niedziela, 29 marca 2015

Kay Hooper - "Podążając tropem strachu"

Romans z elementami paranormalnymi święci w ostatnich latach ogromne tryumfy. Choć staram się nie mieć uprzedzeń co do żadnej literatury, to akurat te książki szczerze i konsekwentnie hejtuję (dla seniorów: piszę o tym, jak mnie wkurwiają).  Otóż w swej naiwności i pod wpływem namów członków moich różnorakich społeczności (przy czym słowo członków nie padło tu przypadkowo), miałem okazję poznać dwa, czy trzy takie dzieła. Wszystkie kręciły się wokół problemów, których jako stary zgred już nie rozumiem - szkolne romanse, piękni chłopcy, nieśmiałe dziewczyny itd. Nie muszę chyba dodawać, że utożsamiam z nimi każdy element egzystencji, którego albo nienawidziłem kiedyś, albo nienawidzę po dziś dzień, więc z kartki na kartkę miałem coraz silniejsze torsje żołądkowe - krótko mówiąc - rzygałem tym. Kay Hooper miała jednak zaoferować coś innego. Kryminał z prawdziwego zdarzenia, w który tylko wpleciono  wątki paranormalne. W dodatku miały one wyglądać na dyskusyjne - ponoć są bowiem ludzie wierzący w to, że ktoś może przepowiedzieć przyszłość, wyczuwać inne osoby, czy kontaktować się ze zmarłymi (osoby takie zwiemy z angielskiego attention whore's). Te właśnie umiejętności posiadają detektywi tworzący grupę dochodzeniową w powieści Podążając tropem strachu.

Zaczyna się to wszystko nawet nieźle. Ktoś leży w stosunkowo niewygodnej trumnie, zagrzebany żywcem przez psychopatycznego mordercę. Żeby było śmiesznie ten ktoś wkrótce umiera i staje się pierwszą ofiarą. Później jest jeszcze zabawniej - morderca buduje bardzo ciekawe machiny do zabijania - ucina głowy, topi w akwarium, spuszcza krew - i bawi się przy tym doskonale. Widzicie potencjał? No właśnie, ja też. Mogło być niezwykle ciekawie, brutalnie i... strasznie. Mogły być flaki, kilkustronicowe opisy zwłok, portret psychologiczny naszego zabijaki zaczerpnięty z postaci innych, znanych ze świata rzeczywistego seryjnych. A jest zbyt... lekko.

Kay Hooper nie uniknęła jednej rzeczy, która często irytuje mnie w powieściach kobiecych. Miała świetny pomyśl, pisze w fajnym stylu, jednakże ma tendencję do...pierdolenia. Już pomijam te wszystkie próby wytłumaczenia zdolności parapsychicznych naszych detektywów (to z uwagi na samo założenie i pomysł jest przecież zrozumiałe), ale Kay koniecznie musiała wprowadzić w to wszystko marny wątek romantyczny. I tak mamy dwie postaci - Samanthę i Bishopa. Cholera wie co do siebie czują, bo raz się kłócą, a raz pieprzą jak kormorany (ha, kto się spodziewał tego porównania?!). I w jednym i w drugim są straszliwie irytujący. I gdy sytuacja już zaczynała się zagęszczać, mrok spowijał każdy krok naszych śledczych, ciarki przechodziły po plecach, to nagle...bum - pierdolenie.

Wiecie dla kogo jest ta książka. Wbrew pozorom ma bardzo specyficzny target. Jeśli jesteś paranormalnym zombie i łykasz wszystko począwszy od Zmierzchu, po inne romanse z elementami pozaziemskimi (bleh, nie znam innych tytułów :/), a chcesz wstąpić na drogę prawdy, drogę światła, wiedzy i prawdziwego kryminału, to chyba warto najpierw rzucić okiem właśnie na tę książkę. Łączy ona w sobie bowiem te dwa gatunki i jest czymś rzeczywiście oryginalnym. W dodatku z bólem serca przyznaję, że czytało mi się ją całkiem nieźle.

Jeśli jednak na kryminałach zjadłeś/aś  zęby (to po pierwsze musisz zajebiście śmiesznie wyglądać), to raczej nie jest coś dla Ciebie. Nie uświadczysz tu zbyt zawiłej historii, nie będziesz zaskoczony docierając do finału, nie porwą Cię próby psychologicznej analizy postępowania bohaterów. Ot, przeczytasz, olejesz i zapomnisz. Twój wybór.


Moja ocena to: 6/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz