czwartek, 12 marca 2015

Rafał Socha - "Kredyt na żula"

Jak być może pamiętacie pan Rafał Socha miał już okazję rozgościć się na moim blogu. W momencie naszego pierwszego spotkania (przy okazji recenzji powieści Jak Zostałem Bażantem) uważałem go za całkowicie anonimowego, początkującego pisarza, walczącego na niewątpliwie trudnym i wymagającym rynku czytelniczym. Rozpoczynając lekturę Kredytu na żula miałem już jednak pewne wyobrażenie na temat możliwości, które ten człowiek posiada. Z radością potwierdził on moją dotychczasową opinię, iż Rafał Socha dobrym pisarzem jest, a lepszym jeszcze się staje.

Zacznijmy od początku. A jak wiadomo na początku był chaos absurd. Czytając zbiór opowiadań Sochy trudno nie ulec wrażeniu, że materiałem z którego składa się jego świat nie są wcale dwudziestometrowe cegły (choć i one znajdą poczesne miejsce w jednym z opowiadań), ale potężne dawki groteski wymieszane z równie ogromną ilością ironii w stosunku 1:1. Tym razem z klimatów wojskowych przerzucimy się na bardziej prywatne kwestie. Poznamy dość abstrakcyjną wizję technikum budowlanego, w którym nasz bohater prowadzi zajęcia, wybierzemy się w niesamowitą wycieczkę z dwoma ekscentrycznymi, acz sympatycznymi policjantami, czy przyjrzymy się jednej z najdziwniejszych rozmów kwalifikacyjnych w historii. Trudno także pozbyć się wrażenia, że kompozycja przygotowana w tej antologii jest w pewien sposób połączona, choć jeśli mam być szczery najdobitniejszym tego przykładem okazał się nie tyle nasz bohater, co niesforny kompresorek powietrza, który w dużej części opowiadań miał dziwną tendencję do znajdowania się w otworze ciała ludzkiego, który zdecydowanie nie był przeznaczony do wkładania kompresorka powietrza...

I jeśli nawet przekaz pacyfistyczny pierwszej książki za bardzo do mnie nie trafił, to krytyka społeczna w opowiadaniach z tego zbioru wyszła autorowi bardzo fajnie. Bohater, którego losy śledzimy, to zwykły, szary Polak. Czasem daje się zmanipulować, czasem ostro walczy o swoje interesy, a czasem i w ryj dać potrafi dać... Śledzimy jego losy w najróżniejszych sytuacjach, zastanawiając się na każdym kroku ile rzeczywistości jest w tym całym absurdalnym otoczeniu. W niektórych momentach śmiałem się do łez, w innych bywało dość smutno, ale nie ukrywam, że książka niemalże na każdym kroku wzbudzała bardzo silne emocje. I choć zdarzały się momenty w których nie utożsamiałem się z bohaterem/autorem, to w większości sytuacji facet robił na mnie naprawdę przyzwoite wrażenie.

Choć książka niezmiernie mi się podobała nie sposób pominąć wad, którymi jest obarczona. Zacznę jednak od tego, że nie ma tu głównego elementu, który irytował mnie w przypadku pierwszej powieści. Autor zdecydował się na ograniczenie niesamowitej ilości oryginalnie brzmiących nazwisk bohaterów i nazw miejscowości. W poprzedniej książce było ich po prostu za dużo, choć sam pomysł okazał się rzeczywiście całkiem dobry. Problemem okazało się to, że jego nieustanne stosowanie zaczynało nużyć. Tutaj ten niewątpliwy defekt nie występuje. Pojawiła się za to inna kwestia, którą początkowo przyjąłem z ogromnym uśmiechem na twarzy, a która po około 300-setnej stronie zaczynała mnie drażnić. Otóż autor odrobinę przegina z opisem wszelkich przeżyć seksualnych. Gdy rozpoczynałem lekturę stanowiły one bardzo miłą odskocznię, były dość interesująco podane i często zabawne, ale gdy opisy te zaczęły się kumulować, zrobiło się dość niesmacznie. I nie zrozumcie mnie źle - zwykle takie kwestie mnie nie oburzają, ale wyobrażam sobie, co mogą poczuć bardziej wyczuleni czytelnicy... Przyznam też, że tytułowe opowiadanko - Kredyt na żula (jedno z najkrótszych zresztą) najmniej przypadło mi do gustu. Nie było zbyt zabawne, nie było aż tak groteskowe jak pozostałe, a co najgorsze odniosłem wrażenie, że całe jego przesłanie miało być wciskanym mi na siłę morałem, czego nie zwykłem raczej zbyt mocno doceniać.

Świat Sochy jest niesamowicie oryginalny. Ponoć trudno napisać coś, czego nie stworzyłby już ktoś przed nami, ale ten autor zdecydowanie to potrafi. Trudno nawet jednoznacznie orzec z jaką książką mamy do czynienia, ale jeśli miałbym sam sprecyzować tę niszę, to określiłbym ją jako niesamowicie wulgarną i kontrowersyjną obyczajówkę podlaną ogromną dawką absurdu. Wydaje mi się także, że jest to pozycja, której przeznaczeniem są raczej męskie łapy. Podobna literatura może bowiem nie trafić w co bardziej sentymentalne dusze czytelniczek, które oburzają się na wulgaryzmy, na sceny erotyczne, czy na niewybredne żarty prostych budowlańców. Szkoda, bo sama książka zdecydowanie ma w sobie coś więcej i z czystym sercem poleciłbym ją każdemu koledze - koleżance raczej bym się wahał :D

Mimo wszelkich wad znów jestem bardzo usatysfakcjonowany. Prywatnie sklasyfikowałem tę książkę na osiem oczek, ale nie ukrywam, że górę wziął tutaj mój chamski, mało wyszukany gust. Oceniłem ją tak wysoko ze względu na trafiający do mnie humor, serwowany w ciekawy sposób, który bez wątpienia poprawiał mój nastrój przez ładnych kilka dni. Doceniłem także różnorakie zabawy językowe, które umiłował sobie autor, próbując nawet w pewnym momencie nawiązać dialog z czytelnikiem. Obiektywnie muszę jednak zejść oczko niżej, ponieważ mam świadomość, że jest to literatura na tyle nietypowa, że zwyczajnie nie każdemu przypadnie do gustu.


Moja ocena to: 7/10 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz