piątek, 22 maja 2015

Jeffery Deaver - "Przydrożne Krzyże"

Zaskakująco duża liczba bohaterek powieści kryminalnych niesamowicie mnie irytuje. Powoli zaczynałem mieć wrażenie, że ze mną jest coś cholernie nie tak i jestem do nich po prostu szalenie uprzedzony. Przeszkadzało mi ciągłe narzekanie Amelii Sachs w sztandarowym cyklu Jeffery'ego Deavera, takie postaci jak Rebeka Martinson Asy Larsson zbywałem co najwyżej obojętnością połączoną może troszkę ze znużeniem - nawet doktor Temperance Brennan, którą znałem i lubiłem w świecie serialowym, okazała się strasznie miałka w "wersji papierowej". Ale to właśnie wspomniany na samym początku Deaver sprawił,  że odzyskałem wiarę w detektywki (choć osobiście wolałbym pozostać przy paniach detektyw, jeśli lobby feministyczne nie ma nic przeciwko). Otóż stworzył on bardzo sympatyczną i w końcu naturalną postać Kathryn Dance - śledczej pracującej w kalifornijskim CBI.

Swoją przygodę z tą panią rozpocząłem niestety od drugiej części cyklu, złożonego póki co z trzech odsłon. I w sumie chętnie spędziłbym z nią więcej czasu. Autor zastosował wydawałoby się prosty pomysł na bohaterkę. Wyposażył ją w unikatowe zdolności, które pozwalają Kathryn rozpoznawać kłamstwa na podstawie mowy ciała, poprzez stosowanie naukowej ponoć metody - kinezyki. Oczywiście to nie wystarczy do stworzenia w miarę sympatycznej i przede wszystkim dającej się lubić postaci. Po pierwsze Kathryn nie jest pieprzoną marudą. Ileż to bohaterek ma tendencję do analizowania każdego szczegółu ze swego życia na tysiąc sposobów, zadręczając przy tym zresztą czytelnika, który podobne wypociny musi czytać  na kilku lub kilkunastu stronach. Ale tu mamy chlubny wyjątek. Kathryn w pewnym momencie powieści wspomina swego zmarłego męża. Pomyślałem sobie wtedy: "no to ładnie, zaczyna się, na trzeźwo nie zniese..." i zanim zdążyłem dojść do lodówki po piwo, ona już skończyła! Jedno pieprzone zdanie! Mój mąż nie żyje - informacja została przekazana, możesz drogi czytelniku brnąć dalej w zagadkę, która naprawdę jest ciekawa i naprawdę Cię interesuje. Gdybym mógł, to wycałowałbym ją wszędzie za tę litość, której dostąpiłem z rąk bohaterki jakiejkolwiek powieści chyba po raz pierwszy w życiu. Kathryn nie jest też terminatorem, boi się strzelać z pistoletu i uczestniczyć w pościgach, w scenach z matką ujawnia swoje emocje, w tych z kolegami z pracy upór, ambicję i stanowczość. Potrafi jednak ugiąć się przed szefem, by nie sprawiać sobie dodatkowych kłopotów. Kathryn mówiąc krótko jest po prostu człowiekiem, a nie superdetektywem i to się czuje - z korzyścią dla niej oczywiście.

Sama zagadka zaś koncentruje się tym razem wokół komputerów. Mamy tu graczy MMORPG, mamy blogerów, mamy wykładowcę inżynierii komputerowej - jest więc dość ciekawie. Zagadka wciąga, końcówka choć odrobinę przerysowana, zasługuje na mocną czwórkę. Deaver znów mnie zaskoczył, czym po kilku spotkaniach z tym pisarzem byłem odrobinę zdziwiony, sądząc, że raczej przejrzałem już jego zagrywki.

Rozbawiła mnie za to jedna z tez wkładanych kilka razy w usta jego bohaterów (nie żebym miał coś przeciwko takim oralnym zabiegom). Otóż ponoć grając w gry można nauczyć się wielu nieznanych metod walki i zabijania. No kurwa - skisłem. Ja wiem, że może sam autor temat ogarnia średnio i tylko w ramach reasearchu w coś tam popykał, że może informacji część wziął z mediów, że może to tak tylko na potrzeby kreacji bohatera, ale... Nie żebym się czepiał, jednak zgodnie z tą teorią napieprzam w Fifę, czy Pesa od jakichś dziesięciu lat, więc dlaczego, pytam się kurwa, dlaczego nie potrafię porządnie kopnąć piłki? Dlaczego za cholerę nie wiem jak się jeździ czołgiem (GTA), albo jak wyrywa serca z klatek piersiowych (Mortal Kombat)? Przecież ja te rzeczy powinienem mieć w małym paluszku, a przez Deavera czuję, że zmarnowałem swój czas bawiąc się, gdy inni poznawali te skomplikowane techniki...

Podsumowując jednak jest to fajna i satysfakcjonująca książka. Do rzemieślniczej roboty Deaver dołożył ciekawy temat, który mógł być przedstawiony znacznie gorzej, bardzo sympatyczną bohaterkę i zagadkę, która trzyma się kupy (żarty o kupie są poniżej poziomu, dlatego w tym nawiasie nie ma żartu). Jestem więc bardzo zadowolony z tej lektury i mogę ją całkiem szczerze polecić (a jak wiadomo faceci są zawsze szczerzy, więc warto wierzyć we wszystko co mówimy).


Moja ocena to: 7/10   

poniedziałek, 18 maja 2015

Sean McMeekin - "Największa grabież w historii. Jak bolszewicy złupili Rosję"

Nigdy nie byłem wielkim fanem okresu międzywojennego. Rozgrywki polityczne, które stały się europejską codziennością tamtych lat kompletnie mnie nie interesowały. Zawsze jednak zastanawiała mnie kwestia rewolucji bolszewickiej. Nie byłem w stanie pojąć w jaki sposób garstka ludzi, bez większych zasobów finansowych, popierana przez niewielką  część społeczeństwa, zdołała zaprowadzić terror w największym kraju Starego Kontynentu. Dlaczego popierani przez mocarstwa zachodnie Biali nie zdołali złamać bolszewickiego terroru, dlaczego nacjonalizacja cerkiewnych majątków przeszła bez echa, dlaczego chłopi i posiadacze ziemscy się nie zbuntowali? Te i inne pytania czasem zaprzątały moje myśli podczas lektury suchych, historycznych podręczników. Sean McMeekin wyjaśnia je bardzo obrazowo.

Dzieląc swą książkę na dwie części - dotyczące kolejno grabieży wewnątrzpaństwowej, jak i upłynniania kapitału za granicą - przedstawia nam poniekąd finansowe losy początków państwa bolszewików. Tłumaczy na przykład związek powszechnego głodu z apatią wobec grabienia majątków cerkiewnych, udowadnia hipokryzję i obłudę propagandy bolszewickiej dotyczącą ogromnych, zagranicznych transferów pieniężnych, których efektem miała być militaryzacja kraju (opisywano je zaś jako próbę pobudzenia przemysłu i rolnictwa), przedstawia wreszcie rolę niekonsekwentnej polityki brytyjskiego premiera Lloyda George'a w porażce Białych walczących w rosyjskiej wojnie domowej.

Niesamowicie podobało mi się to, że z tej krótkiej książeczki można wynieść naprawdę sporo ciekawych informacji. Zarówno te dotyczące znacznego przeszacowania wartości majątków cerkiewnych, bezwzględności w robieniu interesów bankierów szwedzkich i brytyjskich, czy skutków powszechnego w ówczesnej Rosji niszczenia przedsiębiorczości, mogą być niezwykle pouczające także z naszej perspektywy.

Największym problemem tej książki stała się jej druga część - opisująca schemat wymiany zagrabionych dóbr na rynkach europejskich. Nazwiska pośredników i bankierów przeplatają się w niej z kwotami i procentami, które czytelnikowi zainteresowanemu tym tematem tylko przez ciekawość, a nie ze względów naukowych, nie mówią nic interesującego. Oczywiście z obrazu całościowego da się wysnuć warte uwagi wnioski, ale nie zmienia to faktu, że ostatnie sto stron lekko nuży.   

Książkę warto więc polecić, ale tylko pasjonatom, czy to historii w ogólności, czy też zajmujących się badaniem tego konkretnego okresu. Jak słusznie zauważył bowiem autor - dzieje prania brudnych pieniędzy w reżimie nazistowskim (poprzez Szwajcarię) opisane są dość skrupulatnie przez licznych naukowców. Temat podjęty przez McMeekina jest jednak bliżej nieznany, a z całą pewnością mniej popularny. Dziwi to głównie dlatego, że zbrodniczość obydwu odsłon totalitaryzmu jest porównywalna, a kwoty jakie wchodziły w grę były nawet wyższe w wydaniu bolszewickim. Ze względu na stosunkowo przyswajalny styl autora, kreatywne podejście do pracy naukowej oraz jasny i konkretny przekaz tej książki, postanowiłem wystawić jej dość wysoką notę.


Moja ocena to: 7/10

wtorek, 12 maja 2015

Jose Carlos Somoza - "Jaskinia Filozofów"

Z jednej strony - jako dobry władca - pragnąłem przychylić się do próśb napływających do mnie z wszystkich zakątków świata, bym w końcu przeczytał coś o starożytności. Z drugiej jednak, dość już miałem wszelkich pozycji historycznych, od których ze względu na nadmiar pochłaniania, zaczynało mnie mdlić (co zaskakujące łączyły tę funkcję dość zgrabnie, z w międzyczasie pochłanianymi płynami na bazie żyta czy ziemniaków). Wyjściem kompromisowym okazała się Jaskinia Filozofów - kryminał osadzony w czasach starożytnej Grecji.

Podchodziłem do niego dość nieufanie, bowiem sposób charakteryzowania realiów historycznych w podobnych książkach, często pozostawiał wiele do życzenia. Tutaj zaś jest on nie tylko wykonany równie realistycznie, co przystępnie, ale łączy się także z drugim planem czasowym, czyli nie do końca określoną przyszłością. W tejże, późniejszej części, poznajemy osobę tłumacza. Kontakt tłumacza z czytelnikiem opiera się w zasadzie na przypisach, które z każda kolejną stroną stają się coraz bardziej interaktywne i związane z główną historią.

Początkowo wydawało mi się, że będzie to typowy kryminał. Jest tu i morderstwo, detektyw (Herakles Pontor swoją drogą, to idealne imię dla starożytnego bohatera, przywodzące na myśl innego, znanego śledczego), jest też szczypta brutalności i skomplikowana zagadka. W dodatku w tle pojawia się gościnnie sam Platon. Książka ta ma w sobie jednak coś więcej - jakąś trudną do oszacowania nutę traktatu filozoficznego i naprawdę przyzwoity poziom komplikacji. Dwa plany czasowe, kilku kluczowych bohaterów, Idee Platona, prace Herkulesa, obrazy ejdetyczne* - wszystko to tworzy niesamowicie wybuchową mieszankę akcji rodem ze starożytnych Aten.

Cóż, przyznam z czystym sercem, że jest to niesamowicie dobra książka. Choć wydaje się być skierowana raczej dla wyjadaczy powieści kryminalnych, to mógłbym ją bez wahania polecać każdemu, kto interesuje się tym okresem historycznym. Autor wykonał tytaniczną pracę, biorąc na swe barki trud zgłębienia opisywanej kultury. Dorzucił do tego troszkę okrucieństwa, dał nam okazję do stanięcia oko w oko z Cerberem, czy pokpienia sobie z przenikliwych filozofów. Do tego dorzucił zakończenie, które okazało się co najmniej zaskakujące.

Somozę charakteryzuje jednakże styl, który jest o tyle ciekawy, co leniwy. Szczególnie uderzają opisy zjawisk ejdetycznych, które choć ładne, ciągną się dość długo. Książka zmęczyłaby każdego, kto skusiłby się na poznanie jej przy jednym, czy dwóch podejściach. Mimo to uważam, że jest to jedna z najlepszych historii jakie ostatnio czytałem i kryminał, który z przyjemnością umieściłbym w pierwszej dziesiątce moich ulubionych powieści z tego gatunku. Trafiło do mnie zarówno otoczenie w jakim rozgrywa się akcja, przemyślany sposób konstrukcji zagadki oraz elementy filozofii, którym udało nie otrzeć się o banał. Jestem zdecydowanie na tak!


Moja ocena to: 8/10   

* Ejdetyzm w Jaskini Filozofów przejawia się w ukrytych wewnątrz tekstu obrazach, których rozszyfrowanie pozostawiono tłumaczowi i czytelnikowi. 

sobota, 2 maja 2015

Where The Devil Hides (2014)

Where The Devil Hides (czy też w innej wersji Devil's Hand - ręka diabła*), to tytuł niezwykle ryzykowny do recenzowania. Któż bowiem wie tak naprawdę gdzie ten diabeł się chowa? A przecież nie chciałbym za bardzo podpaść najczarniejszemu z czarnych, Belzebubowi nad Belzebubkami, panu i władcy piekieł, wielkiemu dyrektorowi ZUS-u i sprawcy wszystkich nieszczęść ludzkich od wojen starożytnego Babilonu po Platformę Obywatelską. Jednak z przykrością muszę stwierdzić, że nawet własny film autobiograficzny Pan diaboł (albo jego przedstawiciel na Ziemi - Christian Christiansen) spieprzył dość solidnie. Po niesamowicie ambitnych siłach ciemności spodziewałem się czegoś więcej.

Założenie było niby ciekawe. Odseparowana osada jakichś Amiszów, czy innego tałatajstwa rodem ze średniowiecza, klątwa dotycząca przyjścia na świat szatana, sześć potencjalnych "nosicielek" (a nie trzeba chyba podkreślać jak niebezpieczne stawały się nosicielki w tak małej osadzie) czorta, nawiedzony wielebny kierujący swoimi owieczkami i baranami twardą ręką. Całkiem spoko powiecie, da się z tego zrobić niezły film powiecie - ale nawiązując do słów pewnych znanych modelek - już mi się to przejadło...
Helicopter dick?
Że tak zażartuję zabrakło w tym filmie jakiejś iskry Bożej. Początkowo film strasznie nuży - i na dobrą sprawę to jedyny moment w którym jest w stu procentach straszny. Następnie przeradza się w przyzwoity, nawet klimatyczny thriller z dość ciekawą zagadką. Gdyby w tej formie postanowiono wykonać całą produkcję, byłbym nawet zadowolony. Ale zakończenie to już powrót do znanej powszechnie konwencji nudnego, idiotycznego horroru.

Dlaczego jednak zdecydowałem się na seans? Otóż obsada, zaryzykuję stwierdzenie, przyzwoita, przykuła moją uwagę. Jennifer Carpenter, czyli serialowa siostra Dextera, czy Colm Meaney, gość którego zna każdy, ale nikt nie wie jak ten aktor się nazywa, dawali nadzieje na całkiem ciekawy seans. I pewnie tak by było, gdyby nie to, że role główne zagrały aktorki młodziutkie, ładniutkie i głupiutkie, których występ zdecydowanie mizerniej wyglądał na tle doświadczonych już kolegów/koleżanek.
Colm Meaney
Z drugiej jednak strony warto obejrzeć ten film, by wyciągnąć z niego kilka ważnych nauk i przestróg. Po pierwsze warto byłoby w zakończeniach wyjaśniać wątki związane także z bohaterami pobocznymi. Nie wiem czy po prostu film był tak nudny, że nie zwróciłem na to uwagi, ale przypuszczam, że Jennifer Carpenter została w ostatnich dziesięciu minutach porwana przez Somalijskich piratów - jej rola bowiem i dalsze losy nie zostały doprecyzowane. Po drugie - w jednej ze scen warto zauważyć, że nawet Amiszki golą pachy i bobry, więc dziewczyny - Wy macie nawet elektryczność, dbajcie o siebie! (Łukasz bawi i uczy). Po trzecie - nigdy uciekając przed seryjnym mordercą nie chowajcie się w toi toju - pokusa zapanowania nad ewentualną biegunką jest bardzo silna, ale Wasze możliwości manewrowe stają się  wówczas dramatycznie ograniczone. Po czwarte - jeśli zdarzy Wam się uciec z osady w której nieznany sprawca zamordował cztery Wasze przyjaciółki, to dajcie spokój - nie wracajcie tam. Wydaje się to radą kompletnie bezcelową, ale pragnę zauważyć, iż amerykańscy naukowcy przeprowadzili szczegółowe badania dotyczące opętanych przez diabła Amiszy i jasno stwierdzili, że prawdopodobieństwo konieczności ucieczki młodej, zdrowej kobiety w wieku 18-21 lat z osady w środku lasu, po zamordowaniu jej koleżanek przez tajemniczego zabójcę, wynosi mniej więcej 1:50. Widzimy więc wyraźnie, że szanse są spore. Tu warto jednak podkreślić, że badania na Grenlandii i w Polsce wciąż trwają, ale wyniki mogą być zbliżone. Po ostatnie wreszcie - jeśli jakiś stary żul powie Wam, że Wasze dziecko może w przyszłości zostać opętane przez demona zabijcie go profilaktycznie. Potem zabijcie też dziecko. A na końcu siebie - profilaktyki w końcu nigdy za wiele.
Moje wyobrażenie filmowego diabła.
Podsumowując nie jest to najgorszy film jaki oglądałem. Bardziej to chyba nawet thriller niż horror, ale w obu tych gatunkach natknąłem się na większe crapy. Gdzieś tam czuć niewyraźny powiew klimatu (może to z wspominanego toi toia), film ma swoje momenty, muzyka w zakończeniu zwróciła nawet moją uwagę, więc zakładam, że jest nie najgorsza - ogólnie filmik to klasyczny średniak wypełniony nieścisłościami. Biorąc jednak pod uwagę aktorów zaangażowanych na potrzeby tego obrazu i szacowne grono diabłów wspierających powstawanie całej produkcji, odczuwam pewien niedosyt.  

Moja ocena to: 4/10


I niesamowity cytat z kazania naszego nawiedzonego pastora, który zwrócił moją uwagę: "Diabeł pragnie młodych ciał" - no kurwa proste, ma chłopak gust...

*Nie pytajcie do czego mu niby ta ręka potrzebna...