czwartek, 23 lipca 2015

Robert Penn Warren - "Gubernator"

Pisanie o klasycznej literaturze jest czymś wręcz cudownym. Podchodząc do takiego tekstu, wychodzę zwykle z założenia, że większość nie tylko oleje kompletnie książkę o której mowa, ale nawet nie doczyta do końca samej opinii. Mam w sobie jednakże coś z Don Kichota (nie, nie mam "w sobie" Sancho Pansy), więc postanowiłem, że przynajmniej dwa słowa o Gubernatorze napiszę.

Historia przedstawia losy byłego dziennikarza - Jacka Burdena, pracującego dla gubernatora Willa Starka. Wszystkie wydarzenia poznajemy z perspektywy relacjonującego poszczególne wydarzenia Burdena. Nie dziwi więc specjalnie, że akcja jest często poszatkowana i rozdziały związane ze wspomnieniami narratora przeplatają się z wydarzeniami dotyczącymi czasów jemu współczesnych (konkretnie końcówki lat 30-tych XX wieku). Jeśli natknęliście się już wcześniej na te pozycję, możecie mieć świadomość, że opisywana jest ona jako protoplasta House of Cards. Gówno prawda. Mam niewielkie pojęcie o czym traktuje serial, ale Gubernator, to nie tylko polityczne rozgrywki na szczycie władzy. Owszem, gdzieś tam w tle wiele rzeczy sprowadza się do polityki, ale w rzeczywistości jest to powieść obyczajowa, traktująca o losach człowieka, który ciągle mierzy się ze swoją przeszłością. Jakkolwiek ekscentrycznie by to nie brzmiało, trudno te zmagania Jacka z codziennością określić innymi słowami. Należy również podkreślić, iż tłumaczenie amerykańskiej wersji All King's Men na Gubernator ma jedną zasadnicza wadę. Pomija całą paletę niezwykle ciekawych postaci, z których każda ma swoje ideały, każda toczy własną walkę. Mamy więc skorumpowanego urzędnika Tiny'ego Duffy, niezwykle charakterystycznego Irlandczyka o przezwisku Cukiereczek (Ssie. W ramach dopowiedzenia - ssie bez przerwy kostki cukru), pomagającą Willowi Starkowi w prowadzeniu kampanii wyborczych Sadie Burke, szlachetnego sędziego Irwina, którego obsmarować będzie próbował właśnie Jack, czy urocze rodzeństwo Stantonów - Anne i Adama - symbol wszystkiego co dobre w dzieciństwie Burdena.

Mam ogromne trudności z oceną tej książki. Z jednej strony nie jest ona ani łatwa, ani przyjemna. I wcale nie oznacza to, że trudno skupić się na wydarzeniach, których ciąg jest bardzo logiczny i zrozumiały. Problem pojawia się w momencie, gdy zaczynamy analizować wypowiedzi naszego bohatera. Z całą pewnością lubi on koloryzować, opisywać emocje i skupiać się na sobie. I choć zwykle strasznie mnie to irytuje, to tym razem cynizm Burdena w jakiś dziwny sposób był dla mnie intrygujący i pozwolił przymknąć oko na rozwlekłe opisy swoich stanów emocjonalnych, swojej przeszłości, swoich relacji z innymi ludźmi - ba, nawet te elementy po pewnym czasie zaczęły mnie interesować. Podobał mi się także niesamowity klimat. Z jednej strony urzędy w których Will siadał ze szklanką whisky na skórzanym fotelu, z drugiej podróże samochodem przez nie do końca jeszcze asfaltowe amerykańskie bezdroża. Obrazowy język, którym Warren posługuje się w swojej powieści z całą pewnością spełnia swoje zadanie i momentami miałem wrażenie, że oglądam jakiś stary, czarno-biały dramat. Nieszablonowe zakończenie i niejednoznaczne przesłanie podbiły dla mnie ocenę tej książki.

Nie oznacza to jednak, że Gubernator nie ma wad. Przede wszystkim nie każdego on wciągnie. Przyczyną mogą być zarówno rozwlekłe opisy, rozdziały, których akcja oderwana jest zupełnie od głównego wątku, czy chociażby sama, okraszona dość mocno polityką tematyka. Gubernator jest książką dla nielicznych. Dla ludzi, którzy nie śpieszą się z lekturą, potrafią się skupić i odprężyć podróżując przez kilka stron z bohaterem prowadzącym swój myślowy monolog. Być może w innym momencie nawet ja nie byłbym nią zauroczony, ale trafiła w idealny czas i potrafiłem obdarzyć ją uwagą i odpowiednio docenić.

Moja ocena to: 7/10

Jeszcze słówko o tłumaczeniu. Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości Wiedźmy, której serdecznie dziękuję. Jakimś sposobem trafiła ona na edycję Państwowego Instytutu Wydawniczego z 1971 roku i pomyślała właśnie o mnie (czemu akurat trudno się dziwić). Jestem zachwycony tym, jak dawniej radzono sobie z problemem nieznajomości kultury Stanów Zjednoczonych. Po raz pierwszy ujrzałem bowiem "football" przetłumaczony jako "piłka nożna", zamiast "futbol amerykański", jak by z pewnością wypadało. Problem dość znaczny, bowiem jeden z bohaterów w ów futbol gra. Pomyślicie jednak, że z kontekstu powieści mógł się tłumacz domyślić, że coś jest nie tak? Ano mógł - szczególnie gdy rozgrywającego - quarterbacka - przetłumaczył na ćwierćbeka (przyznam, że miałem z tego całą bekę). Takie smaczki są czymś cudownym - przez chwilę czułem się jak obywatel PRL-u.


Kończąc chciałbym podzielić się z Wami cytatami w skromnej ilości dwóch, które szczególnie mnie urzekły (choć nie o błędy tłumacza chodzi):  

"Dopóki uważałem Lois za piękną, soczystą, miękką, wibrującą, słodko pachnącą, słodko oddychającą maszynkę do wzbudzania i zaspokajania pewnych apetytów (a z taką Lois się ożeniłem), wszystko było dobrze. Ale gdy tylko począłem uważać ją za człowieka zaczęły się kłopoty. Wszystko byłoby też może dobrze, gdyby w momencie dojrzewania Lois została tknięta niemotą. Wówczas nie oparłby jej się żaden mężczyzna. Ale Lois umiała mówić, a kiedy jakaś rzecz mówi, wcześniej czy później zaczynasz słuchać odgłosów, jakie wydaje, i nawet mimo wszelkich przeciwnych dowodów zaczynasz uważać to cos za człowieka" - Jack Burden o swojej byłej żonie - cóż za romantyk


"Ale kiedy zacząłem uświadamiać sobie, że odgłosy, które wydawała ustami, przypominają ludzką mowę i są czymś więcej niż prymitywnymi żądaniami jedzenia lub kopulacji, względem wyrazem zadowolenia z jednego czy drugiego, wytworzył się we mnie pewien opór, a w miarę jak wzmagał się nacisk na poprawienie mojego "zadbania", rósł także i ten opór (...) Kryzys przyszedł, kiedy wyglansowałem sobie but nowym krawatem" - Jak tu go nie polubić? :D     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz