środa, 19 sierpnia 2015

Stephen King, Peter Straub - "Czarny Dom"

Dziobak to niezmiernie ciekawe stworzenie. Ssak zamieszkujący wschodnią część Australii, charakteryzujący się nieprzeciętnym dla swojej gromady zwyczajem składania jaj oraz posiadaniem dużego, gumowatego dzioba, na grzbiecie którego umieszczone są nozdrza, stanowi niezmiernie ważny obiekt badań biologii ewolucyjnej. Co to ma wspólnego z Czarnym Domem Stephena Kinga? Kurwa, kompletnie nic, ale cieszę się, że zwróciłem Waszą uwagę.

Właściwie już na starcie chciałbym zaznaczyć, że trochę pokpiłem sprawę. Zamiast zabrać się za pierwszą część cyklu z Jackiem Sawyerem (Talizman), rozpocząłem od drugiego tomu jego przygód. Nie obwiniajcie mnie jednak - jestem tylko mężczyzną, a jak wiadomo jesteśmy istotami niedoskonałymi z natury. Otrzyjcie więc rzewne łzy, które w tym momencie pociekły Wam po policzkach - uspokajam - Czarny Dom z powodzeniem da się czytać bez znajomości części poprzedniej.

Jack Sawyer jest już dużym chłopcem. Swe dorosłe życie poświęcił wykonując jeden z najbardziej niewdzięcznych zawodów świata (zaraz po woźnej w szkole i ochroniarzu w Biedronce) - Jack został detektywem. Ale nie byle jakim detektywem - został zajebistym detektywem. I to w sumie dobrze, bo jego przeciwnik, inspirujący się nawykami żywieniowymi znanego dietetyka Alberta Fisha, też nie należy do najmilszych. Czarny Dom nie jest jednak klasycznym starciem dwóch wielkich osobowości - to raczej tylko tło dla wydarzeń rozgrywających się w światach pełnych magii, mroku i trupów. Ba, w tle usłyszymy nawet o Rolandzie i Mrocznej Wieży, co fani Mistrza pewnie dość szybko skojarzą.

Fabuła ciągnie się przez ponad 700 stron. Przy czym słowo "ciągnie" nie zostało użyte przypadkowo. Ja wiem, że King ma tendencję do przydługich wstępów. Średnio zajmuje mu to jakieś 200 stron, po czym akcja zwykle przyspiesza i zaczyna wciągać. Mistrz napisał jednak Czarny Dom razem z Peterem Straubem, więc zgodnie z wszelkimi zasadami logiki samo wprowadzenie zajmuje tu jakieś 400 stron. Możecie się domyślić, że przebijanie sie przez kolejne linijki tekstu sprawiało, że byłem w siódmym niebie, raz po raz przeżywając kolejne dialogi, dziwne sny Jacka, czy opisy podróży samochodem - bawiłem się jak nutria.

Na szczęście samo zakończenie było już bardziej dynamiczne. Ba, nawet te monotonne fragmenty zbudowały wokół bohaterów charakterystyczną otoczkę, która sprawiła, że rzeczywiście czułem do nich sympatię. Mogę przyznać, że jest to także jeden z nielicznych przypadków, gdy King zaskakuje mnie w zakończeniu. Finał jest nie tylko ciekawy, ale też nieprzewidywalny i pasujący do mrocznej atmosfery tej historii.

Cóż mogę powiedzieć - dawno nie czytałem tak... średniej książki. Mimo tego, że miała zarówno lepsze jak i gorsze fragmenty, końcowy bilans wskazuje na kompletnego średniaka. Jeśli odnajdujecie się w klimatach dark fantasy, podnieca Was samo brzmienie kingowego nazwiska, albo lubicie jeść małe dzieci - jak najbardziej polecam. Wiem jednak, że podobni zboczeńcy nie występują powszechnie wśród moich czytelników, dlatego z czystym sercem mogę tym razem napisać - a róbcie sobie co chcecie - gówno mnie to obchodzi. Jeśli ją odpuścicie, to świat się nie zawali, jeśli postanowiliście przeczytać wszystkie książki Kinga, to momentami pewnie będziecie się nawet fajnie bawili. Momentami.


Moja ocena to: 5/10    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz