piątek, 30 października 2015

Phantasm, Mordercze Kuleczki (1979)

Nie ukrywam, że przygotowując się do seansu Phantasm, liczyłem na ogromny potencjał komediowy kryjący się w tłumaczeniu tytułu na nasz piękny, dźwięczny, dający ogromne możliwości lingwistyczne język polski. Jakie bowiem pokłady kreatywności muszą znajdować się w kraju nad Wisłą, by z tak banalnego tytułu, stworzyć coś tak zagadkowego, tak przepełnionego emocjami, wręcz ociekającego grozą jak... Mordercze Kuleczki? I wiem co teraz myślicie: że będzie to historia mordującego niewinnych ludzi stołu do pinballa, opowieść o dzieciach zaginionych w figloraju, czy chociażby niecodzienne przygody aktora filmów porno. Niestety muszę Was zawieść - Phantasm, to tylko horror klasy B. Powiem więcej - to sztandarowy przykład horroru klasy B, w którym na szczęście nie zabrakło szczypty kreatywności.

Nie będę nawet zdradzał fabuły, bowiem ta nie jest do końca jasna nawet dla mnie (w końcu seria ta liczy sobie cztery części, a ja obejrzałem dopiero pierwszą). Opowieść jest bardzo enigmatyczna i abstrakcyjna. Wystarczy jednak szybki przegląd antagonistów, by wiedzieć mniej więcej czego spodziewać się po tym filmie. Na pierwszy ogień idzie główny przeciwnik naszych bohaterów - Tall Man. Przodek Slendera jest jednocześnie najlepiej wykreowaną postacią w tej produkcji. Gruby, gardłowy głos, blada, trupia cera, wzrost antybohatera podkreślany nieustannie odpowiednim ruchem kamery - wszystko to sprawia, że Tall Man potrafi niepokoić. Do tego zobaczymy również tak powszechne elementy każdego horroru jak karły-zombie, czy latające, mordercze kulki, ale akurat to nie powinno nikogo dziwić.

Zacznijmy od rzeczy kluczowej, która z pewnością wszystkich interesuje najbardziej. Tak, są cycki. Zasadność ich pokazywania jak przystało na ten rodzaj filmów wynosi w przybliżeniu zero. Cyckometr zatrzymał się na dwóch sztukach, pokazanych dwukrotnie, co w przeliczaniu daje jeden cycek na dwadzieścia dwie i pół minuty filmu. Ich jakość oceniam na dobry, może dobry z plusem. Skoro sprawy najważniejsze są już za nami przejdźmy do innych zalet.

Jak już wspomniałem imponuje kreatywność reżysera. Mamy tu odrobinę grozy, przyzwoite lokacje, od czasu do czasu solidne, nawet nieirytujące jump scares, bardzo dobrą muzykę, która pozwala poczuć klimacik horrorów z końca lat 70-tych oraz sporo elementów, które obecnie sprawiają, że widz może zdechnąć ze śmiechu. Z całą pewnością zewsząd czuć ogromny luz jaki towarzyszył producentom Phantasma i trzeba podkreślić, że podejście to w sposób wymierny przekłada się na przyjemność z jaką ogląda się ten film.

Jak przystało na horrory tego rodzaju, wadami są: fatalne aktorstwo (serio - niektóre dialogi prowadzone przez postaci znajdujące się w śmiertelnym niebezpieczeństwie sprawiały, że sikałem ze śmiechu po nogawkach żart, tak naprawdę oglądałem ten film na golasa.), zakręcona jak rogi muflona fabuła oraz budzące dziś już tylko uśmiech politowania efekty specjalne (tak, wiem, że budżet tego filmu ledwo wystarczył na kupienie papieru toaletowego dla załogi, ale samochód wybuchający po uderzeniu w drzewo można było sobie darować). Ponadto nie jest to produkcja dla ludzi z ADHD, którym poleciłbym raczej inne ciekawe rzeczy (np. eutanazję).      

Podsumowując: po pierwsze jest to klasyka horroru (a że Słowacki wielkim poetą był, to Phantasma też szanuj) z fajnym antagonistą. Po drugie - dostajemy i coś do śmichu (nie wiem czy był to efekt zamierzony, ale lubię sądzić, że tak) i coś do strachu (odrobinkę). Po trzecie - mimo ogromnej enigmatyczności fabuły jest w tym horrorze coś, co każe przy nim siedzieć do końca (chyba że ktoś ma robaki w dupie - wtedy nie). Osobiście jestem bardzo zadowolony z seansu, choć równocześnie mam świadomość, że w wielu kluczowych kwestiach film ten jest niesamowicie słaby i nieporadny. Mimo wszystko:


Moja ocena to: 7/10 (bo miłość do gatunku)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz