poniedziałek, 1 czerwca 2015

Paul (2011)

Już po raz czwarty miałem przyjemność zaliczyć Simona Pegga i Nicka Frosta. Oczywiście wyłącznie w filmowym znaczeniu.  Kosmita Paul, to kolejna, niesamowicie zabawna produkcja, w której jeden z najlepszych duetów komediowych wszech czasów udowadnia, że da się jeszcze tworzyć pełne humoru obrazy kinowe.

Fabuła nie należy do zbyt skomplikowanych. Dwóch geeków wybiera się na największy festiwal komiksowy w Stanach Zjednoczonych - Comic Con. Podczas podróży po JuEsEj zgarniają nietypowego autostopowicza - kosmitę Paula. W pościg za naszymi bohaterami błyskawicznie ruszają faceci w czerni, czyli wbrew pozorom - zwyczajne FBI.

Wiem, że filmy z obcymi w rolach głównych są już wyeksploatowane do granic możliwości, wiem, że spodki kosmiczne stały się wręcz absurdalnym motywem w każdej możliwej dziedzinie (od kina po literaturę), wiem również, że małe, zielone ludziki budzą dziś tylko uśmiech politowania. Mimo wszystko jednak Paul wyszedł obronną ręką z każdej możliwej kliszy, jaką można by mu zarzucić. Solidnie napisane dialogi, świetna animacja samego Paula, czy nafaszerowanie filmu akcją z całą pewnością w tym nie przeszkodziły.
Facet w Czerni (Jason Bateman).
Gagi i akcja nie stały się jednak głównym punktem mojego zainteresowania. Paul stanowi bowiem niesamowicie przemyślany przekrój przez większość filmów o kosmitach, jakie miały okazję ujrzeć światło dzienne. Przejawia się to nie tylko w pełnych nawiązań dialogach, ale nawet w takich głupotach, jak naklejki samochodowe widoczne na drugim planie, czy koszulki, które noszą nasi bohaterowie. Ba, scenarzyści zrobili sobie również jaja z takich produkcji jak Indiana Jones, czy Titanic. Najważniejszymi żartami okazały się jednak te, dotyczące bezpośrednio innych produkcji o przybyszach z innej planety. Uważny widz znajdzie tu odniesienia do tak różnych produkcji jak E.T i Obcy. Zażartowano z Gwiezdnych Wojen, sprytnie nawiązano do Predatora, nie wspomnę nawet o dokonywaniu aluzji dotyczących agenta Muldera (Z archiwum X), czy Facetów w Czerni. Trudno nawet ukrywać, że jest to film, który doceni każdy geek. Oczywiście rozbawi on też osoby kompletnie niezwiązane z tematem, ale wówczas stracą one naprawdę sporo smaczków.

Największą wadą filmu jest jednak fakt, że został on odrobinę ugrzeczniony - szczególnie w odniesieniu do poprzednich produkcji z Peggiem i Frostem w rolach głównych. Zamiast przerysowanych i drastycznych scen, jakie oglądaliśmy w Hot Fuzz, czy Shaun of the Dead, tutaj dostajemy multum wulgaryzmów i jedną, dość kontrowersyjną rozmowę na temat wiary. Mi to absolutnie nie przeszkadzało, ale mam świadomość, że niektórzy uznają to za powód do zrezygnowania z seansu.
Paul-predator ;d
Podsumowując uważam, że jest to film wyróżniający się na tle innych komedii. Nie jest może tak dobry jak wspomniane wcześniej Hot Fuzz, ale wciąż reprezentuje wyższy poziom, niż większość produkcji, w których żarty opierają się na pierdzeniu, czy lataniu nago po mieście. Tutaj dostajemy humor zdecydowanie bardziej przemyślany, choć wciąż wystarczająco prosty w odbiorze i niewymagający wyrafinowanego smaku, by każdy widz spędził z bohaterami bardzo przyjemne chwile. Ten element zawsze stanowił niesamowitą siłę przyciągającą do filmów pisanych przez Simona Pegga i nie inaczej jest tym razem.


Moja ocena to: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz