sobota, 24 stycznia 2015

Fury/Furia (2014)

Wraz z Arkiem mamy pewną niepisaną umowę, polegającą na tym, że każdy film skrytykowany przez niego musi być wychwalany u mnie. Istniało więc duże prawdopodobieństwo, że po bardzo zachowawczej recenzji filmu Fury, która ukazała się na Rick's Cafe, będę zmuszony dokonać jego gloryfikacji - tym bardziej, że jako film wojenny jest on szczególnie bliski mym niezbyt wyszukanym gustom. Niestety z wielkim żalem muszę przyznać, że zgadzam się z Arkiem.

Zacznijmy od historii Fury. Ta koncentruje się na grupce czołgistów popylających Shermanem przez Niemcy. Byli oni na tyle schematyczni, że nazwę ich po prostu: "dowódca"," meksykaniec", "ten zły", "kaznodzieja" i "młody". Tym opisem zaoszczędziłem Wam już 20 minut fabuły, ponieważ ta będzie się koncentrowała na uwypukleniu nielicznych, charakterystycznych cech tych postaci. Chodziło chyba o to, żebyśmy związali się z bohaterami, wczuli się w ich sytuacje, zżyli z nimi i tak dalej... Generalnie wszystko kręci się wokół tego, że młody zostaje nowym członkiem załogi, ale jest niedoświadczony, więc dostaje po dupie, jednak później zaczyna trochę ogarniać o co chodzi w wojnę - schemat cholernie nowatorski i nieprzewidywalny, co?
Wypuśćcie mnie z tego filmu, proszę...
Olać to, fabuła to takie popłuczyny po zmiksowaniu innych filmów wojennych. Aktorstwo za to jest na tyle dobre, na ile być mogło. Brad Pitt, Bernthal i Lerman starają się jak mogą, żeby ich postaci były ciekawsze, niż zaplanował to scenarzysta. Wychodzi im to nieźle, ale wobec kulejącej fabuły, to nadal nie sprawia, że obchodzą mnie przedstawieni bohaterowie i ich losy.

I drażniła mnie też taka nachalna hollywoodzkość - ah te wybuchy. Wszędzie. Non - stop. Pociski smugowe. Wszędzie. Non-stop. Manewry piechoty, walki pancerne, snajperzy, bohaterska obrona skrzyżowania - wszystko jest. I otrzymujemy tym samym dowód, że czasem warto postawić na minimalizm. Przez pół filmu miałem wrażenie, że jestem traktowany jak idiota. Tak jakby reżyser uważał, że siedzę przed ekranem z wiaderkiem kurczaka z KFC, popijam to Colą, a ślina cieknie mi z otwartej gęby. I choć przez jakiś czas pewnie tak było, to ostatnia scena zbyt mocno odbiła się na mojej myślącej części mózgu oraz włączyła podłego robala analizy. Wtedy właśnie stwierdziłem, że ten film jest dla mnie bardzo słaby...
Najlepsza scena filmu toczy się w domu i opiera na dialogach - i co nie dało się tak tego zrobić? :/
Po pierwsze - pociski smugowe są pokolorowane i używane bez przerwy. Niezależnie od pory dnia, niezależnie od konieczności. Oczywiście Niemcy używają pocisków barwionych na zielono, a amerykanie wersji z czerwoną farbą. Daje to absurdalny efekt wojny na...lasery? Aż poprzeglądałem parę archiwalnych materiałów, żeby sobie sprawdzić, czy to nie jest jakaś bzdura. I owszem - przekoloryzowano (dosłownie) konieczność użycia tej amunicji i jej dostępność we wręcz groteskowy sposób. Ale czemu się dziwić? Sherman nie jest tu w stanie przebić pancerza Tygrysa jeśli nie zaatakuje go z tyłu (choć równie dobrze mógłby to zrobić z boku, a nawet od frontu z niewielkiej odległości), snajper nie atakuje dowódcy kolumny czołgów, tylko jakiegoś starego dziadka, żołnierze leżący na otwartym terenie nawet nie podejmują próby okopania się. Co w sumie nie dziwi, bo Niemcy też do nich nie strzelają, dopóki nie nadjadą  nasi bohaterowie w czołgu. Ba, to nawet nie działa przeciwpancerne otwierają w tej scenie ogień jako pierwsze (choć na to wskazywałaby wszelka logika), ale karabiny maszynowe. Mało niedociągnięć? No to mamy na koniec elitarny oddział SS, który choć liczy sobie około 300 ludzi posiadających w cholerę Pancerfaustów, a nie jest w stanie pokonać pięcioosobowej załogi unieruchomionego czołgu. Ale w sumie jak mieli to zrobić, skoro połowa ma parkinsona i nie potrafi trafić w pieprzony czołg z dziesięciu metrów. Ostatnia scena to taki klasyczny, pełen patosu przykład na to, jak reżyser może okładać widza chujem po twarzy...   
Daj mi dobrą ocenę, plis...
Nie zrozumcie mnie źle. Gdyby ten film od początku dał mi do zrozumienia, że to będzie klasyczna naparzanka, to nie miałbym mu tego za złe. Jednak pierwsze sceny naprawdę były bardzo obiecujące. Wydaje mi się także, że reżyser nie za bardzo wiedział, czy chce zrobić film akcji, czy dramat wojenny, więc próbował to jakoś sprytnie połączyć. No ale cóż - albo rybka, albo...

Na plus zaliczam tu zdecydowanie fajną muzykę, niezłą grę aktorską oraz dużą dawkę brutalności. Niektóre sceny z całą pewnością robiły wrażenie, aczkolwiek wszechobecne efekciarstwo zakłóciło trochę odbiór tego filmu, który wydawał się mieć ogromne aspiracje do bycia całkiem niezłym dramatem wojennym. Oczywiście nada się to do jakiegoś piwa, czy zamiast filmu akcji, ale jeśli miał on mnie poruszyć, to nie spełnił swojego zadania. I tu powtórzę nawet ocenę, którą temu dziełu wystawił Arek. Wydaje się ona być bardzo obiektywna, ponieważ Furia z Bradem Pittem, to moim zdaniem klasyczny średniak. Choć przyznam jednocześnie, że sprawi on większą radość ludziom lubiącym efekty specjalne i nie szukającym w filmach wojennych większej głębi.


Moja ocena to: 5/10  

niedziela, 18 stycznia 2015

Horror Stories 2 (2013) - *Uwaga, wulgaryzmy!*

Nie wierzę w to, co przed chwilą obejrzałem. Do tej pory żyłem w błogiej nieświadomości. Uważałem, że przełamywanie schematów w filmach grozy posłużyłoby temu gatunkowi bardzo odświeżająco. Być może stąd wzięła się moja sadomasochistyczna skłonność do oglądania ambitnych horrorów w stylu Morderczej Opony, lub też mniej ambitnych jak ten z bobrami zombie. Ale dzisiejsza produkcja utwierdziła mnie w przekonaniu, że czasem lepiej trzymać się sprawdzonych rozwiązań.

Horror Stories 2, to cztery historyjki opowiadające o... w sumie to cholera wie o czym. Spróbujmy dokonać jednakże małego streszczenia. W pierwszym epizodzie mamy kolesi, którzy okazali się kompletnymi idiotami i spadli z urwiska. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zaraz pod nim znajdował się mały klif, który uratował ich marne, nic nieznaczące życia. Okazało się także, że jeden z nich ma w kieszeni Snickersa. Tu następuje euforia, szał i radość, no bo kurwa ten Snickers, to przecież prowiant na tydzień. Chuj że zimno, wiatr gwiżdże im przez uszy, siedzą tam już sześć dni i nie mają co pić, ale przecież...Snickers. Historia jest głupia, idiotycznie poprowadzona, minimalnie straszna i... jest najlepsza z całego filmu. No tak, wiem, że w tym momencie pytacie się sami, co w niej niby jest dobrego? Po pierwsze lubię Snickersy, a po drugie przy niej choć raz zdarzyło mi się zadrżeć - choć w sumie za cholerę nie wiem dlaczego. Tak poza tym, to mamy jakieś duchy, demony, problem winy i zemsty - oczywiście zrobione to jest jak przystało na chłam, ale z bólem można się przemęczyć.
Sześć dni na klifie? To nic w porównaniu do obejrzenia całego Horror Stories 2
Ale druga historia, to najnudniejsze co można było stworzyć. Jakieś trzy kompletnie zidiociałe nastolatki jadą autem i chleją browar. Jak słusznie się domyślacie auto wpada w poślizg i kicha - wóz zezłomowany, nasze trzy głupie pipy pokiereszowane, a działającego telefonu nie ma żadna. To idą te nasze bohaterki do jakiejś tam stacji, czy chuj wie czego. Idą tak, idą przez ciemny las. Gówno widać, bo las ciemny. Ale jest - duch jakiś! Wyskakuje znienacka, że aż przerywa mi ziewnięcie, a to z kolei powoduje atak śmiechu, ze względu na fatalne wykonanie tego brzydala. Później jakiś dziad wychodzi z obskurnej chaty i każe tym kretynkom wbijać do środka. Oczywiście one nic nie podejrzewając ładują swoje dupska, siadają przy stole i gadają z tym dziadem. On tam je gdzieś zaciąga i okazuje się, że jest jakimś demonem, czy chuj wie czym. Jednej idiotce udaje się uciec. Znajduje pomoc, przez przypadek akurat w tym miejscu, w którym wydarzył się wypadek. Później budzi się w szpitalu, że niby jest duchem, ale potem tym duchem nie jest, a potem znowu jest. I tu spojler - na końcu umiera. Finał jest taki, że widz siedzi z otwartą japa i zastanawia się o czym to było i po jaki chuj?

A trzecia opowieść? - o mamo, tego nie dało się wymyślić bez twardych narkotyków. Mamy jakiegoś nauczyciela, który najpierw jeździ windą, później trafia do piekła, a na koniec próbuje z niego uciec. Wszystko to zostało okraszone: ganianiem po domu z gołą dupą, jedzeniem robaków, piciem moczu, skakaniem z balkonu, wydłubywaniem sobie oczu i robieniem słit foci bramie piekieł. Ja pierdole... Nawet nie mam słów, którymi mógłbym to opisać. I wiem, że to miało być jakieś komiczne, czy coś, ale... ja pierdole...
Najdziwniejszy gangbang w historii kinematografii....
Ostania niby-historia traktuje o emo-lasce, która...opowiada te wszystkie historie. Nic ciekawego. Nuda jak cholera. Na koniec jest jakieś czarne coś, że niby demon, ale jak spojrzycie na wyczyny reżysera w poprzednich scenkach, to ta wypada naprawdę blado.

Podsumowując - ten film powinien być znany na całym świecie. Koreańczycy stworzyli coś, czego nie powtórzy już nikt - w życiu. Po pierwsze dlatego, że sama fabuła jest bardzo...oryginalna, a po drugie dlatego, że wykonanie jest fatalne. Nie wiem jaki był budżet całej produkcji, ale przypuszczam, że aktorom płacono w muszelkach i koralikach. Jeśli Wam się nudzi obejrzyjcie na własną odpowiedzialność. Radzę Wam jednak zrobić to, co ja właśnie teraz powinienem - pouczyć się do sesji, posprzątać chatę, spróbować polizać łokieć - krótko mówiąc dokonać czegoś, co może przynieść jakąkolwiek radość lub pożytek.


Moja ocena to:  4/10 (za niezły pierwszy epizod i kreatywność)

środa, 14 stycznia 2015

Bill Bryson - "Ani tu, ani tam"

Bill Bryson, to autor książek popularnonaukowych, który gościł na mojej stronce już kilkukrotnie. Świetne i przede wszystkim zbieżne z moim poczucie humoru tego pana sprawia, że zaliczam go w poczet swoich ulubionych pisarzy w ogóle. Tym razem mamy do czynienia z trochę innym dziełem, bowiem Bryson wziął się za reportaż. Ani tu, ani tam, to krótki opis podróży Amerykanina po największych europejskich miastach. Choć niestety Polski tu nie uświadczymy, poznamy opinię Brysona o charakterystycznych cechach Paryża, Oslo, Amsterdamu, Wiednia i wielu, wielu innych.

Pierwszą rzeczą, którą musicie wiedzieć jest to, że książka pisana była na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Jako że autor odwiedza między innymi Jugosławię, czy Bułgarię należy mieć świadomość, że w momencie jego wizyty państwa te stały na skraju przeobrażeń systemowych. Oczywiście, jako że książkę opublikowano w 1991 roku, a polskie wydanie pochodzi z roku 2010, wydarzenie te są już pobieżnie zaznaczone, także nie musicie się martwić o dezaktualizację informacji, które zostaną Wam podane. Tym bardziej, że czytając tę lekturę, miałem wrażenie, iż pewne rzeczy wcale się nie zmieniły.

Kolejną sprawą jest niska ocena na LC, którą niniejszym chciałbym poddać w wątpliwość. Otóż największym i najczęstszym zarzutem jest zbytnia wulgarność i ciętość dowcipu autora, która moim zdaniem stanowi o jego sile i... zajebistości. Niesmaczne żarty o podłożu seksualnym/fizjologicznym, robienie sobie jaj ze stereotypów narodowościowych, krytykowanie powszechnie cenionych instytucji (dostało się po dupie między innymi EWG - poprzedniczce Unii Jewropiejskiej), sprawia, że czyta się to niesamowicie przyjemnie. Zaskakuje mnie też fakt, że ta sama społeczność czytelników docenia humorystyczny przewodnik po Tamizie z XIX wieku (Trzech panów w łódce (nie licząc psa)), a bardziej współczesną historię napisaną w dość podobnej formie potrafi zmieszać z błotem. Cóż, widocznie nie każdy ma poczucie humoru analogiczne do mojego...

Nie muszę chyba mówić, że książka bardzo mi się podobała. Śmiem twierdzić, że jest to jedna z najzabawniejszych lektur jakie przeczytałem w całym swoim życiu. Jest to również idealna pozycja pozwalająca na nowo rozbudzić w sobie pasję do czytania, a przede wszystkim do odkrywania świata. I choć mnóstwo tu żartów, szyderstw, krytyki oraz stereotypów, to nie sposób ustrzec się przed podróżniczą pasją bijącą ze słów Brysona.

Potwierdzam - może nie jest to najlepsza książka podróżnicza w historii, czy najbardziej wartościowa, godna zapamiętania pozycja. Ale jeśli chcecie się tylko dobrze bawić, czy poznać bezkompromisowe opinie na temat naszych zachodnich przyjaciół, to nie znajdziecie zbyt wielu zabawniejszych propozycji.

Moja ocena to: 8/10

Ps. Ze względu na bardziej prymitywną naturę płci męskiej polecam raczej facetom - a co, niech będzie trochę szowinistycznie na koniec... :D

czwartek, 8 stycznia 2015

Annabelle (2014) +18

Nie było jeszcze roku, w którym obejrzałbym wszystkie horrory pretendujące do miana najlepszych. Tym razem również o mały włos, a przegapiłbym jedną z ciekawszych pozycji - Annabelle. Jeśli wciąż nie zaświtało Wam w głowie o czym piszę, to przypomnijcie sobie horror Jamesa Wana z 2013 roku. Właśnie wtedy bowiem ukazało się bardzo interesujące The Conjuring. Recenzując tę dość zacną pozycję, wskazałem na przykład, że nie rozumiem po co w filmie umieszczać porcelanową lalkę, która absolutnie nie wpłynęła na fabułę filmu. Już rok później owa lalka otrzymała jednak okazję, by pokazać co potrafi. Niestety zamiast bardzo solidnego reżysera, jakim moim zdaniem jest Wan, sprawą zajął się John Leonetti - facet pracujący przy wielu horrorach, ale nigdy w charakterze reżysera. I to cholernie wyraźnie widać.

Już na wstępie zaznaczam, że opisując ten film nie będę silił się na obiektywność. Głównie ze względu na to, że wiązałem z nim bardzo duże nadzieje. Nie zaprzeczycie chyba, że straszne lalki niosą ze sobą ogromny potencjał. Choć motyw znany jest doskonale z Laleczki Chucky, czy choćby Dead Silence, to absolutnie nie miałbym za złe nikomu próby wyeksploatowania go do granic możliwości. Spodziewałem się więc, że po Annabelle nie będzie już takiej potrzeby, a film zmiecie jakiekolwiek konkurencyjne obrazy z powierzchni Ziemi. Że mnie przestraszy, przerazi, wykręci flaki i urwie ryja. Przyznam, że akurat z tym ostatnim nawet mu się udało, ponieważ założę się, że od ziewania rozpieprzyłem sobie staw żuchwowy.
Po całej nocy grania w Total War...
Nawet nie chce mi się o tym gównie pisać. Fabuła to klasyczny stek bzdur. Jakieś małżeństwo, jakaś sekta, diabły, dusze, opętania i tym podobne barachło. To tak jakbyście wrzucili wszystkie dotychczasowe horrory w blender i je zmiksowali - gwarantuję, że nie otrzymacie nic smacznego. Oczywiście, można zamknąć oczy i zmusić się do wypicia tego kompotu, ale... po cholerę?

Mało jest jednak horrorów aspirujących do niesienia jakiegoś przekazu. Odpuśćmy więc tę fabularną porażkę - skupmy sie na czymś, co mogło się udać. Na pierwszy ogień niech pójdzie gra aktorska. Urocze małżeństwo, którego losy poznajemy, to najbardziej niedorobiona para świata. On jest lekarzem, ona matką, żoną i blondynką. Wybaczcie ten mało konkretny opis, ale postaci są tak sztampowe i mało charakterystyczne, że naprawdę trudno to skonkretyzować. I tak, wiem, że to tylko horror. Ale swój znak na tym gatunku odcisnęli także Jeff Goldblum, Jack Nicholson, czy Johny Depp i jakoś udało im się stworzyć ciekawe kreacje. Moim zdaniem gra aktorska to porażka - tam nikt chyba nie wiedział nawet jak wygląda przerażona osoba - a przynajmniej ja tego nie poczułem. W tym aspekcie ulokowałbym tę produkcję gdzieś między Morderczą Oponą i morderczymi bobrami (a wierzcie mi - w tych klimatach jestem specjalistą).
Nasza główna bohaterka - smerfetka po liftingu...
To też spokojnie da się jednak znieść. Nie pierwszy raz przecież aktorzy są sztywni jak pal Azji Tuchajbejowicza. Zdarzało się to już wcześniej i jeszcze niejednokrotnie się zdarzy. Ważne jest przecież to, jak horror próbuje nas przestraszyć. I tu właśnie reżyser wzniósł się na wyżyny dyletanctwa. Oczywiście standardem we współczesnym kinie grozy stały się już jump scenki. Tutaj wykonano je wprost fatalnie. Wszystkie, powtórzę, kurwa WSZYSTKIE, co do jednej, były przewidywalne jak obecność alkoholu na zjeździe PZPN-u. Scena w windzie zaś przejdzie do historii jako najnudniejszy moment filmowy. Pięć minut patrzyłem na zamykające się i otwierające drzwi do windy - niech Was strzeli chu...

Dobra, wziąłem kilka głębszych... oddechów i mogę pisać dalej. Straszenie straszeniem, ale przecież liczy się też klimat. Dlaczego oddzielam te dwie kwestie? Ponieważ taki Egzorcysta był wręcz zachwycający, ale akurat moim zdaniem niezbyt straszny. Udało się tam jednak zbudować fajną otoczkę z ciężką atmosferą. Ba, nawet Conjuring miało w sobie tę iskierkę, która różni crap od dobrego filmu. A Annabelle? Możecie się już chyba domyślić. Ten cały film jest pusty jak lokaty w Amber Gold. Miałem serdecznie w dupie co się stanie z bohaterami. Gdy zbliżali się do kresu swojej podróży, gorąco dopingował wszelkie siły nieczyste, by skróciły ich (i moją) mękę.
Jeden z ciekawszych momentów - gość dzwoniący przez żółty telefon. Emocje wylewają się z ekranu...
O właśnie, co z naszym głównym oponentem, bo to wszystko przecież jego sprawka? Jest oczywiście niesamowicie gówniany. Przypomina jakiegoś gargulca, diabła z XVIII wiecznej książki dla dzieci. I dałbym głowę, że jak zresztą wszystko w tym filmie, już go gdzieś widziałem. Manifestacja naszego brzydala w postaci lalki okazała się dość dobra, ale nawet plastikowa kukła nie była w stanie pociągnąć całego filmu.

I na koniec jedyny plus. Niezbyt często zwracam uwagę na muzykę, ale ta tutaj jest wyjątkowo dobrym elementem, fajnie budującym napięcie. I to tylko ona pozwoliła mi przetrwać ten seans. Wpasowuje się idealnie w akcję i można wręcz usłyszeć, że dźwiękowiec jako jeden z nielicznych ludzi pracujących przy tym arcydziele, wiedział co robi.
Lalka erotyczna dla spragnionych wrażeń.
Podsumowując - to wszystko już gdzieś było. W dodatku zostało już wielokrotnie wykonane o niebo lepiej. Jeśli zaczynacie swoją przygodę z horrorami, to niewykluczone, że film nawet Wam się spodoba. Oczywiście ze wszech miar niesłusznie, bo to gówno najwyższej klasy, ale cóż, z gustami się nie dyskutuje. Obejrzeć oczywiście można, ale nie popełniajcie mojego błędu - nie liczcie na wiele.


Moja ocena to: 4/10

piątek, 2 stycznia 2015

Maciej Zaremba Bielawski - Higieniści. Z dziejów eugeniki.

Jeżeli nie jesteś kompletnym idiotą, a miałbyś za zadanie wskazać kilka państw o najwyższym poziomie rozwoju cywilizacyjnego, prawdopodobnie uderzyłbyś globus gdzieś w okolicach bieguna północnego. Dziś bowiem to Skandynawowie, Amerykanie (Alaska), czy Kanadyjczycy uważani są za jedne z najbardziej prospołecznych i liberalnych państw świata. Jeśli natomiast jesteś idiotą, to do lat 70-tych dwudziestego wieku, w tych właśnie krajach groziłaby Ci sterylizacja...

Maciej-Zaremba Bielawski w swojej książce pod tytułem Higieniści porusza właśnie ten problem. Niesamowity boom na eugenikę, czyli próbę kontrolowania i kształtowania społeczeństwa na własną modłę, nastąpił w dwudziestoleciu międzywojennym. Idee Darwina, rozwój genetyki, teoria Malthusa i wreszcie koncepcja Francisa Galtona, pozwoliły pseudonaukowej teorii święcić tryumfy w uniwersytetach na całym świecie. I choć wydawałoby się, że kontrola narodzin i budowanie społeczeństwa na podstawie wytycznych państwowych były domeną nazistów, to eugenika nie ominęła Szwajcarii (kanton Vaud), Stanów Zjednoczonych (Kalifornia, Alabama), Japonii, Kanady, Szwecji, Norwegii, czy Danii. Ba, nawet w międzywojennej Polsce pojawiały się projekty wprowadzenia ustaw nawiązujących do eugeniki.

Bielawski szczególnie mocno skupia się na historii eugeniki w Szwecji. Opisuje nie tylko związki tej wersji zapatrywań z koncepcją nazistowską, ale także wskazuje na czynniki pozwalające jej przetrwać w tym kraju rekordowo długo - aż do 1995 roku. Trudno ukryć, że autor podjął bardzo kontrowersyjny temat, o którym wiele dzisiejszych państw chciałoby zapomnieć. Teoria eugeniczna, która w dużej mierze mówiła o tym, iż predyspozycje człowieka do radzenia sobie w społeczeństwie są dziedziczne, doprowadziła do przymusowych sterylizacji tysięcy kobiet na całym świecie. Zaskakuje szczególnie to, w jak dużej mierze narody bardzo mocno zżyte i zgrane wewnętrznie, były w stanie wyrzucać poza nawias ludzi, którym po prostu się nie poszczęściło, opierając swe działania na mglistych przesłankach. Bielawski wskazuje na czynniki, które do tego doprowadziły i które nie pozwoliły, szczególnie politykom szwedzkiej socjaldemokracji, dostrzec błędów w swoim postępowaniu.

Jeden z rozdziałów, szczególnie interesujący, dotyczy także naszego kraju. W nim właśnie znajdziemy bardzo skrzętnie opisane przyczyny niepowodzenia eugeniki w Polsce. I wbrew pozorom nie będzie to prosta i jednoznaczna teza dotycząca wpływu religii, której osobiście sam bym się spodziewał, ale paradoksalnie wyższego niż w Szwecji poziomu dyskusji naukowej w polskim środowisku lekarzy - eugeników. Ten fragment był dla mnie naprawdę ciekawy, również pod względem socjologicznym. Dodatkowo w oczy rzucały się pewne analogie do "naukowej" teorii Gender, propagowanej dziś w środowiskach lewicowej inteligencji.

Znalazłem jednak również pewne wady. Autor ma tendencje do porównywania eugeniki ze średniowieczną inkwizycją. Niestety powiela on utworzone głównie przez protestantów (co wobec korzystania ze szwedzkich źródeł nie jest wcale takie dziwne) mity dotyczące tej organizacji. Dominikanów określa jako organizację powołaną do tępienia herezji, sugerując czytelnikowi, że byli to ludzie porównywalni do szwedzkich lekarzy: ze skalpelami w dłoniach, gotowi w każdej chwili przecinać kobietom jajowody. Nie mam zamiaru po raz kolejny przytaczać genezy tego zakonu, ale wspomnę tylko, że początkowo ruch Dominikanów związany był z rozważaniami i dyskusjami teologicznymi, a jego późniejsze dzieje związane z działalnością inkwizycyjną są w dużej mierze pełne przekłamań. Palenia czarownic również, nie wiedzieć czemu, autor nie utożsamia z protestantyzmem, ale z...inkwizycją kościelną. Te małe błędy merytoryczne sprawiły, że choć  wyczerpująco zaznajomiono mnie z problemem eugeniki, to nie wszystkie słowa Bielawskiego przyjmowałem z pełnym zaufaniem.

Podsumowując muszę  jednak przyznać, że jest to bardzo dobra książka, która wprowadza nas w niezbyt odległe, ale zapomniane wydarzenia z historii naszego kręgu kulturowego. Dość mocno krytykowany język z wtrąceniami z mowy potocznej, dla mnie stanowił pewne ożywienie i ciekawostkę, więc całkiem subiektywnie zaliczam go do plusów. Uważam, że warto znać takie niecodzienne pozycje i właśnie tej poświęcić odrobinę wolnego czasu. Jest to jedna z tych książek, które potrafią nas czegoś nauczyć - na przykład tego, że zawsze warto mieć wątpliwość.


Moja ocena to: 7,5/10