środa, 10 czerwca 2015

Stephen King - "Stukostrachy"

Czytając negatywne recenzje książek Stephena Kinga, nigdy nie jestem do końca przekonany co do zasadności jakichkolwiek argumentów. Monotonny styl, który często zarzuca się amerykańskiemu pisarzowi, sprawia, że jeszcze bardziej wkręcam się w historię, wszelkie nudzenie związane z małymi społecznościami, uważam za niezwykle błyskotliwe analizy socjologiczne, mało satysfakcjonujące zakończenia najczęściej wydają mi się doskonale zamykać całość powieści tego autora. Dlatego też mocno wątpiłem, że jedna z najgorzej odebranych przez czytelników książek Kinga, może mi się nie spodobać. Nastawiałem się raczej na solidną lekturę, pozwalającą złapać oddech od poważniejszych tekstów. I kicha. Dupa. Porażka jak powołanie Pawła Sibika do kadry na mundial. Nie wiecie kto to Paweł Sibik? No właśnie...

Początek nie zapowiada jednak tragedii. Poznajemy bowiem żyjącą na odludziu, aspirującą do miana najlepszej w Maine pisarki westernów - Robertę Anderson. Bobbi pewnego pięknego dnia wybiera się do lasu, by w drodze powrotnej potknąć się o pewien tajemniczy obiekt. Nie jest to jednak zużyta prezerwatywa, ani skórka od banana, tylko dziwny, nieznany kawałek metalu zakopany głęboko w ziemi. Pierdolony statek kosmiczny. Nie, nie jest to żadna metafora, przenośnia, alegoria, czy inne trudne słowo, tylko prawdziwy wehikuł obcej cywilizacji. Przyznacie, że autor popisał się tu sporą wyobraźnią. Chwilowo porzucamy jednak naszą bohaterkę i przenosimy się gdzieś, w cholerę daleko, by poznać drugiego kluczowego bohatera. Jest nim przyjaciel Bobbi - Jim Gardener, nałogowy pijak, poeta, gość który w zamroczeniu alkoholowym strzelił kiedyś do swojej żony. Naprawdę sympatyczna postać. W momencie, gdy nasz Jim planuje popełnienie samobójstwa, jakiś głos w jego głowie (a jakże) sugeruje mu, że Bobbi ma kłopoty. Jak przystało na rycerza, który przepił już i konia i zbroję, Jim rusza stopem do Haven, miejscowości w której niebawem wybije, tym razem metaforyczne, szambo.

Póki co nie jest źle. Dwójka bohaterów, którzy są stosunkowo ciekawi i jeden poroniony pomysł. W tym momencie czytelnik może się jeszcze łudzić, że ma przed sobą dobrą powieść. Przecież to King. Jeśli on nie rozegra tego sensownie, to już nikt nie da rady. Po przebrnięciu przez pierwsze trzysta stron, czyli standardową ilość tekstu służącego Kingowi za wstęp, zaczyna się rozwijać działalność tytułowych Stukostrachów. Czym są Stukostrachy? Cholera wie. Teoretycznie są to obcy, którzy przybyli na wspomnianym już statku kosmicznym, ale równie dobrze Stukostrachem może być sam spodek. Albo Twoja Stara. Sprawiają oni, że mieszkańcy Haven przemieniają się w geniuszy. Z kilku baterii tworzą mini-generatory, samopiszące maszyny, platformy hydrauliczne zasilane siłą woli i w cholerę innego badziewia. W dodatku umożliwiają mieszkańcom Haven i okolic porozumiewanie się za pomocą myśli. Już w tym momencie chciałbym powiedzieć dość. Tych motywów jest za dużo i powoli zaczynają zakrawać o śmieszność. Ale nie. King postanowił, że konsekwencją tych skutków będzie: utrata duszy (mieszkańcy stają się bezwolnymi narzędziami Stukostrachów), wypadanie zębów, krwawienie z otworu (nie przejmujcie się, każdy otwór ma swoje pięć minut w tej kwestii), czy rosnące... macki. Jest to moment w którym czytelnik musi sprawdzić okładkę, by upewnić się, czy ma do czynienia ze znanym sobie autorem.

Co robi w tym momencie nasz bohater - Jim? Ohh, przez szczęśliwy zbieg okoliczności jego ta cała przemiana nie dotyka. Postanawia więc, że póki co będzie łoił wódę, pomagał odkopywać statek zainfekowanym mieszkańcom Haven i miał wyjebane na wszystko co się wokół niego dzieje. Jego uaktywnienie się dopiero w finałowych scenach sprawia, że jest to najbardziej rozleniwiony bohater pierwszoplanowy, jakiego spotkałem na swojej drodze.

Wspomnijmy jednakże o tym co najważniejsze - elementach grozy. Autor próbuje nas straszyć między innymi: dzieciakiem wysłanym przypadkowo do innej rzeczywistości, laską, która wysadza się w powietrze otoczona swoimi lalkami i... latającym odkurzaczem. Zdecydowanie zazdroszczę autorowi wyobraźni, ale nasuwa mi się też pewne pytanie: CO TO KURWA JEST?! Czy ja też znalazłem się w innej rzeczywistości? Czy świat wokół mnie jest realny? Może to tylko fikcyjny Altair-4, magazyn kosmiczny ze słabymi powieściami, do którego przez przypadek trafiłem. Przez chwilę zdołałem się w ten sposób łudzić, ale nie: to byłem tylko ja, leżący na łóżku, puszczający bąki i czytający jedną z najgorszych książek jakie w swojej karierze wypuścił Mistrz.    

Nie chcę być całkiem krytyczny, bowiem styl Kinga pozwala mu się wybronić nawet przy opisie formowania kału w jelicie grubym, pozwalając mu zainteresować i w pewien sposób przyciągnąć czytelnika na dłużej. Nie inaczej jest tutaj, bowiem książka paradoksalnie czyta się bardzo szybko i momentami nawet z przyjemnością. Gdyby jednak szybkość pochłaniania danej lektury stanowiła najistotniejszy element, zostałbym przy przygodach pirata Rabarbara. Nie chcę jednakże oceniać negatywnie gustu ludzi, którzy mają o tej książce dobrą opinię. Mam świadomość, że mi zwyczajnie zabrakło cierpliwości. Gdy powieść zaczynała już przypominać najlepsze momenty z Pod Kopułą, dostawałem po ryju unoszącą się w powietrzu maszyną z napojami, gdy zaczynałem interesować się historią danego bohatera, ten ginął, albo został spychany na dalszy plan. Zaskoczyło mnie tylko zakończenie, bowiem spodziewałem się, że utrzyma niski poziom całości - okazało się jednak całkiem niezłe i nieprzesłodzone.

Podsumowując: Stukostrachy przypominają trochę spleśniały placek. Niby to wciąż ciasto, które może okazać  się dla kogoś całkiem strawne, istnieje jednak uzasadnione ryzyko, że wywoła odruch wymiotny, biegunkę i chęć zamordowania waszego ulubionego piekarza. Niestety jeśli kupowaliście od niego przez całe życie, kupicie i zeżrecie także to. Skoro postawiliście sobie za cel spróbować wszystkiego co oferuje King, nie sposób ominąć też Stukostrachów. Jeśli jednak pragniecie dopiero zacząć swoją przygodę z Amerykaninem, trzymajcie się od tego cholerstwa daleko.


Moja ocena to: 4/10 (bo King)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz