piątek, 11 grudnia 2015

Matthew Dunn - "Tropiciel Szpiegów"

Dawno nie czytałem porządnej książki szpiegowskiej. I nie chodzi mi wcale o ultrarealistyczną, monumentalną powieść o działaniach różnych agencji wywiadowczych, ale zwyczajną, pełną krwi, pościgów i strzelanin czysto rozrywkową pozycję. Tropiciel Szpiegów Matthew Dunna, byłego agenta wywiadu (ponoć), miał spełnić moje niesamowicie proste marzenie.

Poznajcie Willa Cochrane'a - agenta brytyjskiej MI6. Will jest twardy jak cholera. Nie tylko radzi sobie z każdym postrzałem w dwa dni (tak, nawet w głowę), ale na śniadanie je pożywne kamienie i popija lawą. Will jest taki twardy, że kiedy się uśmiecha, wrogowie ze strachu rzucają broń i robią w portki (w dowolnej kolejności), kiedy wsiada do auta, inni kierowcy zjeżdżają na pobocze, a kiedy spotyka kobiety, te rzucają się na niego, by znaleźć rozkosz w ramionach silnego mężczyzny (wszystkie od dwunastego do osiemdziesiątego piątego roku życia). Krótko mówiąc Will jest badassem i nawet na chwilę nie pozwoli nam zapomnieć o tym fakcie. Poza tym jest też irański terrorysta, zamach bombowy i seksowna kobieta, czyli elementy, które każda szanująca się książka sensacyjna mieć powinna.

Zaletami są niewątpliwie ciekawie przedstawione realia pracy szpiega. Will nie działa tutaj sam. Na każdym kroku towarzyszy mu wyspecjalizowana drużyna złożona z równie niebezpiecznych i groźnie marszczących brwi agentów. Jest też wredne i stawiające kontrowersyjne zadania szefostwo, spora ilość różnorakiego uzbrojenia oraz liczne opisy poszczególnych służb specjalnych i organizacji bezpieczeństwa, działających na całym świecie. I to jest całkiem fajne, ponieważ gdyby książka była pozbawiona wad, wkręcenie się w taki świat, stanowiłoby dość łatwe zadanie. Początkowo sądziłem, że do zalet zaliczę także pędzącą akcję, która przez większość książki nie pozwalała oderwać się od lektury. Niestety rzeczywistość zweryfikowała ten pogląd, więc nie przedłużając przejdę do wad.

A tych jest kilka - a nawet trochę więcej. Przede wszystkim wkurzały mnie dialogi. Praktycznie przy każdej rozmowie powtarzałem sobie, że ludzie tak się nie komunikują do jasnej cholery. Nikt nie powtarza w co drugim zdaniu imienia swojego rozmówcy, ani nie streszcza mu informacji, o których ten przecież doskonale wie. Konwersacje były tak cholernie sztuczne, że nie mogłem uwierzyć w fakt, iż autor tej książki (albo tłumacz - ciężko powiedzieć), rozmawiał kiedykolwiek z żywą osobą. Jak to mniej więcej wyglądało?

"- Will, znów zastrzeliłeś nie tą osobę co trzeba, weź się chłopie ogarnij.
- Wiem Patricku, ale widziałeś jak na mnie patrzyła. W dodatku sam słyszałeś, że chciała pieniędzy i powiedziała, że jak im nie zapłacę, to zabiorą mi dom, samochód i ostatnią paczkę żelków cytrynowych.
- Tak, wiem Will, powiedziała, że będziesz musiał za wszystko zapłacić, ponieważ Cię nienawidzi, ale nie możesz strzelać do każdego urzędnika ZUS-u. To jest źle widziane Will. "
I oczywiście coś, co musiało się pojawić zaraz po dialogu: "Will groźnie zmarszczył brwi. Wiedział, że mógłby zabić Patricka tynkiem ze ściany, ale akurat mu się nie chciało."

Ok, nie są to może dosłowne cytaty z książki, ale mniej więcej tak to wyglądało. Sytuację początkowo ratowała akcja. Oczywiście dopóki nie okazało się, że autor leci po kliszach filmowych. Było trochę scen rodem z Shootera (2007), było trochę akcji w stylu Johna Wicka (2014), były pościgi, które skojarzyły mi się z każdym filmem akcji lat 90-tych - no po prostu schemat gonił schemat. W dodatku z czasem okazało się, że same pojedynki agentów ograniczają się do wzoru: "kucnął/wychylił się zza przeszkody - miał bardzo trudną pozycję do strzału - trafił w głowę". Niby to czego oczekiwałem, ale zrobione jakoś tak od niechcenia, bez polotu. Dam spokój dwóm, czy trzem błędom ortograficznym, które znalazłem, bo stwierdzicie, że się czepiam, a przecież za dobra ze mnie osoba, żeby krytykować takie rzeczy (niach, niach, niach).

Za to przyczepię się do słabych, nieobchodzących mnie kompletnie kreacji bohaterów, braku zaangażowania uczuciowego w ich działaniu (ok, autor pisze o tym, że odczuwają oni emocje, ale tego kompletnie nie widać), czy opieraniu ich czynów na nierealistycznych motywacjach (członkowie zespołu Willa, są gotowi poświęcić za niego życie po jakimś tygodniu współpracy). Tak, myślę, że do tego mógłbym się przyczepić...

Podsumowując: nie jestem zadowolony z tej lektury. Ba, jestem dość mocno rozczarowany, ze względu na pochlebne opinie jakie zebrał Tropiciel Szpiegów. Stanowczo wolę wrócić do Silvy, czy Folletta, niż spędzać czas z ewentualnymi, kolejnymi książkami Dunna. Są one zbyt średnie i nijakie, bym mógł czerpać z nich radość, której oczekuję. Polecam wyłącznie miłośnikom przeciętności lub ludziom szalenie głodnym jakichkolwiek powieści sensacyjnych ze szpiegami w tle.


Moja ocena to: 5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz