sobota, 9 maja 2015

W to się grało...

Nigdy nie uważałem się za dobrego gracza. Moje spotkania z wirtualnymi przygodami często kończyły się równie szybko, co zaczynały. Niejednokrotnie przechodziłem gry kilka lat po premierze, najczęściej na najłatwiejszych lub średnich poziomach trudności. Prawdziwymi wyjątkami były tytuły z którymi w pierwszych latach mojego komputerowego szaleństwa spędzałem przeogromną ilość czasu. Jako że do recenzowania książek nie mam ostatnio serca, postanowiłem umieścić ten sentymentalny tekścik o grach komputerowych z okresu mojej młodości (która swoją drogą nadal trwa i zamierzam się z niej wycofywać dopiero w granicach sześćdziesięciu lat).

1. Gothic

Gra, która powinna się znaleźć dopiero w dalszej części tego zestawienia, gdyby nie... niemieckie demo. Na pewnej płytce, w czasopiśmie, które prawdopodobnie zakończyło swój żywot razem ze Stalinem, ukazał się jeden, jedyny poziom Gothica, którego akcja rozgrywała się w jakiejś jaskini. Początkowo za cholerę nie wiedziałem co to za gra, jak działa w niej system walki, co to są te całe erpegi, ani po co ja właściwie łażę po tej jaskini? Ale grafika oczarowała mnie błyskawicznie (wrażenie robiła szczególnie płonąca pochodnia). Nie było to zresztą wielkie wyzwanie, bowiem Gothic był jedną z pierwszych gier, jakie miałem okazję oglądać na pececie. Kilka lat później, troszkę już mądrzejszy, zakupiłem czasopismo z pełną wersją Gothica, jego drugą częścią i jakimś kiszkowatym dodatkiem. Przeszedłem wszyściutko, choć męczyłem tę grę przez całe wakacje. Z perspektywy czasu nie jest to już taki spektakularny tytuł - tym bardziej, że losy serii potoczyły się niezbyt chwalebnie. Mimo to cała moja przygoda z grami komputerowymi zaczęła się od zauroczenia Gothiciem, którego po dziś dzień cenię.

2. Medal of Honor: Allied Assault

Grę zobaczyłem po raz pierwszy na starym kompie mojego ciotecznego brata. Cham jeden powiedział, że szczyl jeszcze jestem i grać mi nie da, ale ładnych kilka minut rozgrywki zdołałem podpatrzyć. Pamiętam, że ogromne wrażenie zrobiła na mnie nie tylko świetna na ówczesne czasy grafika, ale...sama możliwość strzelania do wrogów. Tak, to była chyba pierwsza strzelanka FPP jaką widziałem na oczy. Okazja do zagrania nadarzyła się dopiero kilka lat później. I co z tego?! Scen, jakie zaserwowano nam w pierwszej części tej kultowej gry wojennej się nie zapomina. Desant na plażę Omaha śnił mi się po nocach, a misję tę przechodziłem kilkanaście razy - na każdym poziomie trudności. W czasach nowej odsłony Far Cry'a, czy wynalazków w stylu Dying Light, wydaje się to śmieszne, ale uważam, że ten tytuł byłby naprawdę dobry nawet po upływie tylu lat.

3. Heroes of Might and Magic III

Przygodę z turówkami zacząłem co prawda od niesłusznie zapomnianego Disciples II, ale to Herosi święcili wówczas największe tryumfy na ekranie dzielonego z moim bratem komputera. Przewagą Herosów nad wieloma innymi grami, była możliwość prowadzenia rozgrywki przy jednym pececie nawet kilku osób. Herosi byli rozwiązaniem kończącym wiele trudnych i krwawych bojów o dostęp do komputera. Zarówno ja, mój brat, jak i nasi koledzy, spędziliśmy przy tym tytule mnóstwo godzin. Konieczność logicznego myślenia, fantastyczny świat i emocjonujące walki sprawiały jednakże, że gra była równie dobra jeśli grało się kampanię samotnie. Jej ogromna żywotność zresztą, po dziś dzień stanowi najlepszą rekomendację.

4. Grand Theft Auto III

Nie będę nawet próbował ściemniać. GTA III była grą, która nie stanowiła dla mnie żadnego wyzwania fabularnego. Gdy pocinałem w nią po raz pierwszy, nie wykonałem nawet jednego zadania. Produkcja ta stanowiła wyłącznie kolejny, mały kroczek na mojej niezwykle długiej drodze do zostania psycholem. Ogromna brutalność, latające kończyny, wybuchy granatów, potrącanie przechodniów - tak bawiłem się jako gówniarz, pozbawiony na całe szczęście kontroli nieświadomych jeszcze niczego rodziców. I powinienem napisać, że żałuję, że gra uszkodziła mnie już na starcie i że ogólnie gry komputerowe to zło, ale wiecie co? Bawiłem się zajebiście.

5. Fifa 2002

Pierwsza gra piłkarska w jaką grałem na komputerze. Spędziłem przy niej setki godzin, znałem każdy metr boiska, każdy schemat strzelenia bramki, każde zagranie. Jest dla mnie o tyle ważna, że dzięki niej pokochałem piłkę, którą dotąd raczej się nie interesowałem. Zaznaczę, że wynikało to z mojej dyskusyjnej postawy na boiskach rzeczywistych, czy mówiąc bardziej dosadnie chujowej gry, ale ta produkcja po prostu skradła moje serce na zawsze. Dzięki niej poznałem mnóstwo piłkarzy, zasady kopanej i podstawy taktyki. Ale co ważniejsze poznałem Barcelonę - klub, któremu od tamtej pory nieustannie kibicuję, czy co najmniej darzę ogromną sympatią. Bramki które wówczas strzelałem jako Rivaldo, Kluivert, czy Overmars były najpiękniejszymi golami jakie kiedykolwiek widziały stadiony świata. Nawet pomimo tego, że dziś grafika wygląda strasznie, jest to chyba produkcja, która odcisnęła na mnie największe piętno.  


Na dziś to tyle - nie będę Was dalej zanudzał. Jeśli jesteście zainteresowani innymi produkcjami w które miałem okazję zagrać piszcie - postaram się to pociągnąć - bez skojarzeń...   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz