środa, 25 marca 2015

Punkt Zwrotny; The Ledge 2011

Żebyście mnie nie oskarżyli o to, że nic nie robię, bardzo chciałem przedstawić Wam dziś reckę jakiegoś dobrego filmu. Przyznam, że jednocześnie, być może trochę egoistycznie, pragnąłem fajnie spędzić czas. Podczas buszowania po zakamarkach internetów trafiłem na film-objawienie. Punkt Zwrotny z 2011 roku, w którym główną rolę gra Charlie Hunnam (znany między innymi z Sons of Anarchy) wydawał się wyborem idealnym. Stosunkowo wysoka ocena na Filmwebie, określenie gatunku jako thriller - pomyślałem więc: "tego się nie da spierdolić". Ale jak się możecie słusznie domyślać, jednak się da.

Przepraszam jeśli gdzieniegdzie podkreślę swoją wypowiedź jakimś delikatnym wulgaryzmem. Nie ukrywam, że będę musiał czasem takowym podkoloryzować swoją wypowiedź, gdyż jestem nieziemsko wkurwiony. Być może jednak ktoś z Was oglądał ten film i był nim zachwycony - nie chcę Was urazić żadnym niegrzecznym komentarzem, więc nie bierzcie mojej wypowiedzi do siebie - to nie Wy jesteście głupi. Po prostu ten film jest głupi, a Wy się mylicie.

Ale idźmy po kolei. Słówko o fabule. Zaczyna się nawet fajnie. Gavin Nichols (Charlie Hunnam) stoi na krawędzi dachu budynku. Prawdopodobnie chce skoczyć, gdyż krawędzie dachów budynku w Ameryce tworzone są głównie w celu skakania. Na miejsce przyjeżdża detektyw Lucetti (Terrence Howard). Beksa z niego niesamowita i nudziarz w chuj, ale właśnie dowiedział się, że nie może mieć dzieci, więc to mu można wybaczyć. Tym bardziej, że facet, choć stwierdzono u niego bezpłodność, ma ze swoją żonką dwójkę dzieci (ale psikus). I tu zaczyna się właściwa historia. Gavin Nichols zaczyna zwierzać się detektywowi Lucettiemu. Że znalazł laskę (Liv Tyler) i nawet fajna była dupa z twarzy, że mu wpadła w oko i ogólnie brałby jak Żydzi odszkodowania za holocaust od Polskiego rządu, ale mąż tej laski Jon (Patrick Wilson) go wkurwia. Wkurwia go, bo Gavin to ateista, taki zatwardziały ateusz, co to woli, żeby ślub brali homoseksualiści, bo "heteroseksualni i tak mnożą się na potęgę, a ziemia jest przeludniona", a Jon to równie zatwardziały ewangelista. I jeśli pragniecie zapytać - tak, serio, takie i inne podobne wypowiedzi w tym filmie mają miejsce. No i oczywiście ten chrześcijanin grany przez Wilsona jest psychopatą i nie podoba mu się, że jego żonka puściła się z ateuszem (bo normalny, porządny mężczyzna nie miałby nic przeciwko szczęściu nowej pary). Na koniec robi się z tego taki burdel, że ziomek przez tego zatwardziałego chrześcijanina musi aż skakać z dachu. Taka sobie historyjka...

I nie interesują mnie za bardzo te wszystkie spory religijne. Nie stoję po żadnej ze stron. Agresywne ataki na religię zwykle staram się jakoś tłumić rzeczowymi argumentami, próby nawracania uważam jednocześnie za pozbawione sensu. Ale jeśli ktoś chce mi religię całkiem obrzydzić, to niech to chociaż zrobi dobrze. Ba, zamieszczę nawet kilka rad na przyszłość dla reżysera:
1. Zrezygnować ze stereotypów: inteligentny ateista, który jest w stanie każdego przegadać. Luzak i świetny kochanek. Początkowo tłamszona kobieta, która wychodzi spod jarzma mężczyzny i zaczyna żyć na własny rachunek - wersja feministyczna. Kurwa, którą facet wyciągnął z nałogu, a która później i tak zaczęła puszczać się po dwóch spotkaniach z jakimś obcym ziomkiem - wersja konserwatywna. Wierzący, który jest nietolerancyjny i po jakimś czasie pokazuje swoje psychopatyczne oblicze (jak zresztą każdy wierzący). Na deser mega uprzejmy Żyd - gej z AIDS odrzucany przez społeczność żydowską. No po prostu cały panteon charakterystycznych postaci.
2. Zrezygnować z części dialogów - film wlókł się jak żółw. Żółw bez kończyn.
3. Odpuścić sobie moralizowanie - reżyser był przekonany, że zrobił coś strasznie błyskotliwego. Nienawidzę, gdy w gruncie rzeczy prostackie i infantylne produkcje roszczą sobie pozycję do stawiania się w roli jakichś traktatów filozoficznych, czy drogowskazów życiowych.
4. Zrezygnować z Liv Tyler - dlatego, że jej nie lubię i jest tysiąc ładniejszych kobiet. A milion lepiej grających. Niech świadczy o tym to, że przewijałem sceny seksu, czego nigdy dotąd nie robiłem, ponieważ uważam, że takie działanie okalecza produkcję i skoro aktorka decyduje się pokazać mi kawałek nagiego ciała, to kim jestem, bym mógł jej odmówić? Liv Tyler odmówiłem.
5. Zabijać wszystkich bohaterów - nie polubiłem żadnego z nich. Przy tej produkcji trzymała mnie nadzieja, że wszyscy zginą. Liczyłem na inwazję UFO, albo wybuch bomby jądrowej w ostatnich minutach. Niestety zawiodłem się straszliwie.


Podsumowując: nie pokuszę się nawet o wystawienie temu filmowi oceny. Obiektywnie zasługuje bowiem na notę w okolicach 5/10, ale subiektywnie jest całkowicie poza moją skalą. Zamiast thrillera dostajemy rozwlekły romans, który za nic nie potrafił mnie wciągnąć. Zauważyłem, że ludzie interpretują go na wiele sposobów - wynika to chyba z tego, że tak naprawdę to jedno wielkie, pseudofilozoficzne gówno, z bredniami udającymi objawione mądrości. Możecie sprawdzić sami i napisać mi dlaczego się mylę, ale ostrzegam, że stracicie prawie dwie godziny życia, których ten film po prostu nie jest wart. A w tym czasie można przecież zrobić tyle pożytecznych rzeczy: opluć stare baby na ulicy i uciec, naćpać się i postawić kloca przed posterunkiem policji, albo przynajmniej dołożyć małą cegiełkę do uczynienia z czyjegoś życia piekła - oczywiście tylko jeśli ktoś z Was jest chrześcijaninem. Wszyscy normalni mogą po prostu poczytać dobra książkę...   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz