środa, 25 listopada 2015

Trójkącik z literaturą, czyli ja sam i one dwie.

Dzisiaj postanowiłem polecieć na dwa baty. Zanim jednak mnie ocenicie chciałbym w tym miejscu doprecyzować, że chodzi mi o krótki opis dwóch książek, które w ostatnim czasie przeczytałem. Nie szarpałem się z pisaniem oddzielnych opinii, ponieważ mam świadomość, że byłyby one cholernie nudne, kompletnie bez polotu i zbylibyście to albo kompletnie nieeleganckim wzruszeniem ramion, albo równie nieeleganckim, ale przynajmniej szczerym "mam to w dupie" rzuconym pod nosem. Nie zrozumcie mnie źle - nie twierdzę, że teraz te opinie będą ciekawsze, ale przynajmniej postaram się pisać krótko - podziękowania proszę przesyłać drogą  mailową lub przelewać je bezpośrednio na konto.

1. Jean Raspail - "Ja, Antoni de Tounens, król Patagonii"

Zacznijmy od tego, że jakkolwiek historia ta jest szalenie nieprawdopodobna, to wydarzyła się naprawdę. Pewien rolnik z Francji pomyślał sobie w XIX wieku - "kurwa, ja to bym se mógł zostać królem, byłbym dobrym królem". Podziw wzbudza konsekwencja jaką wykazał w realizowaniu tego marzenia. Najpierw zdobył wykształcenie prawnicze oraz zdołał odnieść względny sukces w swoim zawodzie. Następnie złapał mapę i znalazł region na który wciąż nie rozciągała się realna władza państwowa, czyli Patagonię - południowy obszar Chile i Argentyny o który wówczas realizowały plemiona tubylcze i władze z Santiago. I skurkowaniec tam popłynął. Pożyczył hajsy od brata, wsiadł na łódź i popłynął do Ameryki Południowej. Trudno powiedzieć, żeby jego mrzonki przyniosły mu znaczne sukcesy. Rozjebał wszystkie pieniądze, narobił zamieszania, ba, wylądował nawet w więzieniu za próby wszczęcia rozruchów. Trzeba mu jednak przyznać, że zdołał chociaż spotkać się z plemionami nad którymi miał zamiar władać. Obiecał im złote góry, posiedział kilka dni na całkiem fajnym melanżu, a później o mały włos nie stracił głowy z rąk własnego ludu. I wiecie co? To nawet nie jest spojler, ponieważ historia ta wydarzyła się naprawdę i można o niej poczytać na necie. Co więcej dynastia władców Patagonii trwa po dziś dzień i rości sobie prawa do tego obszaru! Muszę przyznać, że troszkę wzruszyła mnie ta historia, choć ma swoje wady - szalenie dziwny bohater, którego nie każdy polubi oraz sporo momentów przestoju. Mimo wszystko chyba polecam.

2. Bill Bryson - "Zapiski z małej wyspy"


Kolejne spotkanie z Billem Brysonem - człowiekiem którego poczucie humoru i żarty sytuacyjne bardzo mocno do mnie trafiają. Sama książka to tym razem reportaż z podróży po Wielkiej Brytanii. Zaczęło się nawet fajnie - dowcipy przy których śmiałem się jak debil (to bardzo zaskakujące, ale tylko tak potrafię się śmiać), wciągające opisy, interesujące miejsca, ale... No właśnie, zawsze jest jakieś "ale". Ta książka zwyczajnie nie potrafi utrzymać przy sobie czytelnika. Bryson jeździ z miejsca w miejsce i ciągle posługuje się tym samym schematem opisów swoich odwiedzin. Trochę o architekturze, trochę o żarciu, do tego jakiś opis hotelu, czy środków komunikacji. Takie podejście sprawia, że jeśli sami nie podróżujemy po Wielkiej Brytanii trzymając tę książkę na kolanach, to za cholerę nie zauważymy znaczących różnic między południem i północą, nie mówiąc już o symbolicznych tylko różnicach pomiędzy poszczególnymi miastami. Tym razem Bryson nie zachęcił mnie do podróży po tym kraju - nawet jeśli miałbym czas, kasę i motywację - a trzeba przyznać, że są to dość deficytowe towary. Czy polecam? Na pewno nie jako pierwsze spotkanie z tym autorem. To trochę takie "Stukostrachy" w wydaniu Brysona - niby wszystko po staremu, ale mimo wszystko czuje się, że jakaś nieczysta siła srała autorowi do kałamarza. Za to Ci którzy darzą Billa ogromną sympatią, tak jak ja, powinni znać także tę książkę. W ogólnym rozrachunku wciąż jest niezła. Ale tylko niezła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz