sobota, 14 lutego 2015

James Lee Burke - Sunset Limited (+18)

Recenzowanie Sunset Limited, to jak włożenie petardy w gówno i zasłonienie się zapałką - nigdy nie wiesz co się stanie. Kryminał ten wydawał się spełnieniem moich marzeń, ucieleśnieniem wszelkich psychopatycznych snów - morderstwa, ukrzyżowania, mafia, Ku-Klux-Klan. Do pełni szczęścia brakowałoby tylko szarlotki i infografiki z nagą Evą Green. Okazało się jednak, że książce zabrakło o wiele więcej.

Fabuła to klasyka. Detektyw Dave Robicheaux (kastracja dla autora za to cholernie trudne do zapamiętania nazwisko) podejmuje po latach śledztwo dotyczące ukrzyżowania Jacka Flynna. Do miasteczka wracają też dzieci faceta przybitego przed laty do drzwi stodoły. Wraz z nimi przybywa jakiś pedofil i morderca, a zaraz za nim trzech kolejnych, wynajętych zbirów. Okazuje się, że Luizjana na pewien czas zostaje stanem w którym kumuluje się działalność hołoty z całych Stanów Zjednoczonych (aż dziw że zabrakło polskiej reprezentacji np. kogoś z parlamentu). Oczywiście to musi pociągnąć ze sobą dalsze konsekwencje.

Pierwsze negatywne wrażenie sprawia okładka. Cholerstwo projektował jakiś niewidomy strażak - podpalacz. Nie mam pojęcia w jaki sposób ta chujowa jak barszcz grafika ma nawiązywać do powieści, ale odnoszę wrażenie, że wcale nie miała takiego celu. Myślę, że goście w wydawnictwie walili wódę, a że zbliżał się deadline, to wpisali w google "fajna grafika, ogień" i pierdolneli to co wyskoczyło jako pierwsza podpowiedź. Bardzo emocjonalnie podszedłem do tej kwestii, ale wymagam przynajmniej odrobiny przyzwoitości - no jak można takie coś zaserwować czytelnikom? Nie lepiej od razu napluć im w twarz, albo w przesyłce wysłać martwego szczura zamiast książki? Efekt byłby dokładnie taki sam.

Ale "nie oceniajmy książki po okładce" i tak dalej. Treść się przecież liczy, więc czas ukoić nerwy i zacząć rzetelnie opisywać wady i zalety książki. Czytam więc pierwsze osiemdziesiąt stron... i kurwa, koniec! Moje pokłady rzetelności się wyczerpały. Autor postanowił, że wysra nam wszystkie postaci, wszystkie wątki, całe tło powieści na kilkunastu pierwszych stronach. Oczywiście, jak możecie się spodziewać, za żadną cholerę nie można się w tym połapać. Książka sprawia wrażenie strasznie męczącej, chaotycznej i skomplikowanej - jedyną rzeczą na jaką miałem większą ochotę niż odłożenie jej na później było podrapanie się po jajach, ale na to oczywiście jestem zbyt leniwy...

I jest mi ogromnie przykro, gdyż po wstępnych męczarniach robi się z tego bardzo fajny kryminał z ciekawie stworzonymi bohaterami i genialnym klimatem. Tak jakby od połowy książki zmienili się kompletnie autorzy/tłumacze. Nawet zakończenie bardzo mi się spodobało. Uważam, że jest to lektura, której potencjał kompletnie zmarnowało pierwsze kilkadziesiąt stron. Po zakończonej przygodzie byłem bardzo zadowolony - na jej początku niesamowicie rozczarowany. 

Jest to także jeden z niewielu przypadków, w którym zwiększenie objętości powieści wyszłoby jej jak najbardziej na korzyść. Uniknięto by w ten sposób zbędnego bałaganu, który przeszkadzał mi w początkowej fazie zapoznawania się z nią. Zamiast genialnej książki mamy więc typowego średniaka, który ma swoje "momenty", a jednocześnie jedną z najgorszych okładek w dziejach. Dlatego też:


Moja ocena to: 5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz