzy w ogóle. Tym razem mamy do czynienia z trochę innym dziełem, bowiem Bryson wziął się za reportaż. Ani tu, ani tam, to krótki opis podróży Amerykanina po największych europejskich miastach. Choć niestety Polski tu nie uświadczymy, poznamy opinię Brysona o charakterystycznych cechach Paryża, Oslo, Amsterdamu, Wiednia i wielu, wielu innych.

Pierwszą rzeczą, którą musicie wiedzieć jest to, że książka pisana była na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Jako że autor odwiedza między innymi Jugosławię, czy Bułgarię należy mieć świadomość, że w momencie jego wizyty państwa te stały na skraju przeobrażeń systemowych. Oczywiście, jako że książkę opublikowano w 1991 roku, a polskie wydanie pochodzi z roku 2010, wydarzenie te są już pobieżnie zaznaczone, także nie musicie się martwić o dezaktualizację informacji, które zostaną Wam podane. Tym bardziej, że czytając tę lekturę, miałem wrażenie, iż pewne rzeczy wcale się nie zmieniły.

Kolejną sprawą jest niska ocena na LC, którą niniejszym chciałbym poddać w wątpliwość. Otóż największym i najczęstszym zarzutem jest zbytnia wulgarność i ciętość dowcipu autora, która moim zdaniem stanowi o jego sile i... zajebistości. Niesmaczne żarty o podłożu seksualnym/fizjologicznym, robienie sobie jaj ze stereotypów narodowościowych, krytykowanie powszechnie cenionych instytucji (dostało się po dupie między innymi EWG - poprzedniczce Unii Jewropiejskiej), sprawia, że czyta się to niesamowicie przyjemnie. Zaskakuje mnie też fakt, że ta sama społeczność czytelników docenia humorystyczny przewodnik po Tamizie z XIX wieku (Trzech panów w łódce (nie licząc psa)), a bardziej współczesną historię napisaną w dość podobnej formie potrafi zmieszać z błotem. Cóż, widocznie nie każdy ma poczucie humoru analogiczne do mojego...

Nie muszę chyba mówić, że książka bardzo mi się podobała. Śmiem twierdzić, że jest to jedna z najzabawniejszych lektur jakie przeczytałem w całym swoim życiu. Jest to również idealna pozycja pozwalająca na nowo rozbudzić w sobie pasję do czytania, a przede wszystkim do odkrywania świata. I choć mnóstwo tu żartów, szyderstw, krytyki oraz stereotypów, to nie sposób ustrzec się przed podróżniczą pasją bijącą ze słów Brysona.

Potwierdzam - może nie jest to najlepsza książka podróżnicza w historii, czy najbardziej wartościowa, godna zapamiętania pozycja. Ale jeśli chcecie się tylko dobrze bawić, czy poznać bezkompromisowe opinie na temat naszych zachodnich przyjaciół, to nie znajdziecie zbyt wielu zabawniejszych propozycji.

Moja ocena to: 8/10

Ps. Ze względu na bardziej prymitywną naturę płci męskiej polecam raczej facetom - a co, niech będzie trochę szowinistycznie na koniec... :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz