czwartek, 25 czerwca 2015

David Remnick - "Grobowiec Lenina"

Grobowiec Lenina Davida Remnicka, przeczytałem głównie dzięki rekomendacji Arka. Po raz pierwszy spodziewałem się, że polecił mi on naprawdę dobrą książkę, gdyż mimo znacznej różnicy naszych czytelniczych gustów, książki historyczne zawsze stanowiły pewne pole obopólnego porozumienia. Nie inaczej jest w przypadku świetnego Grobowca...

Wydawnictwo Magnum znane jest z doskonałych i pasjonujących pozycji historycznych. Tym razem zaoferowało nam świetne studium dotyczące rozpadu ZSRR i przede wszystkim upadku największego reżimu totalitarnego w historii Europy - reżimu KPZR. Grobowiec Lenina nie jest jednak typową książką historyczną, przypominającą znienawidzone przez wielu podręczniki akademickie. Jest to zaskakująco ciekawy reportaż, który nie tylko okazuje się bardzo przyswajalny dla laika w tym temacie, ale także stanowi niezaprzeczalnie świetne źródło wiedzy z tzw. "pierwszej ręki". Z całą pewnością to właśnie obecność Remnicka podczas okresu pierestrojki wśród najwyższych sfer "wierchuszki" , sprawiła, że otrzymaliśmy tak doskonałe, przemyślane opracowanie. Jako korespondent Washington Post i niezależny dziennikarz mógł on dzięki temu przedstawić nam ówczesną Rosję zarówno z punktu widzenia wieloletnich dysydentów, zwykłych obywateli, jak i funkcjonariuszy partyjnych oraz członków podległej im armii biurokratów.

Cieszę się, że Remnick podszedł do tej pracy tak poważnie. Multum wywiadów, ciekawe komentarze autora oraz doskonałe zobrazowanie sytuacji państwa radzieckiego znajdującego się u swego kresu, stanowią prawdziwą pożywkę dla miłośników historii ZSRR. Remnick przedstawia nam jednak całą masę opowieści zwykłych ludzi - zarówno tych od lat ciemiężonych, jak też tych obawiających się utraty swoich przywilejów. Nie ukrywam, że momentami refleksje amerykańskiego reportera czytało się jak świetną powieść obyczajową.

Uważny czytelnik pozna też zaskakująco wiele opinii obywateli Związku Radzieckiego na tematy niezwykle kontrowersyjne. Dowiemy się jak poszczególne grupy społeczne odnosiły się do rewolucji październikowej, rządów Stalina, odwilży Chruszczowa, rosyjskich dysydentów, pisarzy pokroju Sołżenicyna, czy głośnych wydarzeń, takich jak wojna w Afganistanie, czy wybuch elektrowni w Czarnobylu. Dzięki tej książce zdecydowanie łatwiej zrozumieć zachowanie poszczególnych przywódców i członków partii, poznać ich ideologię i sposoby podejmowania decyzji - nie oznacza to jednak, że totalitaryzm w radzieckim wydaniu staje się przez to mniej straszny.

Choć lektura ta bardzo przypadła mi go gustu, mam do niej jedno, prywatne zastrzeżenie. Nie jestem oczywiście zbyt wykształcony na polu historycznym, ale dlaczego Remnick przedstawił Chruszczowa jako "dobrego wujka-rewolucjonistę"? Faceta, który chciał przeprowadzić zmiany liberalizujące ZSRR, ale któremu zabrakło czasu? Po zakończeniu lektury naprawdę ma się wrażenie, że był to całkiem sympatyczny facet, który zachowywał się fair, ale na miarę swoich czasów. Nie licuje to jednak z osobą Chruszczowa przedwojennego - sekretarza KC WKP(B) Ukrainy, którego za zbrodnie nigdy nie rozliczono. Przypomnieć należy również, że kryzys kubański nie był wcale dziełem jakiegoś podłego Stalina, ale właśnie tego liberalnie nastawionego Chruszczowa. Cóż, jest to właściwie jedyna kwestia, która, moim zdaniem niesłusznie, została pominięta przez autora Grobowca Lenina.

Należy jednak zaznaczyć, że biografia Chruszczowa nie jest tematem przewodnim opisywanej pozycji. Jest nią za to pierestrojka i droga do rozpadu kolosa na glinianych nogach, czyli Związku Radzieckiego. W tej zaś niszy chyba trudno byłoby znaleźć jakiekolwiek choćby porównywalnie dobre opracowanie.


Moja ocena to: 8/10

poniedziałek, 22 czerwca 2015

iZombie (2015)

Filmweb: 7,4/10; RottenTomatoes: 91%; Metacritic: 7,8/10; IMDb: 8,1/10. Tak w przybliżeniu kształtują się oceny niesamowicie ciepło przyjętego przez widzów serialu iZombie. Amerykańska komedia kryminalna z elementami paranormalnymi okazała się idealnie trafiać w gusta wielu widzów na całym świecie. Po obejrzeniu pierwszych jedenastu odcinków nie mam jeszcze jednoznacznej odpowiedzi na pytanie "dlaczego?", ale za to wciąż pracuję nad kilkoma teoriami.

Zacznijmy od fabuły. W pierwszym sezonie dane jest nam śledzić poczynania Olivii Moore, pięknej studentki, której życie (a raczej nieżycie) zmienia się diametralnie po pewnej, dość dzikiej imprezie. Okazuje się bowiem, że w zabawie postanawia wziąć udział najprawdziwszy zombie. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawia zaś, że zarażona zostaje także sama Liv. Nie czyni to z niej  jednak konwencjonalnej odmiany zombie - to wciąż seksowna laska, której jedyną wadą jest konieczność spożywania od czasu do czasu ludzkich mózgów. W celu uniknięcia nieprzyjemności Liv zatrudnia się w biurze koronera, stanowiącym dogodną, całodobową stołówkę. Co ważniejsze dzięki spożywaniu tak niecodziennych posiłków, uzyskuje ona zdolność do odczytywania strzępków informacji zakodowanych tam przez poprzednich posiadaczy. W obecności detektywa z którym współpracuje, odgrywa więc rolę posiadającego wizje medium. Jeśli macie jakieś wątpliwości jest to próba połączenia Psych-a, Bones i Dexter-a. Największym problemem tej produkcji jest to, że nie dorównuje żadnemu z powyższych seriali.

Po produkcji z zombie spodziewałem się, że będzie ona nie tylko niesamowicie krwawa, ale także, że czarny humor będzie stał w niej na najwyższym poziomie. Nie ukrywam, że czuję się w tej kwestii odrobinę zawiedziony. Serial jest kolorowy, niczym świąteczna choinka. Nasza blada bohaterka stanowiłaby świetny kontrast, ale również jej kreacja, to naprawdę pozytywna dziewczyna - często żartująca i prowadząca banalne dialogi. Ot, zwykła osoba zamieniona w zombie. Niby fajnie jeśli komuś się to podoba, ale dla miłośników mroczniejszej odsłony żywych trupów, stanowi to ogromny zawód. Do tego warto wspomnieć o szalenie kolorowych, sztucznie wyglądających mózgach, raczej skąpej krwistości serialu i banalnych w gruncie rzeczy zagadkach. Myślałem, że głównym czynnikiem, który pociągnie ten serial będzie humor. Tu jednak też miałbym jedno zasadnicze zastrzeżenie. Większość żartów, które padają w iZombie już gdzieś słyszałem. Z jednej strony nie da się ponownie wynaleźć koła i jeśli ktoś ogląda sporo parodii filmów grozy, to musiał się na pewne rzeczy natknąć, ale z drugiej, robiąc serial w takiej konwencji, scenarzyści mogli popracować nad wystarczającą liczbą zabawnych, nowatorskich sytuacji do chociażby jednego sezonu. Mógłbym naprawdę sporo puścić w niepamięć, bowiem kilka odcinków rzeczywiście miało w tej kwestii swoje momenty, ale żarty typu "I'm shocked" w momencie badania zwłok kobiety porażonej prądem, ogrywane były nawet w Psychu - bardzo lightowym serialu kryminalnym. Słabo. Do tego oczywiście dość irytujące sprawy sercowe naszej pięknej zombiaczki. Wkurzało to szczególnie w pierwszych kilku odcinkach, gdy zamiast na prowadzonym śledztwie skupiano się na tym kto z kim teraz jest, dlaczego i czemu zombie tak trudno odnaleźć prawdziwą miłość, itd. Chyba nie muszę wspominać, że to nie jest coś, co mi się zbytnio podoba. W kwestii zaś samych zagadek, które mogłyby stanowić naprawdę ciekawe wariacje tego co już znamy, także raczej się nie popisano. W pierwszych sześciu odcinkach błyskawicznie odgadłem tożsamość czterech morderców. Później przestałem nawet liczyć, gdyż stawało się to coraz łatwiejsze.

Teraz jednak słówko o tym co mi się podobało. Całkiem wciągający okazał się wątek główny, który systematycznie budowano od samego początku. Wyłącznie dzięki niemu mam ochotę obejrzeć pozostałe dwa, czy trzy odcinki. Podobała mi się również konstrukcja niektórych bohaterów. Choć jak przystało na serial młodzieżowy (tak, wydaje mi się, że taka klasyfikacja jest uzasadniona) są oni bardzo stereotypowi, to wciąż ich kreacje mogą się podobać. Nie ukrywam, że moim ulubionych protagonistą był "chłopiec doskonały" - Major. Facet jest niesamowicie uparty i póki co całkiem rozsądny. Nieźle uzupełniają go inne męskie postaci - detektyw Clive Babinaux, czyli ostatni sprawiedliwy glina, a także dr Ravi - szef naszej bohaterki, jedna z nielicznych postaci znająca jej sekret. Ba, nawet czarny charakter, Blaine, również zombie, nie jest taki jednowymiarowy i tragicznie sportretowany jak na pierwszy rzut oka mogłoby sie wydawać. Całość uzupełnia oczywiście słodka Olivia - czasem irytująca, ale przynajmniej na tyle ładna, że można jej to spokojnie wybaczyć.

Czy to dobry serial? Moim zdaniem jest bardzo przeciętny. Opiera się na jednym pomyśle, który ma go ciągnąć do przodu bez względu na wszystko. Gdyby nie miejscami niezły humor i wplecenie w akcję najprawdziwszych zombiaków, mielibyśmy do czynienia ze zwykłym średniakiem. W tej odsłonie udało mu się jednak przekonać do siebie publikę. Ba, jeśli chcecie wiedzieć co jeszcze przekonało widzów do śledzenia losów Olivii, wystarczy zerknąć na zdjęcia bohaterów.

Podsumowując: swoją przygodę z iZombie zapewne skończę po pierwszym sezonie. Wydaje mi się, że jest zbyt wiele świetnych i nie tak odmóżdżających (niach, niach) produkcji, które warto zobaczyć, że zwyczajnie nie warto tracić czasu na aż tak banalne, stereotypowe i przewidywalne historie. Ale cóż, jeszcze dwa odcinki przede mną więc trzymajcie kciuki - może mi też uda się odkryć tę magię, którą dostrzegł niemal cały filmowy świat...


Moja ocena: 5/10 (choć miliony much...)  

niedziela, 14 czerwca 2015

Marian Keyes - "Arbuz" [Kaszana Czelendż 2/2015]

To, że nie jestem specjalistą w recenzowaniu literatury kobiecej, jest znacznym niedopowiedzeniem. Nienawidzę schematycznych wątków obyczajowych, rozwodzenia się nad emocjami bohaterów, czy też czytania o codziennych, prowizorycznych czynnościach, które kobiety muszą wykonywać, a nam, facetom tego oszczędzono. Oczywiście osoby biorące udział w Kaszana Czelendż dobrze o tym wiedzą, dlatego z premedytacją wybrały mi do przeczytania "Arbuza" - książkę, która nie tyle minęła się z moimi upodobaniami, co wywołała niekontrolowaną, ale jakże szczerą agresję. Na świat, na literaturę, ale głównie na sprawcę mojego nieszczęścia - Cynamonowego. Nie zliczę nawet ile razy podczas lektury życzyłem tej kobiecie śmierci i chciałbym nawet powiedzieć, że teraz trochę mi z tego powodu wstyd, ale jeśli przeczytacie "Arbuza", będziecie wiedzieli, że to i tak byłby dla niej najniższy wymiar kary. 

Zacznijmy od tego, że z przyzwyczajenia będę używał słów: "powieść", "książka", "dzieło". Oczywiście "Arbuz" nawet nie leżał koło prawdziwej książki, ba, nie otarł się o to, co śmiertelnicy zwykli nazywać literaturą, ale dla porządku posłużę się ogólnie przyjętym słownictwem. 

Krótko o fabule. Jeżeli kiedykolwiek śledziliście jakąś telenowelę dłużej niż przez dwa odcinki, nie znajdziecie tu nic zaskakującego. Claire, młoda mamuśka zostaje opuszczona przez swojego męża, Jamesa*. Wraca więc do rodzinnego domu wypłakując się już od progu swoim rodzicom. W Dublinie, miejscu zamieszkania Claire, rezydują także jej dwie młodsze siostry - bodajże Helen i Anne, ale nie przejmujcie się natłokiem nazwisk - przez większą część powieści i tak będziecie mieli na te dwie dziewuchy kolokwialnie mówiąc "wyjebane". Teoretycznie mają one wnosić do książki humor, polot i odrywać zmęczonego uczuciami Claire czytelnika, od poważniejszych dylematów głównej bohaterki. W rzeczywistości jedna z jej sióstr jest rozpieszczonym gówniarzem, którego miałem ochotę lać po mordzie, a druga ćpunką "uduchowioną", czyli wierzącą na serio w duchy, horoskopy i uczciwość w PZPN-ie. W momencie, gdy nasza bohaterka kończy przechodzić przez wszystkie fazy depresji, w jej życiu pojawia się młodszy o pięć lat Adam. W chuj fajny jest generalnie. Ładny, miły, nie bije po pysku. Claire ma to szczęście, że właśnie wtedy zrasta jej się pochwa, więc hops, na Adama. Akurat gdy zaczyna jej się wszystko układać, do rodzinnego domu Claire przybywa jej mąż. Mówi coś w stylu: "ty głupia cipo, to przez ciebie cię zdradziłem - klękaj do miecza i od dzisiaj masz być grzeczna oraz wiernie służyć swemu panu". Claire stwierdza, że cholera, chyba faktycznie przez nią, to trzeba by do Jamesa wrócić. Mówi więc Adamowi - "sory młody, poruchalim, było fajnie, ale mój mąż czeka, muszę go przeprosić". Adam na to: "ej laska, pogięło Cię, przecież on tobą manipuluje jak jakimś gówniarzem". Ona mu na to: "no i chuj", po czym postanawia, że pojedzie znów zamieszkać z Jamesem w Londynie. Przed wyjazdem dzwoni jednak do biura w którym James pracuje i od jego kolegi dowiaduje się, że faktycznie, gość nią manipulował. Wraca do Jamesa na jedną rozmowę i mówi mu: "ty kutasie, manipulujesz mną". On jej na to: "no i chuj". Claire wraca więc do rodzinnego domu, by tam okazało się, że Adam wciąż ma na nią ochotę i żyją długo i szczęśliwie. Widzicie? Oszczędziłem Wam cierpień - dzięki mnie nie musicie czytać tych pierdół. 

Teraz warto by wspomnieć o samej książce. Doświadczyłem najbardziej irytującego stylu wypowiedzi w historii. Teksty typu: "tak byłoby w typowym harlequinie, ale w życiu układa się różnie" doprowadzały mnie do szału. Przecież to nic innego jak typowy, jebany harlequin, z którego dodatkowo wycięto jedyne rozsądne fragmenty - sceny seksu. Nie dzieje się tu, kurwa, kompletnie nic. Najpierw Claire siedzi i płacze, później się ubiera, później karmi dziecko, później siedzi i płacze - no kuuuuuuurwa! Jaką motywację może mieć ktoś czytający takie książki? Oderwania od rzeczywistości to przecież nie zapewnia, bo przedstawia najgorsze i najbardziej przejebane fragmenty rzeczywistości, bohaterka jest nie tylko sztampowa, ale wykazuje się do bólu idiotycznym zachowaniem, zaskoczenia nie ma, bo książka jest przewidywalna jak komary na grillu, wiedzy nie da się wynieść z tego żadnej, kurwa, kompletnie żadnej. Autentycznie czuję, że poziom IQ przez tę lekturę spadł mi dramatycznie - czuje się jak małpa bawiąca się kawałkiem własnego gówna. No to może chemia między bohaterami? Ahahaha, o kurwa, spadłem z krzesła. Jedyna chemia między Claire i Adamem, to był domestos, którym próbowałem znieczulić się w czasie lektury. Oboje są tak suchymi postaciami, że chyba tylko przy Adamie Claire mogła zrobić się mokra. Bez jaj - jestem przekonany, że opis pedofila i jego ofiary jest bardziej romantyczny w niejednym kryminale. 

Nie jestem jednak fanem podobnych powieści, więc co ja tam się znam. Dla mnie jest to po prostu najgorsza książka, jaką czytałem w życiu. Jeśli nawet zdarzało mi się spotykać pozycje nudne i bezwartościowe, to przynajmniej bez autentycznego wkurwu jaki temu procesowi towarzyszył. Ta książka zaś powaliła mnie na glebę, zniszczyła psychikę, podcięła mentalne żyły i wysikała się na mentalną mordę. Swoją drogą jeśli jest wśród Was osoba znająca się na prawie, to czy jest możliwość ubiegania się o odszkodowanie za trwały uszczerbek na zdrowiu, związany z przeczytaniem jakiejś powieści? 

Nie wystawiam dzisiaj oceny. Staram się nie stosować skali ujemnej, a niechybnie musiałbym naruszyć tę zasadę. Macie jeszcze parę cytatów, choć szczerze mówiąc nie sądzę, by warto było się nad tą "książką" dłużej rozwodzić.

"Pedziowaty ksiądz poruszył się gwałtownie" - "Pedziowaty ksiądz", to ksywa jaką nasza przemiła w chuj bohaterka nadaje jedynemu facetowi na lotnisku, który pomógł suce taskać bagaże - dajcie mi pierścionek, chcę się z nią ożenić...

"Nigdy nie sądziłam, że nadejdzie taki dzień, gdy przedłożę potrzeby kogoś innego ponad atrakcyjność moich cycków" - Jakie to altruistyczne z jej strony. 

"Na pewno żałowała, że nie wypożyczyła czegoś łagodniejszego, na przykład Horror w Amityville albo Masakra w Teksasie" - Nie znam żadnego filmu o tytule Horror w Amityville. Znam za to Amityville, albo Horror Amityville. Jak spierdolono tłumaczenie Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną nie chce mi się nawet wspominać. Ktoś tu wyraźnie zasłużył, żeby go zmasakrować.

"Czułam się zdezorientowana i zagubiona. A gdy trzeźwiałam, popadałam w ogromną depresję. Było mi naprawdę źle. to znaczy do momentu, gdy znowu się napiłam i alkohol podjął przerwane chwilowo działanie na moją psychikę" - Żaden cytat nie oddaje lepiej mojego stanu emocjonalnego podczas tej lektury.

"Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby nagle przez drzwi kuchni wparowały do środka dwa dinozaury, stanęły przy blacie, zjadły po kromce chleba z masłem, popiły mlekiem następnie włożyły swoje talerze i szklanki do zmywarki, a potem skłoniwszy się grzecznie, wybiegły na zewnątrz" - Też bym się nie zdziwił - po tej książce można się spodziewać wszystkiego (oprócz ciekawej historii, nieprzewidywalności, dobrego zakończenia, solidnych bohaterów itd...)

"Już dawno nie miałam do czynienia z tak wielką dawką skoncentrowanej męskości" - (w momencie poznania Adama) Warto zaznaczyć, że skoncentrowaną męskość tego bohatera, Claire będzie miała okazję poznać dogłębnie.

"Był zbyt piękny - na własną szkodę. Przydałby mu się jakiś feler. Albo dwa." Dobrze się składa, bo szczęśliwie Adam nie ma jaj.

"Nałożyłam makijaż. Byłam podekscytowana perspektywą wieczornego wypadu na miasto. Już zapomniałam, co oznacza miło spędzony czas" - około 1/3 książki. Ja też już zapomniałem.

"A teraz baw się dobrze. Obiecuję, że zadzwonię do ciebie, gdyby coś się działo" - Ogarnijcie perspektywę. Claire w drodze do baru martwi się o swoją córkę. Dzwoni więc z budki telefonicznej do matki, by ta sprawdziła, czy wszystko ok. Matka jej mówi, że zadzwoni, gdyby cos się działo. Ale kurwa gdzie zadzwoni? Do tej budki? W Irlandii jest tylko jeden bar? Czy ja jestem jakiś niekumaty?

"Wiem, ze jesteś mężatką - odezwał się cicho, zaglądając mi w oczy. - Nie śmiałbym robić sobie jakichkolwiek nadziei. Nie chcę czynić ci żadnych awansów. Chcę być twoim przyjacielem" - oczywiście chciało mu się ruchać - nie oszukujmy się. 

"Zwłaszcza gdy myślałam o kobietach w... w Chinach? Wiecie, one gołymi rękami pracują w polu, potem mówią: "Przepraszam na chwilkę", jakby chciały pójść do toalety na wytwornym przyjęciu, a tymczasem podnoszą sukienkę i wyskakuje z nich nowe dziecko - prosto na zaoraną ziemię albo do worka z nasionami" - jak stworzyć żart, który jest jednocześnie rasistowski, niezbyt śmieszny, infantylny i obrażający w jednej chwili jakieś 600 milionów ludzi? - patrz wyżej.  

"Pocałunek w czoło raczej nie kwalifikuje się jako wuzdany seks (...) Jednak było w nim tyle tęsknoty, delikatności, tyle swoistego erotyzmu, że był o wiele lepszy niż wyuzdany seks."- Po pierwsze śmiem wątpić, a po drugie: papież też czasem całuje wiernych w czoło. Mam coś podejrzewać?

"Dlaczego wszystkie pielęgniarki są zawsze piękne i seksowne?" Hahahahaha. Omg. ROTFL.

"Mogłabym godzinami opowiadać o tych skarpetkach" - wierzę, ale błagam - nie!

"I wtedy spod łóżka wyłania się cała armia brudnych slipek, przepoconych skarpet (...), książek Stephena Kinga(...)" - ej lala, od Kinga, to Ty się odstosunkuj. Tyś buty Stukostrachom powinna lizać, więc daj sobie na wstrzymanie, żebym Ci nie pokazał gdzie raki zimują, okeeeej?

"Być może domniemany lepszy seks wynika wyłącznie z faktu, że Adam miał większą Pulsującą Męskość niż James" - Pulsująca Męskość Adama zapierała dech w piersiach - nie mogłem przestać się zachwycać...

"Byłaś niemożliwa. Wykończyłaś mnie. Nie wiem, jakim sposobem tak długo z tobą wytrzymałem" -  moje uczucia w 3/4 lektury.

"W jedną noc nie nauczysz się płacić rachunków. Trzeba na to pracować. Pracować nad swoją odpowiedzialnością" - Wiecie co? To nie jest nawet metafora. James naprawdę wmówił Claire, ze zdradził ją, bo musiał zajmować się płaceniem rachunków. Mistrzu - ucz mnie!

"Jezu, czy kiedykolwiek byłam ze wszystkiego zadowolona?" - Taaaak, też nasuwało mi się to pytanie gdzieś tak od POCZĄTKU LEKTURY!!!!

*Nie wiem, czy bohaterowie faktycznie noszą takie imiona. Nie mam zamiaru zaglądać do tej książki ani razu więcej, by się czegokolwiek upewniać. Jak żeście tacy ciekawi, to sami poszukajcie... 

środa, 10 czerwca 2015

Stephen King - "Stukostrachy"

Czytając negatywne recenzje książek Stephena Kinga, nigdy nie jestem do końca przekonany co do zasadności jakichkolwiek argumentów. Monotonny styl, który często zarzuca się amerykańskiemu pisarzowi, sprawia, że jeszcze bardziej wkręcam się w historię, wszelkie nudzenie związane z małymi społecznościami, uważam za niezwykle błyskotliwe analizy socjologiczne, mało satysfakcjonujące zakończenia najczęściej wydają mi się doskonale zamykać całość powieści tego autora. Dlatego też mocno wątpiłem, że jedna z najgorzej odebranych przez czytelników książek Kinga, może mi się nie spodobać. Nastawiałem się raczej na solidną lekturę, pozwalającą złapać oddech od poważniejszych tekstów. I kicha. Dupa. Porażka jak powołanie Pawła Sibika do kadry na mundial. Nie wiecie kto to Paweł Sibik? No właśnie...

Początek nie zapowiada jednak tragedii. Poznajemy bowiem żyjącą na odludziu, aspirującą do miana najlepszej w Maine pisarki westernów - Robertę Anderson. Bobbi pewnego pięknego dnia wybiera się do lasu, by w drodze powrotnej potknąć się o pewien tajemniczy obiekt. Nie jest to jednak zużyta prezerwatywa, ani skórka od banana, tylko dziwny, nieznany kawałek metalu zakopany głęboko w ziemi. Pierdolony statek kosmiczny. Nie, nie jest to żadna metafora, przenośnia, alegoria, czy inne trudne słowo, tylko prawdziwy wehikuł obcej cywilizacji. Przyznacie, że autor popisał się tu sporą wyobraźnią. Chwilowo porzucamy jednak naszą bohaterkę i przenosimy się gdzieś, w cholerę daleko, by poznać drugiego kluczowego bohatera. Jest nim przyjaciel Bobbi - Jim Gardener, nałogowy pijak, poeta, gość który w zamroczeniu alkoholowym strzelił kiedyś do swojej żony. Naprawdę sympatyczna postać. W momencie, gdy nasz Jim planuje popełnienie samobójstwa, jakiś głos w jego głowie (a jakże) sugeruje mu, że Bobbi ma kłopoty. Jak przystało na rycerza, który przepił już i konia i zbroję, Jim rusza stopem do Haven, miejscowości w której niebawem wybije, tym razem metaforyczne, szambo.

Póki co nie jest źle. Dwójka bohaterów, którzy są stosunkowo ciekawi i jeden poroniony pomysł. W tym momencie czytelnik może się jeszcze łudzić, że ma przed sobą dobrą powieść. Przecież to King. Jeśli on nie rozegra tego sensownie, to już nikt nie da rady. Po przebrnięciu przez pierwsze trzysta stron, czyli standardową ilość tekstu służącego Kingowi za wstęp, zaczyna się rozwijać działalność tytułowych Stukostrachów. Czym są Stukostrachy? Cholera wie. Teoretycznie są to obcy, którzy przybyli na wspomnianym już statku kosmicznym, ale równie dobrze Stukostrachem może być sam spodek. Albo Twoja Stara. Sprawiają oni, że mieszkańcy Haven przemieniają się w geniuszy. Z kilku baterii tworzą mini-generatory, samopiszące maszyny, platformy hydrauliczne zasilane siłą woli i w cholerę innego badziewia. W dodatku umożliwiają mieszkańcom Haven i okolic porozumiewanie się za pomocą myśli. Już w tym momencie chciałbym powiedzieć dość. Tych motywów jest za dużo i powoli zaczynają zakrawać o śmieszność. Ale nie. King postanowił, że konsekwencją tych skutków będzie: utrata duszy (mieszkańcy stają się bezwolnymi narzędziami Stukostrachów), wypadanie zębów, krwawienie z otworu (nie przejmujcie się, każdy otwór ma swoje pięć minut w tej kwestii), czy rosnące... macki. Jest to moment w którym czytelnik musi sprawdzić okładkę, by upewnić się, czy ma do czynienia ze znanym sobie autorem.

Co robi w tym momencie nasz bohater - Jim? Ohh, przez szczęśliwy zbieg okoliczności jego ta cała przemiana nie dotyka. Postanawia więc, że póki co będzie łoił wódę, pomagał odkopywać statek zainfekowanym mieszkańcom Haven i miał wyjebane na wszystko co się wokół niego dzieje. Jego uaktywnienie się dopiero w finałowych scenach sprawia, że jest to najbardziej rozleniwiony bohater pierwszoplanowy, jakiego spotkałem na swojej drodze.

Wspomnijmy jednakże o tym co najważniejsze - elementach grozy. Autor próbuje nas straszyć między innymi: dzieciakiem wysłanym przypadkowo do innej rzeczywistości, laską, która wysadza się w powietrze otoczona swoimi lalkami i... latającym odkurzaczem. Zdecydowanie zazdroszczę autorowi wyobraźni, ale nasuwa mi się też pewne pytanie: CO TO KURWA JEST?! Czy ja też znalazłem się w innej rzeczywistości? Czy świat wokół mnie jest realny? Może to tylko fikcyjny Altair-4, magazyn kosmiczny ze słabymi powieściami, do którego przez przypadek trafiłem. Przez chwilę zdołałem się w ten sposób łudzić, ale nie: to byłem tylko ja, leżący na łóżku, puszczający bąki i czytający jedną z najgorszych książek jakie w swojej karierze wypuścił Mistrz.    

Nie chcę być całkiem krytyczny, bowiem styl Kinga pozwala mu się wybronić nawet przy opisie formowania kału w jelicie grubym, pozwalając mu zainteresować i w pewien sposób przyciągnąć czytelnika na dłużej. Nie inaczej jest tutaj, bowiem książka paradoksalnie czyta się bardzo szybko i momentami nawet z przyjemnością. Gdyby jednak szybkość pochłaniania danej lektury stanowiła najistotniejszy element, zostałbym przy przygodach pirata Rabarbara. Nie chcę jednakże oceniać negatywnie gustu ludzi, którzy mają o tej książce dobrą opinię. Mam świadomość, że mi zwyczajnie zabrakło cierpliwości. Gdy powieść zaczynała już przypominać najlepsze momenty z Pod Kopułą, dostawałem po ryju unoszącą się w powietrzu maszyną z napojami, gdy zaczynałem interesować się historią danego bohatera, ten ginął, albo został spychany na dalszy plan. Zaskoczyło mnie tylko zakończenie, bowiem spodziewałem się, że utrzyma niski poziom całości - okazało się jednak całkiem niezłe i nieprzesłodzone.

Podsumowując: Stukostrachy przypominają trochę spleśniały placek. Niby to wciąż ciasto, które może okazać  się dla kogoś całkiem strawne, istnieje jednak uzasadnione ryzyko, że wywoła odruch wymiotny, biegunkę i chęć zamordowania waszego ulubionego piekarza. Niestety jeśli kupowaliście od niego przez całe życie, kupicie i zeżrecie także to. Skoro postawiliście sobie za cel spróbować wszystkiego co oferuje King, nie sposób ominąć też Stukostrachów. Jeśli jednak pragniecie dopiero zacząć swoją przygodę z Amerykaninem, trzymajcie się od tego cholerstwa daleko.


Moja ocena to: 4/10 (bo King)

niedziela, 7 czerwca 2015

Migawki z finału Ligi Mistrzów

1. Wygrał faworyt:

Tym razem obyło się bez większej niespodzianki. Choć finały Ligi Mistrzów potrafią być nieprzewidywalne, tegoroczna edycja potoczyła się zgodnie z prognozami wszystkich znanych mi specjalistów (czyli moimi). Barcelona zwyciężyła w regulaminowych dziewięćdziesięciu minutach z hakiem, w którym to haku włożyła szpilkę w miękką jak Jabba the Hutt i wymęczoną jak polski górnik obronę Juve (tak, zagalopowałem się trochę z tym porównaniem).

2. Odejście Legend:
Xavi Hernandez płaczący podczas ceremonii pożegnania na Camp Nou (źródło: telegraph.co.uk)

Xavi Hernandez po raz ostatni w swej piłkarskiej karierze chwycił Puchar Ligi Mistrzów, po czym sam został chwycony przez gang piłkarzy Barcy pod przewodnictwem Ivana Rakitica. Gdy wędrował tak wesoło w górę, mnie też chwycił - za serducho - bowiem znamy się od kiedy ja zacząłem poznawać Barcelonę. I tak odchodzi pierwsza legenda, której losy miałem okazję śledzić przez wiele wspaniałych lat. W pięknym stylu. Niestety odchodzi też szansa Adrei Pirlo na zdobycie tego tytułu, gdyż jeden z najlepszych środkowych pomocników w historii futbolu opuszczał boisko z bardzo smutnym wyrazem twarzy. Jako że był to jeden z moich ulubionych piłkarzy i z pewnością najinteligentniejszy rozgrywający, którego miałem okazję podziwiać, nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że mecz ten niósł ze sobą naprawdę szeroką gamę emocji.

3. Komentator:
Szpakowski nadal jest w formie, co potwierdził sobotniego wieczoru. Pal licho, że gdy schodził Morata ten obwieścił nam zejście Marchisio, ale kwiatek w stylu: " Juve nie strzeliło w tej edycji Ligi Mistrzów żadnej głowy bramką", to już najwyższa forma komentatorska. Ale cóż z tego, gdy nie tylko przyzwyczaiłem się do wpadek pana Dariusza, a zdążyłem je nawet polubić? Uwierzcie mi, że w tym kotle emocji, jaki zaserwowali nam mistrzowie Hiszpanii i mistrzowie Włoch, nic nie mogłoby mnie bardziej rozbawić i odprężyć.
Wydawałoby się, że to tylko niewinna bramka, ale w wolnych chwilach ona zdobywa głowy...
4. Transfery:
Finał LM stał pod znakiem genialnych ruchów transferowych obydwu klubów. Bramki dla Barcy strzelali kolejno Rakitic (pierwszy rok w klubie), Suarez (pierwszy rok w klubie) oraz Neymar (drugi rok w klubie). Morata, który umieścił piłkę w siatce Barcelony, gwarantując widzom emocje do samego końca, również zasilił szeregi Starej Damy w ubiegłym roku. To jednak nie wszystko. Obydwie jedenastki bowiem zaliczyły niesamowite sezony. Z ogromnymi oczekiwaniami powitam więc nadchodzące okienko transferowe, gdy rozstrzygną się losy niesamowitego Paula Pogby, obiektu pożądania Bayernu - Sergio Busquetsa, czy grającego same ogony w klubie z Katalonii - Pedro Rodrigueza. Już dziś można poczuć jak w powietrzu unosi się smród arabskich petrodolarów (co w związku z ostatnimi powiązaniami szejków ze wschodnimi modelkami i tak nie wygląda wcale najgorzej).
Takiego świetnego piłkarza da się kupić w każdym sklepie ze świetnymi piłkarzami...
5. Ślizgawka:
Trudno oszacować czy murawa berlińskiego stadionu przystosowana została do jazdy figurowej, czy raczej do spotkania piłkarskiego. W pięknym stylu wychrzanił się Marszczerano (Mascherano), później pięknie pieprznął Messi. Konkretne upadki zaliczyli też Pogba i Evra. Pytanie czy to właśnie efekt działania magii finału, czy raczej mocno nawilżona murawa (R Kelly - ty podła bestio...).
Oczywiście gif nie pochodzi z tego spotkania, ale przyznacie, że i tak jest niesamowicie słodki?
6. Sędzia:
Cichy bohater meczu. Naprawdę nie wiem do czego mógłbym się przypierdolić, więc uznaję występ arbitra za bardzo przyzwoity. Pozwalał grać dość agresywnie, nie gwizdał naciąganych karnych (z obu stron), dał radę zapanować nad ogromnymi emocjami na boisku i wreszcie - udało mu się nie dopuścić do tego, by Luis Suarez zjadł któregoś z piłkarzy Juve. W dodatku wykazał się ogromną cierpliwością nie przydzielają żółtych kartoników piłkarzom, którzy chcieli z nim porozmawiać. Nawet jeśli zabiegali o atencję wsadzając mu palce w oczy. Moim zdaniem jeden z najlepszych występów arbitrów w meczu takiej rangi.  
Cuneyt Cakir - najlepszy towar eksportowy Turcji zaraz po kebabie i swetrach.

Podsumowując: mamy za sobą kolejny, piękny finał Ligi Mistrzów. Finał pełen emocji i boiskowych legend. I choć zajmują nas na co dzień książki, filmy i inne pierdoły, to warto wiedzieć coś więcej także o tym, niesamowitym dla wielu ludzi na całym świecie, wydarzeniu. Bo przecież z najmniej ważnych rzeczy, piłka jest najważniejsza ;)

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Paul (2011)

Już po raz czwarty miałem przyjemność zaliczyć Simona Pegga i Nicka Frosta. Oczywiście wyłącznie w filmowym znaczeniu.  Kosmita Paul, to kolejna, niesamowicie zabawna produkcja, w której jeden z najlepszych duetów komediowych wszech czasów udowadnia, że da się jeszcze tworzyć pełne humoru obrazy kinowe.

Fabuła nie należy do zbyt skomplikowanych. Dwóch geeków wybiera się na największy festiwal komiksowy w Stanach Zjednoczonych - Comic Con. Podczas podróży po JuEsEj zgarniają nietypowego autostopowicza - kosmitę Paula. W pościg za naszymi bohaterami błyskawicznie ruszają faceci w czerni, czyli wbrew pozorom - zwyczajne FBI.

Wiem, że filmy z obcymi w rolach głównych są już wyeksploatowane do granic możliwości, wiem, że spodki kosmiczne stały się wręcz absurdalnym motywem w każdej możliwej dziedzinie (od kina po literaturę), wiem również, że małe, zielone ludziki budzą dziś tylko uśmiech politowania. Mimo wszystko jednak Paul wyszedł obronną ręką z każdej możliwej kliszy, jaką można by mu zarzucić. Solidnie napisane dialogi, świetna animacja samego Paula, czy nafaszerowanie filmu akcją z całą pewnością w tym nie przeszkodziły.
Facet w Czerni (Jason Bateman).
Gagi i akcja nie stały się jednak głównym punktem mojego zainteresowania. Paul stanowi bowiem niesamowicie przemyślany przekrój przez większość filmów o kosmitach, jakie miały okazję ujrzeć światło dzienne. Przejawia się to nie tylko w pełnych nawiązań dialogach, ale nawet w takich głupotach, jak naklejki samochodowe widoczne na drugim planie, czy koszulki, które noszą nasi bohaterowie. Ba, scenarzyści zrobili sobie również jaja z takich produkcji jak Indiana Jones, czy Titanic. Najważniejszymi żartami okazały się jednak te, dotyczące bezpośrednio innych produkcji o przybyszach z innej planety. Uważny widz znajdzie tu odniesienia do tak różnych produkcji jak E.T i Obcy. Zażartowano z Gwiezdnych Wojen, sprytnie nawiązano do Predatora, nie wspomnę nawet o dokonywaniu aluzji dotyczących agenta Muldera (Z archiwum X), czy Facetów w Czerni. Trudno nawet ukrywać, że jest to film, który doceni każdy geek. Oczywiście rozbawi on też osoby kompletnie niezwiązane z tematem, ale wówczas stracą one naprawdę sporo smaczków.

Największą wadą filmu jest jednak fakt, że został on odrobinę ugrzeczniony - szczególnie w odniesieniu do poprzednich produkcji z Peggiem i Frostem w rolach głównych. Zamiast przerysowanych i drastycznych scen, jakie oglądaliśmy w Hot Fuzz, czy Shaun of the Dead, tutaj dostajemy multum wulgaryzmów i jedną, dość kontrowersyjną rozmowę na temat wiary. Mi to absolutnie nie przeszkadzało, ale mam świadomość, że niektórzy uznają to za powód do zrezygnowania z seansu.
Paul-predator ;d
Podsumowując uważam, że jest to film wyróżniający się na tle innych komedii. Nie jest może tak dobry jak wspomniane wcześniej Hot Fuzz, ale wciąż reprezentuje wyższy poziom, niż większość produkcji, w których żarty opierają się na pierdzeniu, czy lataniu nago po mieście. Tutaj dostajemy humor zdecydowanie bardziej przemyślany, choć wciąż wystarczająco prosty w odbiorze i niewymagający wyrafinowanego smaku, by każdy widz spędził z bohaterami bardzo przyjemne chwile. Ten element zawsze stanowił niesamowitą siłę przyciągającą do filmów pisanych przez Simona Pegga i nie inaczej jest tym razem.


Moja ocena to: 7/10