niedziela, 23 sierpnia 2015

Marcin Mortka - "Dom pod pękniętym niebem"

Gdybyście mieli jakieś wątpliwości co do monotematyczności czytanych przeze mnie książek - oto jest - Dom pod pękniętym niebem Marcina Mortki, czyli pierwsza od czasów Harry'ego Pottera powieść młodzieżowa jaką przeczytałem. Można więc z łatwością zauważyć, iż specyfika tego konkretnego gatunku, wszelkie jego cechy charakterystyczne i motywy przewodnie, to niemalże mój konik. Chcąc być kompletnie szczerym i nawiązując do przepełnionego ironią zdania poprzedniego, już na wstępie pragnę zakomunikować, że opinia ta zawierała będzie raczej stereotypowe spojrzenie na tzw. młodzieżówki i właśnie do takiego postaram się nawiązywać.

Pamiętacie pewnego sympatycznego wodza Galów, któremu sen z powiek spędzało niebezpieczeństwo nieba spadającego na głowę? Otóż wizja ta w pewien sposób urzeczywistnia się w powieści Mortki. Historia przedstawiona przez polskiego pisarza, to obraz apokalipsy, w dość oryginalnym wydaniu. Tym razem koniec świata zastaje grupkę młodych szczyli podczas campingu w lesie. Z jednej strony mają oni ogromne szczęście, bowiem unikają przemiany w bardzo złe stwory, z drugiej pozostają jednymi z nielicznych ludzi niezmienionych w bardzo złe stwory, co stanowi raczej pechowy element w ich życiorysach. Co ciekawe przemiany zaszłe na naszej planecie nie pozostały bez wpływu na tych, którzy zdołali zachować swoje człowieczeństwo. Zostali oni bowiem obdarzeni charakterystycznymi mocami, które wypływać miały ponoć z wszelkich ich pragnień i dążeń. I tak np. nieśmiały chłopaczek, którego każdy wkurwiał mógł stawać się niewidzialny, dziewczyna, która we wszystko musiała się wtrącać, posiadła umiejętność wpływania na zachowania przemienionych stworów, a ziomek, który przepadał za hodowlą pewnego cudownego zioła, posiadł zdolność rozpoznawania i przetwarzania darów natury. I tak, fabuła jest dokładnie tak głupia jak to brzmi podczas czytania tego opisu.

Do tego dostajemy strasznie irytujących bohaterów. Ich główną motywacją jest to, by dopierdolić komuś innemu. Nawet w czasie gdy przed katastrofą siedzą wspólnie przy ognisku widać, że będziemy mieli do czynienia z grupką niedojrzałych, przemądrzałych, strasznie irytujących i egoistycznych gówniarzy. Niech sam fakt, że najsympatyczniejszymi postaciami wydają się Ci, którzy praktycznie nie uczestniczą w żadnych dialogach, mówi sam za siebie. Nawet główna bohaterka, Heather, która co kilka stron musi nam przypomnieć o tym jak dobrze się uczyła w czasach przed katastrofą sprawia, że chęć mordu zaczyna dochodzić do głosu bardziej, niż przyjemność z czytania. Cóż, w kwestii kreacji postaci liczę na zachodzące w następnych dwóch częściach zmiany (tak, czytam też część drugą).

Akcja jest już jednak znacznie lepsza. Widać, że Mortka chwytał się niejednokrotnie motywów znanych z kina akcji. Dramatyczne strzelaniny, wizyty w opuszczonych sklepach, czy pościgi po leśnych bezdrożach (właściwie to po drogach, bo na bezdrożach nie powinno być dróg, a tu są :)), okazały się dość dynamiczne i przyjemnie się o nich czyta. Odpowiadał mi także styl Mortki, który pisze bardzo przyjemnie, choć prosto. Dialogi są mało skomplikowane, kwestie uczuciowe naszych bohaterów, które są przecież nieodłącznym elementem młodzieżówek, okazały się wystarczająco okrojone, by się przez nie przedrzeć, a motywacje bohaterów na tyle uproszczone, by czytelnik nie musiał co chwilę czytać jak każdy kolejno rozpacza np. nad utratą rodziców. Wiem, że niektórzy nie będą w stanie docenić tak okrojonej warstwy emocjonalnej, ale ja byłem za to autorowi bardzo wdzięczny.

Choć Dom pod pękniętym niebem nie miał być horrorem, to pewne elementy znane z tego gatunku także się pojawiły. Wyraźnie można zaobserwować próbę stworzenia atmosfery osaczenia z którą muszą radzić sobie nasi bohaterowie. Byłoby to o wiele łatwiejsze, gdyby nie tak absurdalnie wykreowane potwory, jak ludzie-topielce, ludzie-goryle, czy moi absolutni faworyci: ludzie-gazele i ludzie-grzyby. W pewnych momentach naprawdę nie wiedziałem, czy autor chciał mnie zaniepokoić, czy rozśmieszyć.

I mimo tych wszystkich wad, mimo wszechobecnej prostoty i licznych mniejszych i większych głupot, które znalazły się w tej książce, coś sprawiło, że czytało mi się ją bardzo dobrze. Gdy po kilku stronach wyłączyłem myślenie i zacząłem po prostu bawić się lekturą, Dom pod pękniętym niebem sprawiał dziwną, wręcz grzeszna satysfakcję. I mimo że nie jestem głównym odbiorcą, do którego książka ta miała trafić, nie jestem w stanie wystawić jej niskiej noty, ponieważ moim zdaniem była to naprawdę niezła, odprężająca opowieść. Zdecydowanie zachęciła mnie ona do poznania poważniejszej twórczości Marcina Mortki.


Moja ocena to: 6/10     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz