czwartek, 6 sierpnia 2015

Brandon Sanderson - "Siewca Wojny"

To że jestem głupi i nie mam za grosz gustu nie jest już wyłącznie naiwną teorią. To powszechnie znany fakt, który jednakże nie stoi mi na przeszkodzie, w obnoszeniu się własną ignorancją. Warto również zaznaczyć, że czytam ostatnio bardzo mało fantastyki, więc nie jestem absolutnie kompetentny w recenzowaniu powieści z tego gatunku. Mając ten krótki wstęp za sobą powinniście już doskonale wiedzieć, że za grosz nie wolno mi ufać i właściwie cały tekst możecie z radością olać. Wiem jednak, że wielu z Was przejawia pewne skłonności masochizmu intelektualnego i przeczyta wszystko, co wygląda na w miarę sensownie złożone zdania. Dla Was moi drodzy wariaci powstały następne akapity.

Akcja powieści Sandersona toczy się wokół rywalizacji dwóch królestw - Idris oraz Hallandren. Po tzw. "Wielowojniu" pomiędzy oboma mocarstwami zapanował pełen napięcia pokój. Od konfliktu minęło już jednak ponad trzysta lat. Nie oznacza to oczywiście, że różnice ideologiczne, wyznaniowe, czy napięcia społeczne pomiędzy obywatelami przestały odgrywać znaczącą rolę w stosunkach międzynarodowych obu stron. Władca Idris posiadający dwie urodziwe córki swego czasu stwierdził, że kiedy te dorosną, najstarsza zostanie żoną Króla-Boga Hallandren. Decyzję tę podjął oczywiście, by utrzymać utworzony po "Wielowojniu" status quo. Vivienne, bo tak laseczce na imię, poświęca więc swoje życie na studiowaniu historii i dworskiej etykiety, co bardzo jej odpowiada (bo jest dziwna). Druga córka króla Idris, roztrzepana Siri, ma zaś zająć się nic nierobieniem. Niestety, tak niezwykle atrakcyjna perspektywa zostaje zaprzepaszczona przez serię nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, które to Siri wynoszą na tron Hallandren, a Vivienne pozostawiają u boku ojca. Vivienne okazuje się jednak niezbyt rozgarniętą amebą i wyrusza z uśmiechem na swoich królewskich ustach, by uratować Siri z rąk "tyrana". Problemy pojawiają się w momencie, gdy okazuje się, że Vivienne na niczym się nie zna i nic nie potrafi.

Tłem tych wydarzeń są również działania zaskakująco sprawnej grupy najemników, dyskusje bogów Hallandren prowadzone z niezwykłym humorem, tajemniczy wojownik z gadającym mieczem, kontrolowanie przedmiotów za pomocą kolorów, czy polityka kapłanów mająca doprowadzić do pełnej kontroli nad królem-bogiem. Wydawać by się mogło, że akcja będzie pędziła na łeb na szyję, ale marzenia te zostały błyskawicznie zweryfikowane przez rzeczywistość.

Jak może wiecie męczyłem się z tą książką okrutnie. Zacząłem ją czytać jakieś pół roku temu i ciągle odkładałem jej dokończenie. Nie wiedziałem jednakże jak wyrazić co tak bardzo przeszkadza mi w lekturze. Wydawało się bowiem, że jest to pozycja ze wszech miar solidna - nieźle poprowadzone, ciekawe i pełne humoru dialogi, nieprzewidywalna i przewrotna fabuła, charakterystyczne i interesujące postaci, mnóstwo innowacyjnych pomysłów wplecionych w akcję powieści - czego chcieć więcej?

Po skończeniu "Siewcy Wojny" muszę przyznać, że jest to bardzo nierówna pozycja. Z jednej strony masa fajnych pomysłów z czasem zaczyna przytłaczać, głównie ze względu na liczne opisy wyjaśniające nam konstrukcję świata, które to nie wnoszą absolutnie niczego interesującego do rozgrywających się wydarzeń. Podobnie rzecz ma się z jałowymi dyskusjami na dworze bogów, które, szczególnie w pierwszej części książki, dotyczą wyłącznie ich codziennej egzystencji i prognoz dotyczących przyszłego konfliktu. Znów są to fragmenty, w których nie dzieje się nic istotnego. Leniwą akcję potęguje dodatkowo fakt, że fantastykę kojarzyłem głównie z epickimi podróżami w stylu "Władcy Pierścienia", natomiast "Siewca Wojny" zdecydowanie stawia na środowisko miejskie, które ze względu na swój charakter nie jest ani zbyt malownicze, ani tak fantazjogenne jak otwarte tereny.

Książka okazała się więc niezłą pozycją, która mnie ciągle od siebie odrzucała. Przyznam, że w większości po prostu się nudziłem, ale monotonię przerywały też bardzo ciekawe i niejednokrotnie zabawne fragmenty podwyższające poziom tej opowieści. Zastrzeżenie mam także do samego zakończenia. Powolna dotąd akcją przyśpiesza bowiem tak gwałtownie, że na ostatnich stronach wręcz trudno połapać się co takiego nastąpiło i dlaczego. Odniosłem niejasne wrażenie, że autor miał już pomysł na inną historię, dlatego chcąc zamknąć wszystkie wątki, skondensował zakończenie do zaskakująco nieproporcjonalnych rozmiarów. Mówiąc krótko: zrobił zakończenie na odpierdol.

Podsumowując: jest to bardzo dobra powieść fantasy dla ludzi nieprzepadających za seriami książkowymi. Nie jest to jednakże pozycja idealna i nieposiadająca wad. Nie poleciłbym jej z czystym sercem żadnemu z Was (bo Was szanuję, huehuehue), ale jeśli jakiś fragment tej recenzji wydał wam się interesujący - próbujcie śmiało. Może Wam spodoba się bardziej. Istnieje ogromna szansa, że tak właśnie będzie, ponieważ książka odbierana jest bardzo dobrze przez czytelniczą społeczność, o czym między innymi świadczą oceny na portalach czytelniczych. A ja się nie znam.


Moja ocena to: 5.5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz