sobota, 24 stycznia 2015

Fury/Furia (2014)

Wraz z Arkiem mamy pewną niepisaną umowę, polegającą na tym, że każdy film skrytykowany przez niego musi być wychwalany u mnie. Istniało więc duże prawdopodobieństwo, że po bardzo zachowawczej recenzji filmu Fury, która ukazała się na Rick's Cafe, będę zmuszony dokonać jego gloryfikacji - tym bardziej, że jako film wojenny jest on szczególnie bliski mym niezbyt wyszukanym gustom. Niestety z wielkim żalem muszę przyznać, że zgadzam się z Arkiem.

Zacznijmy od historii Fury. Ta koncentruje się na grupce czołgistów popylających Shermanem przez Niemcy. Byli oni na tyle schematyczni, że nazwę ich po prostu: "dowódca"," meksykaniec", "ten zły", "kaznodzieja" i "młody". Tym opisem zaoszczędziłem Wam już 20 minut fabuły, ponieważ ta będzie się koncentrowała na uwypukleniu nielicznych, charakterystycznych cech tych postaci. Chodziło chyba o to, żebyśmy związali się z bohaterami, wczuli się w ich sytuacje, zżyli z nimi i tak dalej... Generalnie wszystko kręci się wokół tego, że młody zostaje nowym członkiem załogi, ale jest niedoświadczony, więc dostaje po dupie, jednak później zaczyna trochę ogarniać o co chodzi w wojnę - schemat cholernie nowatorski i nieprzewidywalny, co?
Wypuśćcie mnie z tego filmu, proszę...
Olać to, fabuła to takie popłuczyny po zmiksowaniu innych filmów wojennych. Aktorstwo za to jest na tyle dobre, na ile być mogło. Brad Pitt, Bernthal i Lerman starają się jak mogą, żeby ich postaci były ciekawsze, niż zaplanował to scenarzysta. Wychodzi im to nieźle, ale wobec kulejącej fabuły, to nadal nie sprawia, że obchodzą mnie przedstawieni bohaterowie i ich losy.

I drażniła mnie też taka nachalna hollywoodzkość - ah te wybuchy. Wszędzie. Non - stop. Pociski smugowe. Wszędzie. Non-stop. Manewry piechoty, walki pancerne, snajperzy, bohaterska obrona skrzyżowania - wszystko jest. I otrzymujemy tym samym dowód, że czasem warto postawić na minimalizm. Przez pół filmu miałem wrażenie, że jestem traktowany jak idiota. Tak jakby reżyser uważał, że siedzę przed ekranem z wiaderkiem kurczaka z KFC, popijam to Colą, a ślina cieknie mi z otwartej gęby. I choć przez jakiś czas pewnie tak było, to ostatnia scena zbyt mocno odbiła się na mojej myślącej części mózgu oraz włączyła podłego robala analizy. Wtedy właśnie stwierdziłem, że ten film jest dla mnie bardzo słaby...
Najlepsza scena filmu toczy się w domu i opiera na dialogach - i co nie dało się tak tego zrobić? :/
Po pierwsze - pociski smugowe są pokolorowane i używane bez przerwy. Niezależnie od pory dnia, niezależnie od konieczności. Oczywiście Niemcy używają pocisków barwionych na zielono, a amerykanie wersji z czerwoną farbą. Daje to absurdalny efekt wojny na...lasery? Aż poprzeglądałem parę archiwalnych materiałów, żeby sobie sprawdzić, czy to nie jest jakaś bzdura. I owszem - przekoloryzowano (dosłownie) konieczność użycia tej amunicji i jej dostępność we wręcz groteskowy sposób. Ale czemu się dziwić? Sherman nie jest tu w stanie przebić pancerza Tygrysa jeśli nie zaatakuje go z tyłu (choć równie dobrze mógłby to zrobić z boku, a nawet od frontu z niewielkiej odległości), snajper nie atakuje dowódcy kolumny czołgów, tylko jakiegoś starego dziadka, żołnierze leżący na otwartym terenie nawet nie podejmują próby okopania się. Co w sumie nie dziwi, bo Niemcy też do nich nie strzelają, dopóki nie nadjadą  nasi bohaterowie w czołgu. Ba, to nawet nie działa przeciwpancerne otwierają w tej scenie ogień jako pierwsze (choć na to wskazywałaby wszelka logika), ale karabiny maszynowe. Mało niedociągnięć? No to mamy na koniec elitarny oddział SS, który choć liczy sobie około 300 ludzi posiadających w cholerę Pancerfaustów, a nie jest w stanie pokonać pięcioosobowej załogi unieruchomionego czołgu. Ale w sumie jak mieli to zrobić, skoro połowa ma parkinsona i nie potrafi trafić w pieprzony czołg z dziesięciu metrów. Ostatnia scena to taki klasyczny, pełen patosu przykład na to, jak reżyser może okładać widza chujem po twarzy...   
Daj mi dobrą ocenę, plis...
Nie zrozumcie mnie źle. Gdyby ten film od początku dał mi do zrozumienia, że to będzie klasyczna naparzanka, to nie miałbym mu tego za złe. Jednak pierwsze sceny naprawdę były bardzo obiecujące. Wydaje mi się także, że reżyser nie za bardzo wiedział, czy chce zrobić film akcji, czy dramat wojenny, więc próbował to jakoś sprytnie połączyć. No ale cóż - albo rybka, albo...

Na plus zaliczam tu zdecydowanie fajną muzykę, niezłą grę aktorską oraz dużą dawkę brutalności. Niektóre sceny z całą pewnością robiły wrażenie, aczkolwiek wszechobecne efekciarstwo zakłóciło trochę odbiór tego filmu, który wydawał się mieć ogromne aspiracje do bycia całkiem niezłym dramatem wojennym. Oczywiście nada się to do jakiegoś piwa, czy zamiast filmu akcji, ale jeśli miał on mnie poruszyć, to nie spełnił swojego zadania. I tu powtórzę nawet ocenę, którą temu dziełu wystawił Arek. Wydaje się ona być bardzo obiektywna, ponieważ Furia z Bradem Pittem, to moim zdaniem klasyczny średniak. Choć przyznam jednocześnie, że sprawi on większą radość ludziom lubiącym efekty specjalne i nie szukającym w filmach wojennych większej głębi.


Moja ocena to: 5/10  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz