niedziela, 29 marca 2015

Kay Hooper - "Podążając tropem strachu"

Romans z elementami paranormalnymi święci w ostatnich latach ogromne tryumfy. Choć staram się nie mieć uprzedzeń co do żadnej literatury, to akurat te książki szczerze i konsekwentnie hejtuję (dla seniorów: piszę o tym, jak mnie wkurwiają).  Otóż w swej naiwności i pod wpływem namów członków moich różnorakich społeczności (przy czym słowo członków nie padło tu przypadkowo), miałem okazję poznać dwa, czy trzy takie dzieła. Wszystkie kręciły się wokół problemów, których jako stary zgred już nie rozumiem - szkolne romanse, piękni chłopcy, nieśmiałe dziewczyny itd. Nie muszę chyba dodawać, że utożsamiam z nimi każdy element egzystencji, którego albo nienawidziłem kiedyś, albo nienawidzę po dziś dzień, więc z kartki na kartkę miałem coraz silniejsze torsje żołądkowe - krótko mówiąc - rzygałem tym. Kay Hooper miała jednak zaoferować coś innego. Kryminał z prawdziwego zdarzenia, w który tylko wpleciono  wątki paranormalne. W dodatku miały one wyglądać na dyskusyjne - ponoć są bowiem ludzie wierzący w to, że ktoś może przepowiedzieć przyszłość, wyczuwać inne osoby, czy kontaktować się ze zmarłymi (osoby takie zwiemy z angielskiego attention whore's). Te właśnie umiejętności posiadają detektywi tworzący grupę dochodzeniową w powieści Podążając tropem strachu.

Zaczyna się to wszystko nawet nieźle. Ktoś leży w stosunkowo niewygodnej trumnie, zagrzebany żywcem przez psychopatycznego mordercę. Żeby było śmiesznie ten ktoś wkrótce umiera i staje się pierwszą ofiarą. Później jest jeszcze zabawniej - morderca buduje bardzo ciekawe machiny do zabijania - ucina głowy, topi w akwarium, spuszcza krew - i bawi się przy tym doskonale. Widzicie potencjał? No właśnie, ja też. Mogło być niezwykle ciekawie, brutalnie i... strasznie. Mogły być flaki, kilkustronicowe opisy zwłok, portret psychologiczny naszego zabijaki zaczerpnięty z postaci innych, znanych ze świata rzeczywistego seryjnych. A jest zbyt... lekko.

Kay Hooper nie uniknęła jednej rzeczy, która często irytuje mnie w powieściach kobiecych. Miała świetny pomyśl, pisze w fajnym stylu, jednakże ma tendencję do...pierdolenia. Już pomijam te wszystkie próby wytłumaczenia zdolności parapsychicznych naszych detektywów (to z uwagi na samo założenie i pomysł jest przecież zrozumiałe), ale Kay koniecznie musiała wprowadzić w to wszystko marny wątek romantyczny. I tak mamy dwie postaci - Samanthę i Bishopa. Cholera wie co do siebie czują, bo raz się kłócą, a raz pieprzą jak kormorany (ha, kto się spodziewał tego porównania?!). I w jednym i w drugim są straszliwie irytujący. I gdy sytuacja już zaczynała się zagęszczać, mrok spowijał każdy krok naszych śledczych, ciarki przechodziły po plecach, to nagle...bum - pierdolenie.

Wiecie dla kogo jest ta książka. Wbrew pozorom ma bardzo specyficzny target. Jeśli jesteś paranormalnym zombie i łykasz wszystko począwszy od Zmierzchu, po inne romanse z elementami pozaziemskimi (bleh, nie znam innych tytułów :/), a chcesz wstąpić na drogę prawdy, drogę światła, wiedzy i prawdziwego kryminału, to chyba warto najpierw rzucić okiem właśnie na tę książkę. Łączy ona w sobie bowiem te dwa gatunki i jest czymś rzeczywiście oryginalnym. W dodatku z bólem serca przyznaję, że czytało mi się ją całkiem nieźle.

Jeśli jednak na kryminałach zjadłeś/aś  zęby (to po pierwsze musisz zajebiście śmiesznie wyglądać), to raczej nie jest coś dla Ciebie. Nie uświadczysz tu zbyt zawiłej historii, nie będziesz zaskoczony docierając do finału, nie porwą Cię próby psychologicznej analizy postępowania bohaterów. Ot, przeczytasz, olejesz i zapomnisz. Twój wybór.


Moja ocena to: 6/10

środa, 25 marca 2015

Punkt Zwrotny; The Ledge 2011

Żebyście mnie nie oskarżyli o to, że nic nie robię, bardzo chciałem przedstawić Wam dziś reckę jakiegoś dobrego filmu. Przyznam, że jednocześnie, być może trochę egoistycznie, pragnąłem fajnie spędzić czas. Podczas buszowania po zakamarkach internetów trafiłem na film-objawienie. Punkt Zwrotny z 2011 roku, w którym główną rolę gra Charlie Hunnam (znany między innymi z Sons of Anarchy) wydawał się wyborem idealnym. Stosunkowo wysoka ocena na Filmwebie, określenie gatunku jako thriller - pomyślałem więc: "tego się nie da spierdolić". Ale jak się możecie słusznie domyślać, jednak się da.

Przepraszam jeśli gdzieniegdzie podkreślę swoją wypowiedź jakimś delikatnym wulgaryzmem. Nie ukrywam, że będę musiał czasem takowym podkoloryzować swoją wypowiedź, gdyż jestem nieziemsko wkurwiony. Być może jednak ktoś z Was oglądał ten film i był nim zachwycony - nie chcę Was urazić żadnym niegrzecznym komentarzem, więc nie bierzcie mojej wypowiedzi do siebie - to nie Wy jesteście głupi. Po prostu ten film jest głupi, a Wy się mylicie.

Ale idźmy po kolei. Słówko o fabule. Zaczyna się nawet fajnie. Gavin Nichols (Charlie Hunnam) stoi na krawędzi dachu budynku. Prawdopodobnie chce skoczyć, gdyż krawędzie dachów budynku w Ameryce tworzone są głównie w celu skakania. Na miejsce przyjeżdża detektyw Lucetti (Terrence Howard). Beksa z niego niesamowita i nudziarz w chuj, ale właśnie dowiedział się, że nie może mieć dzieci, więc to mu można wybaczyć. Tym bardziej, że facet, choć stwierdzono u niego bezpłodność, ma ze swoją żonką dwójkę dzieci (ale psikus). I tu zaczyna się właściwa historia. Gavin Nichols zaczyna zwierzać się detektywowi Lucettiemu. Że znalazł laskę (Liv Tyler) i nawet fajna była dupa z twarzy, że mu wpadła w oko i ogólnie brałby jak Żydzi odszkodowania za holocaust od Polskiego rządu, ale mąż tej laski Jon (Patrick Wilson) go wkurwia. Wkurwia go, bo Gavin to ateista, taki zatwardziały ateusz, co to woli, żeby ślub brali homoseksualiści, bo "heteroseksualni i tak mnożą się na potęgę, a ziemia jest przeludniona", a Jon to równie zatwardziały ewangelista. I jeśli pragniecie zapytać - tak, serio, takie i inne podobne wypowiedzi w tym filmie mają miejsce. No i oczywiście ten chrześcijanin grany przez Wilsona jest psychopatą i nie podoba mu się, że jego żonka puściła się z ateuszem (bo normalny, porządny mężczyzna nie miałby nic przeciwko szczęściu nowej pary). Na koniec robi się z tego taki burdel, że ziomek przez tego zatwardziałego chrześcijanina musi aż skakać z dachu. Taka sobie historyjka...

I nie interesują mnie za bardzo te wszystkie spory religijne. Nie stoję po żadnej ze stron. Agresywne ataki na religię zwykle staram się jakoś tłumić rzeczowymi argumentami, próby nawracania uważam jednocześnie za pozbawione sensu. Ale jeśli ktoś chce mi religię całkiem obrzydzić, to niech to chociaż zrobi dobrze. Ba, zamieszczę nawet kilka rad na przyszłość dla reżysera:
1. Zrezygnować ze stereotypów: inteligentny ateista, który jest w stanie każdego przegadać. Luzak i świetny kochanek. Początkowo tłamszona kobieta, która wychodzi spod jarzma mężczyzny i zaczyna żyć na własny rachunek - wersja feministyczna. Kurwa, którą facet wyciągnął z nałogu, a która później i tak zaczęła puszczać się po dwóch spotkaniach z jakimś obcym ziomkiem - wersja konserwatywna. Wierzący, który jest nietolerancyjny i po jakimś czasie pokazuje swoje psychopatyczne oblicze (jak zresztą każdy wierzący). Na deser mega uprzejmy Żyd - gej z AIDS odrzucany przez społeczność żydowską. No po prostu cały panteon charakterystycznych postaci.
2. Zrezygnować z części dialogów - film wlókł się jak żółw. Żółw bez kończyn.
3. Odpuścić sobie moralizowanie - reżyser był przekonany, że zrobił coś strasznie błyskotliwego. Nienawidzę, gdy w gruncie rzeczy prostackie i infantylne produkcje roszczą sobie pozycję do stawiania się w roli jakichś traktatów filozoficznych, czy drogowskazów życiowych.
4. Zrezygnować z Liv Tyler - dlatego, że jej nie lubię i jest tysiąc ładniejszych kobiet. A milion lepiej grających. Niech świadczy o tym to, że przewijałem sceny seksu, czego nigdy dotąd nie robiłem, ponieważ uważam, że takie działanie okalecza produkcję i skoro aktorka decyduje się pokazać mi kawałek nagiego ciała, to kim jestem, bym mógł jej odmówić? Liv Tyler odmówiłem.
5. Zabijać wszystkich bohaterów - nie polubiłem żadnego z nich. Przy tej produkcji trzymała mnie nadzieja, że wszyscy zginą. Liczyłem na inwazję UFO, albo wybuch bomby jądrowej w ostatnich minutach. Niestety zawiodłem się straszliwie.


Podsumowując: nie pokuszę się nawet o wystawienie temu filmowi oceny. Obiektywnie zasługuje bowiem na notę w okolicach 5/10, ale subiektywnie jest całkowicie poza moją skalą. Zamiast thrillera dostajemy rozwlekły romans, który za nic nie potrafił mnie wciągnąć. Zauważyłem, że ludzie interpretują go na wiele sposobów - wynika to chyba z tego, że tak naprawdę to jedno wielkie, pseudofilozoficzne gówno, z bredniami udającymi objawione mądrości. Możecie sprawdzić sami i napisać mi dlaczego się mylę, ale ostrzegam, że stracicie prawie dwie godziny życia, których ten film po prostu nie jest wart. A w tym czasie można przecież zrobić tyle pożytecznych rzeczy: opluć stare baby na ulicy i uciec, naćpać się i postawić kloca przed posterunkiem policji, albo przynajmniej dołożyć małą cegiełkę do uczynienia z czyjegoś życia piekła - oczywiście tylko jeśli ktoś z Was jest chrześcijaninem. Wszyscy normalni mogą po prostu poczytać dobra książkę...   

czwartek, 19 marca 2015

Bear Grylls i z czym to się je...

Michael Bear Grylls - najmłodszy brytyjski zdobywca Mount Everestu, były żołnierz SAS, popularyzator sztuki przetrwania - inaczej mówiąc: gość od robaków.  Dokładnie tyle musicie wiedzieć o autorze trzech niezwykle interesujących książek, które mam zamiar dziś Wam przedstawić.
Sushi by Bear Grylls
1. Piaski Skorpiona + Ślady Tygrysa

Książeczki z cyklu "Misja Przetrwanie", to całkowicie odbiegające od mojego wyobrażenia o Gryllsie krótkie powieści młodzieżowe. Spodziewałem się raczej czegoś w stylu poradnika przetrwania, a początkowo zetknąłem się z bardzo grubo ciosanymi historiami o przemytnikach diamentów (Piaski Skorpiona) i nielegalnych wyrębach lasów tropikalnych (Ślady Tygrysa). Bohaterami obydwu części (3 i 4 części serii) są Beck i Peter - dwóch czternastoletnich chłopców walczących o życie w nietypowych warunkach.



Jak już wspomniałem sama fabuła jest typowo młodzieżowa - durna, nierealistyczna, zawierająca idiotyczne zwroty akcji i pełna wszelkich idiotyzmów. Sam język również nie należy do skomplikowanych. Spokojnie poradziłby z nim sobie średnio inteligentny trzynastolatek, albo szympans po LSD. Nie oszukujmy się jednak, że ktoś z Was spodziewał się po autorze dzieł na miarę Dana Simmonsa, czy choćby jakiegoś Coelho - nie o to przecież w tym chodzi. Liczy się głównie fakt, że dostajemy całkiem fajnie podany i dość ciekawy samouczek survivalowy.

Być może decydując się na podróż w głąb indonezyjskiej dżungli, czy na Saharę, wolałbym wybrać jakieś konkretniejsze i obszerniejsze poradniki, ale jeśli chodzi o lekturę młodzieżową, to z całą pewnością świetny wybór. Gówniarz może się z tego naprawdę sporo dowiedzieć i sam dużo bym dał, gdybym mógł takie książki czytać w dzieciństwie (żart: tak naprawdę moje dzieciństwo nadal trwa! :D). Mamy tu nie tylko fajną podróż po niesamowicie ciekawych miejscach, ale także bardzo schludnie i sympatycznie podane sposoby na zaspokojenie pragnienia, głodu, budowanie schronienia, czy samo przemieszczanie się i określanie kierunku. Ot, takie podstawy przeżycia, znane między innymi z programów telewizyjnych Gryllsa, wplecione jednocześnie w głupią, fabularną historyjkę. Całkiem dobry pomysł i gdy przyzwyczaimy się już do niesamowicie prostego stylu, może przynieść całkiem sporo radości nawet staruchom powyżej osiemnastu lat. Oczywiście są też robaki, krew i trupy, ale i tak polecam, kupujcie dzieciakom - one to kochają.

2. Pokonać Everest. Opowieść o sile charakteru i woli życia


A to już coś dla trochę starszych czytelników (chociaż jakiś szczyl też pewnie byłby zadowolony z lektury). Mamy tu do czynienia ze świetną książką podróżniczą, w której obserwujemy Gryllsa podczas jego zmagań z najwyższą górą świata. Trudno ukryć, że dokonanie takiej rzeczy, to jedno z najtrudniejszych zadań jakie kiedykolwiek postawił sobie człowiek. Dam głowę, że po niewielkim szkoleniu, Bear dałby również radę załatwić coś w polskim urzędzie i nie rzucam tych słów na wiatr. W rok po wypadku, w którym uszkodził kręgosłup skacząc ze spadochronem, podejmuje się zadania, jakiego często nie są w stanie zrealizować nawet najlepiej przygotowani himalaiści. Relacja, którą mamy okazję czytać jest już bardziej dojrzała. Grylls dzieli się z nami zarówno chwilami przyjemnymi jak i momentami kompletnego zwątpienia. Wspomina zarówno niebezpieczne sytuacje, jak i opisuje codzienne życie na niebotycznych, kilkutysięcznych wysokościach. Poznajemy także członków jego zespołu i innych wspinaczy, zmagających się z górą w tym samym czasie.
Żelki o smaku mrożonej dżdżownicy. Haribo już szykuje kontrofertę.
Nie ukrywam, że książka zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie. Bear nie podchodzi do swojego wyczynu z przesadną dumą - wręcz odwrotnie. Okazuje niesamowitą pokorę, choć jednocześnie widzimy jak wiele hartu ducha wymaga dotarcie do samego szczytu Everestu.

Szczególnie podobało mi się jednak to, że Grylls wiele uwagi poświęca ludziom, którzy nie docierali do końca. Wyraża się o nich z najwyższym szacunkiem wyraźnie zaznaczając, że wycofanie się sto metrów przed szczytem wymagało o wiele więcej siły woli, niż poświęcenie życia w drodze do celu. Wobec kumulujących się niebezpieczeństw nawet zwykłe przeziębienie mogło bowiem przekreślić nadzieję na jakikolwiek sukces - kluczem zaś okazywało się często zrozumienie własnego organizmu. Wielu jednak nie poddawało się i bezsensownie ginęło na stokach najwyższej góry naszej planety. Dzięki uporowi i ogromnej ilości szczęścia Grylls zdołał jednak bezpiecznie stanąć na dachu świata i powrócić ze swej wyprawy. Piękna sprawa i ciekawa historia, tym bardziej, że opatrzona interesującym, survivalowym komentarzem.
Kto nigdy nie zjadł ogromnej, białej larwy niech pierwszy rzuci kamieniem...
Podsumowując: mamy tu do czynienia z dwoma różnymi rodzajami literatury. Nie jest to może tak kolosalna odmienność jak ogień i woda, niebo i piekło, czy uczciwość i prywatyzacja po 1991, ale i tak widać diametralne różnice. Książki z serii Misja Przetrwanie, to świetna literatura dla młodszych czytelników, która nie tylko zachęci ich do czytania, ale być może sprowokuje do tego samego również ich ojców uwielbiających programy Gryllsa. Mount Everest zaś, to książka, która spodobałaby się większości z Was i której polecenie możecie śmiało zaryzykować także młodszym czytelnikom. Pozycje te różnią się zarówno stylem, formą jak i długością, ale niezmienne jest w nich w to, że potrafią zainteresować i wciągnąć na kilka ładnych godzin. Mimo wad, które zauważyłem (głównie ze względu na mój podeszły wiek :)) uważam, że warto sprawdzić wszystkie trzy książki, jeśli tylko uda Wam się je zdobyć - wyczyn imponujący tylko odrobinę mniej, niż zdobycie Everestu ;)


Moja ocena zbiorcza to: 7/10

poniedziałek, 16 marca 2015

Lee Child - "Nieprzyjaciel"

Trudno mi sobie wyobrazić jakiegokolwiek czytelnika, który choć raz nie zetknąłby się z Jackiem Reacherem. Niesamowicie obszerny cykl powieści Lee Childa i powstały w 2012 roku film z Tomem Cruisem w roli głównej powinny trafić do tak szerokiego grona odbiorców, że większość z Was powinna mieć ogólne pojęcie o osobie tego bohatera. Jeżeli jednak żyjecie w jakiejś jamie w ziemi, albo kilka dni temu zakończył się Wasz okres hibernacji i poznajecie świat na nowo, chciałbym przedstawić Wam jego: oto Jack Reacher. Prawie dwumetrowy, barczysty sukinsyn, który potrafi zabić spojrzeniem, uwieść jednym ruchem palca (nie ważne którego, nie pytajcie...) i wypić więcej kawy w trakcie trwania powieści, niż ja przez całe życie...

Nieprzyjaciel, to ósma część serii. Już słyszę ten płacz sierot i lamenty wdów, więc śpieszę z wyjaśnieniem - chronologicznie rzecz biorąc jest to część pierwsza. Opowiada więc o czasach, gdy Jack Reacher służył jeszcze w żandarmerii wojskowej Stanów Zjednoczonych. Jego obowiązki były dość banalne - zajmował się przywracaniem do porządku niesfornych żołnierzy, głównie poprzez zakłócanie symetrii ich uzębienia. I służył tak sobie Reacher całkiem przyjemnie, w pięknej Panamie, aż do czasu, gdy dostał przeniesienie na totalne zadupie w Karolinie Północnej. To tak, jakbyście mieszkali w Miami, a ktoś przeniósłby Was do Radomia - można się rozczarować. Okazuje się również, że wielu innych oficerów żandarmerii otrzymało podobne przeniesienia w tym samym czasie. No i to w sumie tyle... A nie, chwila, jest jeszcze martwy generał wojsk pancernych, wykastrowany żołnierz elitarnego oddziału piechoty z kijem w dupie (dosłownie) i upadek muru berlińskiego.

Jak zwykle jest to niesamowicie miła i odprężająca lektura. Z przygodami Reachera można uporać się błyskawicznie, ponieważ czytanie o jego losach to czysta, nieskrępowana rozrywka. Dość prosty język, ogromna dynamika i brak rozległych opisów sprawiają, że jest to idealna książka na wieczór. Do tego dostajemy także kilka zagadek i fajne, filmowe zakończenie. Do zalet oczywiście należy zaliczyć samego głównego bohatera, który stał się już postacią kultową i niesamowicie charakterystyczną jeśli chodzi o literaturę sensacyjną.

I choć książka bardzo mi się podobała, nie jest niestety wolna od wad. Przede wszystkim sama zagadka jest dość prosta. Jedyny element, który mógłby zbić czytelnika z tropu (ogromny Bułgar z elitarnej jednostki piechoty) został zdecydowanie zbyt szybko porzucony. Reszta jest już dość banalna, bowiem powieść jest na tyle uboga w postaci, że sztuką byłoby niedomyślenie się kto stoi za całą aferą. Do tego dostajemy również kilka dość nużących fragmentów, które odrobinę obniżają całościową notę.

Podsumowując: nie jest to z pewnością najlepsza część traktująca o Jacku Reacherze. Trudno jednak bawić się na niej źle. To wciąż kawał niezłej sensacji z jednym z moich ulubionych bohaterów. Jeśli planujecie poznawanie całej serii myślę, że warto zacząć właśnie od tej pozycji i sprawdzić jakie były początki kariery naszego żandarma-terminatora.


Moja ocena to: 7/10

czwartek, 12 marca 2015

Rafał Socha - "Kredyt na żula"

Jak być może pamiętacie pan Rafał Socha miał już okazję rozgościć się na moim blogu. W momencie naszego pierwszego spotkania (przy okazji recenzji powieści Jak Zostałem Bażantem) uważałem go za całkowicie anonimowego, początkującego pisarza, walczącego na niewątpliwie trudnym i wymagającym rynku czytelniczym. Rozpoczynając lekturę Kredytu na żula miałem już jednak pewne wyobrażenie na temat możliwości, które ten człowiek posiada. Z radością potwierdził on moją dotychczasową opinię, iż Rafał Socha dobrym pisarzem jest, a lepszym jeszcze się staje.

Zacznijmy od początku. A jak wiadomo na początku był chaos absurd. Czytając zbiór opowiadań Sochy trudno nie ulec wrażeniu, że materiałem z którego składa się jego świat nie są wcale dwudziestometrowe cegły (choć i one znajdą poczesne miejsce w jednym z opowiadań), ale potężne dawki groteski wymieszane z równie ogromną ilością ironii w stosunku 1:1. Tym razem z klimatów wojskowych przerzucimy się na bardziej prywatne kwestie. Poznamy dość abstrakcyjną wizję technikum budowlanego, w którym nasz bohater prowadzi zajęcia, wybierzemy się w niesamowitą wycieczkę z dwoma ekscentrycznymi, acz sympatycznymi policjantami, czy przyjrzymy się jednej z najdziwniejszych rozmów kwalifikacyjnych w historii. Trudno także pozbyć się wrażenia, że kompozycja przygotowana w tej antologii jest w pewien sposób połączona, choć jeśli mam być szczery najdobitniejszym tego przykładem okazał się nie tyle nasz bohater, co niesforny kompresorek powietrza, który w dużej części opowiadań miał dziwną tendencję do znajdowania się w otworze ciała ludzkiego, który zdecydowanie nie był przeznaczony do wkładania kompresorka powietrza...

I jeśli nawet przekaz pacyfistyczny pierwszej książki za bardzo do mnie nie trafił, to krytyka społeczna w opowiadaniach z tego zbioru wyszła autorowi bardzo fajnie. Bohater, którego losy śledzimy, to zwykły, szary Polak. Czasem daje się zmanipulować, czasem ostro walczy o swoje interesy, a czasem i w ryj dać potrafi dać... Śledzimy jego losy w najróżniejszych sytuacjach, zastanawiając się na każdym kroku ile rzeczywistości jest w tym całym absurdalnym otoczeniu. W niektórych momentach śmiałem się do łez, w innych bywało dość smutno, ale nie ukrywam, że książka niemalże na każdym kroku wzbudzała bardzo silne emocje. I choć zdarzały się momenty w których nie utożsamiałem się z bohaterem/autorem, to w większości sytuacji facet robił na mnie naprawdę przyzwoite wrażenie.

Choć książka niezmiernie mi się podobała nie sposób pominąć wad, którymi jest obarczona. Zacznę jednak od tego, że nie ma tu głównego elementu, który irytował mnie w przypadku pierwszej powieści. Autor zdecydował się na ograniczenie niesamowitej ilości oryginalnie brzmiących nazwisk bohaterów i nazw miejscowości. W poprzedniej książce było ich po prostu za dużo, choć sam pomysł okazał się rzeczywiście całkiem dobry. Problemem okazało się to, że jego nieustanne stosowanie zaczynało nużyć. Tutaj ten niewątpliwy defekt nie występuje. Pojawiła się za to inna kwestia, którą początkowo przyjąłem z ogromnym uśmiechem na twarzy, a która po około 300-setnej stronie zaczynała mnie drażnić. Otóż autor odrobinę przegina z opisem wszelkich przeżyć seksualnych. Gdy rozpoczynałem lekturę stanowiły one bardzo miłą odskocznię, były dość interesująco podane i często zabawne, ale gdy opisy te zaczęły się kumulować, zrobiło się dość niesmacznie. I nie zrozumcie mnie źle - zwykle takie kwestie mnie nie oburzają, ale wyobrażam sobie, co mogą poczuć bardziej wyczuleni czytelnicy... Przyznam też, że tytułowe opowiadanko - Kredyt na żula (jedno z najkrótszych zresztą) najmniej przypadło mi do gustu. Nie było zbyt zabawne, nie było aż tak groteskowe jak pozostałe, a co najgorsze odniosłem wrażenie, że całe jego przesłanie miało być wciskanym mi na siłę morałem, czego nie zwykłem raczej zbyt mocno doceniać.

Świat Sochy jest niesamowicie oryginalny. Ponoć trudno napisać coś, czego nie stworzyłby już ktoś przed nami, ale ten autor zdecydowanie to potrafi. Trudno nawet jednoznacznie orzec z jaką książką mamy do czynienia, ale jeśli miałbym sam sprecyzować tę niszę, to określiłbym ją jako niesamowicie wulgarną i kontrowersyjną obyczajówkę podlaną ogromną dawką absurdu. Wydaje mi się także, że jest to pozycja, której przeznaczeniem są raczej męskie łapy. Podobna literatura może bowiem nie trafić w co bardziej sentymentalne dusze czytelniczek, które oburzają się na wulgaryzmy, na sceny erotyczne, czy na niewybredne żarty prostych budowlańców. Szkoda, bo sama książka zdecydowanie ma w sobie coś więcej i z czystym sercem poleciłbym ją każdemu koledze - koleżance raczej bym się wahał :D

Mimo wszelkich wad znów jestem bardzo usatysfakcjonowany. Prywatnie sklasyfikowałem tę książkę na osiem oczek, ale nie ukrywam, że górę wziął tutaj mój chamski, mało wyszukany gust. Oceniłem ją tak wysoko ze względu na trafiający do mnie humor, serwowany w ciekawy sposób, który bez wątpienia poprawiał mój nastrój przez ładnych kilka dni. Doceniłem także różnorakie zabawy językowe, które umiłował sobie autor, próbując nawet w pewnym momencie nawiązać dialog z czytelnikiem. Obiektywnie muszę jednak zejść oczko niżej, ponieważ mam świadomość, że jest to literatura na tyle nietypowa, że zwyczajnie nie każdemu przypadnie do gustu.


Moja ocena to: 7/10 

niedziela, 8 marca 2015

Wolny strzelec (Nightcrawler) 2014

Spotykacie się czasem z ludźmi, którzy mają tendencję do dominowania w towarzystwie? Kobiety, które po wejściu do mieszkania kradną uwagę wszystkich wokół i skupiają na sobie wzrok płci wszelkiej? Polityków, którzy okupują każdy program publicystyczny? Ludzi oczytanych, którzy brylują w kulturalnym towarzystwie nie dając się Wam w żaden sposób wykazać? Facetów, którzy na imprezę przynoszą alkohol? Nikt z nich nawet nie zbliża się do poziomu Jake'a Gyllenhaala, który po prostu "zjadł" Nightcrawlera. W sumie bardzo słusznie postąpił biorąc pod uwagę fakt, że przygotowując się do swej roli schudł jakieś dziesięć kilogramów...  
Jake Gyllenhaal krzyczy jak szaleniec...
Film obejrzałem wyłącznie dzięki rekomendacji Patryka. Same opisy fabuły, trailery i inne informacje jakoś specjalnie mnie nie zachwycały. Ot, kolejna krytyka mediów, o których i tak zawsze miałem jak najgorsze zdanie. Okazało się jednak, że film o łowcy ludzkich katastrof, to najlepsza produkcja jaką dane mi było w tym roku oglądać.

Fabuła opowiada o losach Louisa Blooma. Jego główny fach to drobne kradzieże - poznajemy go właśnie w momencie, gdy podpieprza kawałek ogrodzenia, żeby opylić go złomiarzom. Już wtedy wiemy, że będziemy mieli do czynienia z niezłym gnojkiem. Stojąc na rozdrożu i poszukując konkretnej pracy Bloom trafia na wypadek samochodowy. Zaraz po próbujących ogarnąć sytuację policjantach, pojawiają się także dziennikarskie hieny - faceci filmujący różnorakie wypadki i sprzedający tak zdobyte materiały lokalnym stacjom telewizyjnym. Louis dzięki swej wrodzonej ciekawości podsłuchuje ile kasy można wyciągnąć na kręceniu podobnych rzeczy i od tego momentu postanawia pokierować własną karierą.
....uśmiecha się jak szaleniec...
Oczywiście facet jest bezkompromisowym, cynicznym i bezuczuciowym skurwielem. Przeszkadza ratownikom, żywi się nieszczęściem innych, nie uznaje autorytetów, a z czasem staje się coraz bardziej zaborczy, pewny swego i... wkurwiający. Właściwie każdy jego ruch, gest, ba, każdy jego krok oznajmia widzom, że mają do czynienia z jeszcze większą gnidą, niż początkowo mogli podejrzewać. Trudno nie docenić kunsztu Jake'a Gyllenhaala, który wydobył ze swej postaci wszystko co najgorsze. Nawet postura, którą ukształtował na potrzeby filmu jest imponująca. Chudy, blady, z długimi, potarganymi włosami jest prawdziwym obrazem szaleńca. Szaleńca całkiem interesownego inteligentnego i mającego ściśle określony cel trzeba by dodać...

Wbrew pozorom mimo bohatera, którego nie sposób polubić, film bardzo mocno wciąga. Wszystko wygląda przepięknie - żywe kolory, zabawa oświetleniem, imponująca scenografia - całość robi ogromne wrażenie i sprawia, że jest to obraz na który po prostu bardzo miło się patrzy.
....patrzy jak szaleniec...
Największym problemem całej produkcji jest chyba to , że sam pomysł na historię wypala się już w pierwszej części. Dostajemy złą postać, której działania eskalują się do momentu przesilenia. Zresztą sam ten moment można z łatwością przewidzieć. Nie ukrywam także, że mimo swych zalet, kilka scen było na tyle nużących, że na krótką chwilkę (bardzo krótką) przestałem zwracać uwagę na wydarzenia rozgrywające się przed moimi oczami. Zakończenie przywróciło jednak akcję na właściwe tory i było niesamowicie ekscytujące, zajmujące i przynajmniej według mnie satysfakcjonujące - szczególnie biorąc pod uwagę wszystkie wcześniejsze wydarzenia.

Uważam, że jeśli mógłbym coś z czystym sercem polecić, to byłby to właśnie Nightcrawler, który zapadnie mi w pamięć na bardzo długo. Szczególnie ze względu na genialną rolę pierwszoplanową, świetną realizację i ciekawe zakończenie. Przyznam także, że jestem mile zaskoczony - spodziewałem się czegoś znacznie bardziej irytującego, nużącego i silącego się na tanie moralizatorstwo. Sam fakt, że reżyser nie próbuje robić z widza idioty, dając mu szansę na interpretację wydarzeń rozgrywających się na ekranie, świadczy o tej produkcji niesamowicie dobrze.

...i...a zresztą, chyba wiecie do czego zmierzam...
Moja ocena to: 8/10 

PS. Wszystkim kobietom życzę dziś oczywiście wszystkiego najlepszego! W dowód mojej szczerości jeszcze raz Gyllenhaal :D

poniedziałek, 2 marca 2015

Ranulph Fiennes - "Elita Zabójców"

Odkurzanie mojego starego, poczciwego kundelka (Kindle 4.0) wiązało się zwykle z sesją, kiedy to następowała niesamowicie zażarta walka z materiałami maści wszelakiej. Ostatnio jednak, mimo pokaźnej liczby książek w wersji papierowej, także dla tego elektronicznego złodzieja czasu przeznaczyłem kilka chwil. Parę dni temu pisałem o książce Bernadetty Darskiej, którą nie byłem jakoś szczególnie zachwycony, dziś zaś czas na sztandarową pozycję Ranulpha Fiennesa - pisarza, polarnika i byłego żołnierza SAS.

Fabuła książki wydaje się początkowo bardzo skomplikowana. Synowie pewnego zafarskiego szejka giną w walkach partyzanckich przeciwko Sułtanowi Omanu. Problem pojawia się w momencie, gdy wychodzi na jaw, że za śmierć tychże synów odpowiadają żołnierze SAS, których zadaniem było szkolenie armii Sułtana. W tym momencie kumple szejka mówią mu: "Słuchaj stary, albo dokona się thaa'r i pomścisz swoje dzieci, albo możesz wypierdalać z naszej pustyni". Początkowo szejk po prostu odchodzi, ponieważ ma w cholerę kasy, więc co będzie z tymi ciołkami siedział na pustyni? Po kilku latach okazuje się jednak, że ostatni z jego synów ma szansę na zdobycie prominentnej pozycji w rządzie Omanu, ale musi odzyskać poparcie i pozycję wśród tych ziomków z pustyni. Szejk, jako dobry tatuś, organizuje więc zespół zabójców, który ma wykończyć żołnierzy SAS, nagrać ich przyznanie się do winy i upozorować śmierć w wypadku. Nie pytajcie dlaczego - bo tak i koniec. I co, myślicie że to wszystko? Ahh, Wy moi drodzy, naiwni czytelnicy. Otóż nie! W Wielkiej Brytanii bowiem działa nieoficjalna "Klinika". Stowarzyszenie byłych członków SAS zajmujące się eliminacją przestępców, z którymi nie radzi sobie policja. Ot, taka straż sąsiedzka, tylko bardziej zabójcza. Podsumowując: dochodzi więc do konfliktu między zespołem wynajętych zabójców i "Kliniką" SAS. Efekt może być tylko jeden: gruby rozpierdol.

Świetną sprawą jest nie tylko ta skomplikowana intryga, nie tylko świetnie zarysowani bohaterowie - każdy na swój sposób charakterystyczny - nawet nie mnóstwo akcji, która od pewnego momentu pędzi na złamanie karku, ale głównie autentyczność tej całej historii. Ba, zakończenie w którym pojawia się sam Fiennes było tak realistyczne, że ponoć rząd Wielkiej Brytanii musiał wydawać specjalne oświadczenie dementujące prawdziwość przedstawionych w książce wydarzeń - choć ja po tej lekturze wciąż mam pewne wątpliwości. To jest kawał naprawdę przekonującego thrillera politycznego.

Ma jednak też swoje wady. Poziom skomplikowania tej historii jest na tyle duży, że przebicie się przez pierwsze sto stron może skutkować zawałem. Mnóstwo postaci, mieszające się wątki, retrospekcje, nawiązania historyczne - cóż, początek nie należy do najłatwiejszych. Z czystym sercem przyznaję jednakże, że dalsza część powieść wynagrodziła mi te cierpienia z ogromną nawiązką.

Moja ocena to: 8/10


PS. Na podstawie książki powstał także film o tym samym tytule. Historię oczywiście spłycono i zdecydowanie przemeblowano. Ograniczono się do stworzenie typowego, hollywoodzkiego kina akcji ze Stathamem, De Niro i Clivem Owenem. O ile książka tworzyła ciekawą, brudną atmosferę, to kinowa wersja ogranicza się do sportretowania dobrych zabójców (co w kontekście książki wydaje się dość absurdalne) i złych, zdegenerowanych żołnierzy SAS. Oczywiście musiało być prosto i przewidywalnie, coby głupi widz się nie pogubił. Jest to jednak całkiem fajny film do piwka, z kilkoma książkowymi nawiązaniami, ale jeśli mam być szczery, to obie wersje różnią się diametralnie. Nie widzę wielkiego sensu w ich porównywaniu.