poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Omen (1976) vs. Omen (2006)

Pamiętam, że film Omen (1976) poznawałem w tzw. "formacie kluczowym", tzn. oglądałem go w rozdzielczości na jaką pozwalała szpara w drzwiach prowadzących do pokoju rodziców lub dziurka od klucza. Jak wiadomo zakazany owoc smakuje najlepiej, więc nie zaskoczyło mnie, że film podbił moje młodociane wówczas serduszko. Oczywiście wiązało się to również z pewnymi przykrymi konsekwencjami, które w dużej mierze odbiły się na moim pęcherzu (strach przed wyjściem do łazienki) i psychice mojej mamy (strach przed wyjściem do łazienki). Jednakże po wielu latach, jako dojrzały już, ba, stary nawet, mężczyzna, postanowiłem, że film Omen trzeba zobaczyć ponownie.

Oczywiście nastawiłem się na to, że efekty, które dawniej robiły potworne wrażenie, będą już lekko archaiczne. Rzeczywiście - nie wszystkie sceny zapamiętane w dzieciństwie wpływały na mnie tak jak dawniej. Jednakże połączenie niezłej muzyki, ciekawej fabuły i bardzo dobrej gry aktorskiej nadal stanowiły dla mnie nie lada gratkę. Pomyślałem więc, że jeśli obejrzę remake z 2006 roku efekt będzie jeszcze lepszy.

Następnego dnia, z ogromną ochotą i paczką pieluch w zanadrzu, włączyłem odświeżoną wersję Omena. I głównie o nim chciałbym napisać kilka słów, podzielić się z Wami moim nieskrywanym, ogromnym żalem, który wciąż kołacze mi na dnie serduszka. Ponieważ ten Omen strasznie mnie zirytował, wzburzył, pozostawił uczucie niedosytu, a pisząc krócej i dosadniej - po prostu wkurwił.

Nie ma najmniejszego sensu czepianie się fabuły, która jest właściwie wierną kopią dzieła starszego o trzydzieści lat. Tu nie dało się zbyt wiele zepsuć. Dlatego reżyser zajął się czymś zupełnie innym. Zresztą, facet który dwa lata później puści w świat kinową wersję Max Payne'a musiał kiedyś pokazać na co go stać w kwestii kalania pierwowzorów. Łatwo jedna zapomnieć, że jego pierwszą ofiarą stał się właśnie Omen. I tak, wiem, że jest to jeden z cieplej przyjętych horrorowych remake' ów w historii, ale to nie zmienia mojego subiektywnego postrzegania.

Zaznaczę też, że nie będę się wcale czepiał obsady. Oczywiście nie dlatego, że była lepsza, czy choćby dorównywała tej z 1976, ale to raczej realizacja była tym, co pozostawiło głęboka ranę w mojej filmowej psychice. Po pierwsze przeszkadzały mi kolory. Ja wiem, że współczesny widz musi być z każdej strony atakowany paletą barw przypominająca ruchające się teletubisie, ale bez przesady. Z mrocznego, stonowanego, gotyckiego wręcz Omena wyszedł typowy film dla gawiedzi. I wcale by mi to nie przeszkadzało, gdyby chodziło o jakiś film akcji. Srał bym ze szczęścia widząc Stathama w takim otoczeniu, zabijającego zastępy wrogów i śmiejącego się śmierci w twarz. Ale Omen?! Jak można było zrobić tak wizualnie zniszczonego Omena? Oczywiście wyraźnie widać, że reżyser próbował kombinować ze współczesnymi efektami, z grą świateł itd. ale subtelność pierwowzoru wciąż bije na głowę ekstrawagancję nowszej odsłony.

Do tego dochodzi rzecz na którą zwykle nie zwracam uwagi, czyli udźwiękowienie. Znów mamy tu do czynienia ze "starszym bratem", który wprowadza nas powolnie w charakterystyczny klimat opowieści. Muzyka jest dość jednostajna, choć ciągle niepokojąca, mroczna. We fragmentach straszących staje się ona odrobinę głośniejsza i szybsza, często stanowiąc jedynie tło dla odgłosów otoczenia - również tych wywoływanych przez siły nieczyste. A w nowszej odsłonie? Postawiono na pierdolnięcie. Gdy dochodzi do scen kluczowych muzyka zaczyna napieprzać jak szalona, by w momencie kulminacyjnym jebnąć w głośnikach jak samolot malezyjskich linii lotniczych. Jaki jest tego efekt? Po pierwsze wiem dokładnie kiedy wydarzy się to, co zaplanował sobie reżyser - nie czuję więc żadnego zaskoczenia, ba, zwiększa się tylko moja irytacja. To sztuczne zwiększanie głośności jest niestety dość charakterystyczne dla współczesnych filmów grozy, ale jednocześnie nie wpływa wcale na klimat filmu, który wśród tych huków, krzyków i brzdęków zwyczajnie ginie.

Co ciekawe film w nowej wersji udało się skrócić o jakieś dwadzieścia minut, a nawet dodano kilka dodatkowych scen. To o tyle interesujące, że ciągła akcja i brak wytchnienia danego widzowi, sprawia, że to właśnie ta produkcja, naszpikowana przecież elementami zwiększającymi dynamikę, znudziła mnie dość szybko. Nie widziałem sensu w ponownym poznawaniu losów Damiena - gorszego, choć równie irytującego co poprzednio Damiena. Nie spodobały mi się lokacje utrzymane w tej samej kolorystyce (niebiesko-żółtej), nie podobało mi się udźwiękowienie, nie doceniłem wreszcie współczesnej obsady. W dwa dni potwierdziłem więc swoje przypuszczenia dotyczącego tego, iż wciąż dałoby się stworzyć przyzwoity, niepokojący horror, a jednocześnie, że nie ma obecnie nikogo, kto miałby na taką produkcję zarówno pomysł, jak i budżet. Współczesna hollywoodzka papka wydaje się nie spełniać tego zadania.      


Oczywiście powstrzymuję się do wystawiania obu produkcjom jakichkolwiek ocen. Omen z 2006 roku otrzymuje ode mnie jednak specjalny znaczek jakości - medal z ziemniaka za najbardziej niepotrzebny film w historii:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz