czwartek, 24 września 2015

Kate Wilhelm - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

Cholera, nie wiem jak zacząć ten tekst. Dramatycznie brakuje mi kreatywności. Czuję się jakbym naśladował wszystkie swoje poprzednie wstępy. Jakbym je klonował. Zaraz, chwilkę, klonował? Cieszę się, że o tym wspomnieliście (wiem, to ja o tym wspomniałem, ale nie będę przecież sam brał odpowiedzialności za to co piszę), bowiem motywem dzisiaj opisywanej powieści jest właśnie klonowanie.

Gdzie dawniej śpiewał ptak napisała kobieta. Miejcie to na względzie, gdy za jakiś czas będzie Was kusiło, by napisać, że mam jakieś uprzedzenia względem autorek, że jestem szowinistą, świnią i ogólnie kij mi w oko. Otóż wielu, bardzo wielu autorów powieści dystopijnych mogłoby się od pani Kasi uczyć. Jej książka jest być może dość prosta, oparta na znanych nam i współcześnie stosunkowo popularnych tematach, ale wciąż nie zmienia to jednego, zasadniczego faktu - jest zajebista!

Dystopia jak to dystopia - rozpoczyna się od końca świata. Nie jest to może proces błyskawiczny, ale dla pewnej grupki naukowców i ich rodzin z pewnością zauważalny. Zmiany pogodowe, rozwój broni jądrowej i zmniejszająca się z dnia na dzień płodność kobiet sprawia, że ludzka populacja zaczyna wymierać w tempie geometrycznym (nie wiem jakie to tempo, ale chyba ma coś wspólnego z tym, że życie toczy się kołem, a faceci lubią trójkąciki - zawsze byłem słaby z matmy). Naukowcy chronią się więc w bazie położonej wśród górskich szczytów i zaczynają organizować sobie życie na własną rękę. Odpowiedzią na spadającą płodność staje się według nich klonowanie ludzi.

Pierwsza część książki jest dość mroczna. Skupia się na pokonywaniu  trudności badawczych przez grupę naukowców pod kierownictwem Davida - najbystrzejszego z nich. Na szczęście udaje się nie tylko rozpocząć klonowanie na dość dużą skalę, ale również zachować płodność wśród klonów. Niestety szybko okazuje się, że klony są dość leniwe i one się jebać nie będą (dosłownie i w przenośni) - najpierw przejmują władzę w ośrodku, a następnie skupiają się na rozwoju procesu klonowania do tego stopnia, by ich społeczeństwo stało się jak najbardziej jednolite. Dwie kolejne części książki opisują perypetie bohaterów próbujących zademonstrować swoją indywidualność i potrzebę jej okazywania w dużej grupie. I to jest właściwie kwintesencja tej powieści oraz jej najlepsza część.

Muszę przyznać, że książka ta dostarcza bardzo dużo różnych emocji i pozwala spojrzeć na społeczeństwo pod zupełnie innym kątem. Jest być może dość prosta, ale ciekawie skonstruowana i przede wszystkim niesie ze sobą oczywiste przesłanie. Przez cały czas miałem świadomość, że autorce o coś chodzi, że historia każdego z trzech bohaterów dokądś prowadzi i jest "na miejscu". Absolutnie nie mogę przyczepić się także do stylu. Nie jestem fanem masywnych, enigmatycznych opisów, więc ich budowanie na modłę przypominającą stare książki przygodowe bardzo mi odpowiadało. Nie będziemy tu czytali pierdół o firankach, o tym jak wygląda każda kolejna cegła budynku, ale raczej o tym, że kra na rzece utrudniała poruszanie się bohaterowi, że śnieg padał już od kilku dni, że szum klonowych liści uspokajał naszego protagonistą - tak właśnie powinny być budowane dobre opisy. Wydają się one nie tylko bardzo obrazowe, ale i o wiele pragmatyczniejsze, niż pieprzenie o tym kto gdzie postawił kwiatki na stole. Choć nie jestem fanem przedstawiania szczegółów technologicznych, to całkiem nieźle wytłumaczono także sam proces klonowania i przeciętny czytelnik, a nawet taki idiota jak ja, jest w stanie połapać się o co w tym wszystkim chodzi. Prawdopodobnie zmieniłbym samo zakończenie, dające tutaj odrobinę nadziei, chociaż to istniejące także wpisywało się dość dobrze w klimat powieści i jest to wyłącznie moja osobista preferencja wynikająca z umiłowania  do każdej kropli pesymizmu w finałowych scenach.

Nie znalazłem za to zbyt wiele wad. Ba, jeśli uznać prawo autorki do posiadania własnej koncepcji, to w książce tej wszystko gra, a konstrukcja świata wykazuje stosunkowo dużą konsekwencję. Oczywiście brakowało mi odrobinę tej mrocznej, niebezpiecznej i krwawej strony rzeczywistości dystopijnej, ale widocznie nie taki obraz zamierzała stworzyć pani Wilhelm, więc trudno mieć o to do niej większe pretensje. Nie jest może tak, że na każdym kroku czekają na bohaterów zmutowane potwory, które porozdzierają im brzuchy i zjedzą serca, ale nie jest też przesadnie słodko, więc myślę, że sporo osób byłoby w stanie całkowicie zaakceptować tak nakreślone realia.   

Podsumowując: brakowało mi dobrej fantastyki z wyrazistym, mocnym przesłaniem, a taką właśnie zaserwowała mi Kate Wilhelm. I zrobiła to niemal czterdzieści lat temu. Książka jednakże nie straciła nic ze swej aktualności. Ba, w społeczeństwie mentalnych klonów zyskała być może jeszcze więcej. Za to należą się autorce ogromne brawa.


Moja ocena to: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz