piątek, 28 sierpnia 2015

Marcin Mortka - "Droga pod pękniętym niebem"

Ot, niedawno  pisałem o pierwszej części młodzieżowego cyklu Marcina Mortki, a dziś przychodzi mi czynić to po raz kolejny. I nie macie nawet pojęcia jak bardzo jestem zawiedziony. Początkowo planowałem całkowicie odpuścić sobie ten tekst, ale frustracja którą odczuwam jest znacznie silniejsza od mojego postanowienia.

Otóż, jeśli nie pamiętacie o czym było ostatnio, to przypominam - książka traktuje o apokalipsie, gówniarzach którzy ją przeżyli i durnych stworach, w których przeistoczyła się cała reszta ziemskiej populacji. Można śmiało powiedzieć, że jest to koncept horroru przeniesiony na grunt powieści młodzieżowej. Pierwsza część posiadała cholernie dużo wad, ale była dość spójna i czytało się ją nawet przyjemnie. Droga pod pękniętym niebem okazała się jednak całkowicie nie trafiać w mój gust.

Tym razem zacznę od jej głównych zalet. Po pierwsze mistrzowskie (po raz kolejny) wydanie. Fajne grafiki wewnątrz i świetna okładka. Co do samej treści spodobało mi się rozsądne potraktowanie wątków romantycznych, których jak na ten gatunek jest naprawdę niewiele, a jeśli już, to dozowane dość rozsądnie. Ale przecież nie po to się tu zebraliśmy moi drodzy - przejdźmy do wad.

Pamiętacie może jak niecały tydzień temu narzekałem na przemądrzałą główną bohaterką Heather? Pomyślałem sobie jednak - nie no, w drugiej części będzie przecież sporo o wiele ciekawszych postaci - będzie Nolan, Casey, Max - ludzie którzy okazali się całkiem dobrze sprawdzać w pierwszej odsłonie. Ale nie - cała historia opisuje jakąś bezsensowną podróż w którą rusza ta zarozumiała cipa. I chcąc nie chcąc trzeba czytać o tych jej durnych myślach, o tym jak dobrze się uczyła, jak twarda się stała, jak potrafi wpływać na decyzje innych. Tyle że to nawet nie jest opinia otoczenia - to ona sama tak o sobie myśli. Ależ mnie to wpieniało.

Ale przecież nie oceniasz tak nisko powieści tylko przez bohaterkę, która Ci nie odpowiada powiecie. I macie świętą rację. Monotonia tej książki bije po oczach nawet mnie (a wzrok mam dość słaby). I wiem, że jest to dość zaskakujące w obliczu pędzącej akcji, ale takie są fakty. Schemat jest dość oczywisty - Heather podróżuje, wpada w kłopoty, spotyka ludzi, wpada w kłopoty, spotyka odmienionych. A wiecie co się dzieje później? Znów spotyka odmienionych, wpada w kłopoty, spotyka kogoś przyjaźnie nastawionego itd. Non stop. I nie próbujcie mi wciskać kitu, że ta schematyczność to charakterystyczny element powieści drogi. Po pierwsze szczerze wątpię, a po drugie nie znam żadnej powieści drogi, w której autor tak swobodnie szafowałbym przeróżnymi dziwnymi wydarzeniami, czy to by wpędzić bohatera w kłopoty, czy żeby go z nich wyciągnąć. Wydaje mi się, że autor szedł tutaj po najmniejszej linii oporu, ponieważ ciąg wydarzeń przypominał mi raczej jakąś kiepską, liniową grę komputerową, a nie porządną powieść.

W dodatku zaskoczyło mnie jak idiotyczna motywacja towarzyszy naszej kochanej bohaterce. I tu będą spojlery, także uważajcie jeśli jeszcze nie czytaliście tej książki, a macie zamiar. Wiem że nie grzeszę jakimś wybitnym IQ, ale za cholerę nie rozumiem rozwiązań na które zdecydowała się w kluczowym momencie Heather. Otóż mamy przed sobą taką sytuację: Rada Ocalenia Ziemi znalazła sposób, by konwertować odmienionych w ludzi. To znaczy zmieniać ich fizycznie, ponieważ psychika takich istot wciąż jest czystą kartą czekającą na zapisanie. Jedyną osobą, która byłaby w stanie przywrócić tym istotom człowieczeństwo jest Heather (wiemy o tym, ponieważ raz udaje jej się dokonać tego czynu). Jedynym logicznym rozwiązaniem byłaby wiec pełna współpraca Heather z Radą, by w jak największym możliwym stopniu zniwelować skutki zaistniałej tragedii. Heather decyduje się jednak, że jej zadaniem będzie zniszczenie rady, bo na jej czele stoi zły pan, a sama Rada z pewnością zechce przejąć władzę nad Ziemią. Zajebiste wytłumaczenie w obliczu faktu, że prawie nie ma już nad kim sprawować władzy. No ale dobra, załóżmy że nasza bohaterka nie jest po prostu w stanie zmusić się do współpracy z Radą z przyczyn personalnych. Dlaczego więc wciąż powtarza, że chce uratować Ziemię? No kurwa, przecież właśnie ma okazję zrobić cos pożytecznego i zamiast tego sabotuje wszystkie wysiłki związane z odbudową ludzkości. Bardzo ładnie z Twojej strony Heather - bardzo ładnie.

Nie zmuszę się do czytania ostatniej części. W przeciwieństwie do Domu pod pękniętym niebem wszystko tutaj wydawało mi się nie tylko schematyczne, ale bardzo często także idiotyczne. Supermoce bohaterów raz działają, innym razem nie, Rada ma człowieka, którego zdolnością jest odnajdywanie ludzi, ale wysyłają za naszymi uciekinierami drona, pies towarzyszący bohaterce znika, a odnajduje się jakieś 40 mil dalej - wiem, że to jest powieść młodzieżowa, ale chociaż jakaś odrobina logiki byłaby w niej na miejscu. Czy jednak nie?

Podsumowując - jestem rozczarowany. Liczyłem, ze Mortka rozwinie tę historię w coś niesamowitego. A dostałem książkę przynajmniej o połowę gorszą i bardziej nużącą niż część pierwsza. Nie mam zamiaru rezygnować z wszystkich książek tego autora, ale do żadnego cyklu młodzieżowego z całą pewnością już nie powrócę.


Moja ocena to: 3/10 (plus specjalny znaczek zażenowania)

Ps. I gdzie są ludzie - grzyby do cholery? Naprawdę na nich liczyłem ;(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz