wtorek, 28 lipca 2015

Stephen Clarke - "1000 Lat Wkurzania Francuzów"

Czy istnienie lekkiej, wakacyjnej książki historycznej, to wyłącznie legenda, mit jak heroiczne herkulesowe prace, szeroko otwarte bramy Walhalli, czy godziwe emerytury zapewniane przez ZUS? A może nawet w tej opowieści kryje się ziarno prawdy i gdzieś istnieje książka zarówno powiększająca zasób wiedzy czytelników jak i zapewniająca tony świetnej zabawy? Niezmiernie miło mi będzie zakomunikować Wam, czcigodni czytelnicy, iż taka książka istnieje. Warto również na wstępie przypomnieć, że ludzie darzący szczególną antypatią pozycje historyczne "nie znają się", dlatego do dalszej lektury zapraszam wszystkie te szlachetne i znakomite osobistości, które do tekstów o minionych czasach zwykły dołączać nieprzebrane ilości "ochów" i "achów" (albo przynajmniej samych "ochów").

Skąd to szczególne wyróżnienie? Otóż najwyraźniej pan Clarke nie zasłynął z pisania o stosunkach angielsko-francuskich, ale z humorystycznych powieści fabularnych, w których duży nacisk kładł na dowcipy związane ze stereotypowymi cechami francuskiego narodu. Dzięki mojej spostrzegawczości i niesamowitej bystrości umysłu zaobserwowałem, iż 1000 lat wkurzania Francuzów często łączone jest właśnie z takim rodzajem twórczości. Nic jednak podobnego. Książka ta prowadzi nas przez najważniejsze wydarzenia w dziejach tych dwóch nacji, przedstawione z punktu widzenia Anglika, który za Francuzami szczególnie nie przepada. Nie zabraknie tu więc takich wydarzeń jak zdobycie Anglii przez Wilhelma Zdobywcę, Wojna Stuletnia, egzekucja Marii I Stuart, rządy Ludwika XIV, rewolucja francuska, podboje Napoleona, I oraz II wojna światowa, czy walka o Kanał Sueski. Można rzec, iż jest to swoisty przegląd kluczowych momentów dla stosunków pomiędzy dwoma europejskimi potęgami. Przegląd okraszony jednakże wieloma mniej czy bardziej zabawnymi żartami dotyczącymi francuskiego podejścia do polityki zagranicznej.

Oczywiście nie jestem specjalistą jeśli chodzi o historię angielsko-francuskich przepychanek, gdyż moim postanowieniem i mottem życiowym od najmłodszych lat jest niespecjalizowanie się w niczym. Wiele wydarzeń opisywanych przez Anglika znałem jednak, lepiej bądź gorzej, z podręczników historii. Clarke w zasadzie przytacza u siebie informacje kluczowe dla zrozumienia problemu bez zagłębiania się w meandry polityki międzynarodowej. Wydawałoby się więc, że automatycznie deprecjonuje to wartość opisywanej pozycji sprawiając, że nie odróżnia się ona zbytnio od klasycznej literatury historycznej. Nic bardziej mylnego (czytał Radosław Kotarski). Nie jest ona bowiem wyłącznie próbą zakpienia sobie z kontynentalnego sąsiada, ale także zawiera całą masę ciekawostek o których najprawdopodobniej niewielu z czytelników wie. Ich tematyka jest dość szeroka: możemy się na przykład dowiedzieć czyim wynalazkiem była Gilotyna (i dlaczego nie francuskim) skąd pochodzi szampan (i dlaczego nie do końca z Francji), czy też dlaczego najlepsze wina francuskie nie są wcale do końca francuskie. Przyznacie, że już te aspekty każą nam podrapać się z zamyśleniem po głowie (lub po tym, po czym drapiecie się w zamyśleniu). Dalej jednak czytamy także o niezwykle interesującym temacie francuskich domów publicznych, kontrowersyjnej kanonizacji Joanny D'Arc, czy przyczynach niesnasek wewnątrzkoalicyjnych w czasie II wojny światowej. Wydaje mi się, że są to bardzo ciekawe kwestie i warto poświęcić im kilka chwil.

Tym bardziej, że sam język jakim posługuje się Clarke jest nienachalnie luzacki i przyjemny w odbiorze. Monotonne zwykle fragmenty, stanowiące na przykład noty biograficzne postaci, często poprzecinane są żartami i licznymi anegdotami. Choć autor skupia się na dokuczaniu Francuzom nie zapomina także o winach swoich rodaków, które konsekwentnie wylicza, nie kwitując ich jednak tak uszczypliwymi uwagami jak w przypadku "żabojadów". Cóż, nie jest przecież przypadkiem, że tytuł tej książki, to 1000 lat dokuczania Francuzom.

Przyznam, że czytając bawiłem się bardzo dobrze. Wydaje mi się jednak, że szczególnie interesowały mnie same zagadnienia historyczne. Humor Clarke'e, który początkowo bardzo mnie bawił w dalszej części książki obniżył odrobinę loty, więc skupiłem się po prostu na odmiennej interpretacji znanych mi wydarzeń, dokonywanej z perspektywy Anglika. Stanowiło to bardzo przyjemną przygodę, choć nie ukrywam, że z radością przeczytałbym podobną książkę napisaną przez francuskiego autora, który z równym wdziękiem wbiłby szpileczkę swoim przyjaciołom zza wody.

Podsumowując: jest to fajna pozycja dla ludzi zainteresowanych historią zachodniej części naszego kontynentu, lubujących się w żarcikach opartych na stereotypach, poszukujących lekkiej, ale pożytecznej lektury wakacyjnej. Warto podejść do niej z przymrużeniem oka i dać się wciągnąć w świat angielsko-francuskich niesnasek, podobnych odrobinę do kłótni wieloletnich małżonków.


Moja ocena to: 7/10

czwartek, 23 lipca 2015

Robert Penn Warren - "Gubernator"

Pisanie o klasycznej literaturze jest czymś wręcz cudownym. Podchodząc do takiego tekstu, wychodzę zwykle z założenia, że większość nie tylko oleje kompletnie książkę o której mowa, ale nawet nie doczyta do końca samej opinii. Mam w sobie jednakże coś z Don Kichota (nie, nie mam "w sobie" Sancho Pansy), więc postanowiłem, że przynajmniej dwa słowa o Gubernatorze napiszę.

Historia przedstawia losy byłego dziennikarza - Jacka Burdena, pracującego dla gubernatora Willa Starka. Wszystkie wydarzenia poznajemy z perspektywy relacjonującego poszczególne wydarzenia Burdena. Nie dziwi więc specjalnie, że akcja jest często poszatkowana i rozdziały związane ze wspomnieniami narratora przeplatają się z wydarzeniami dotyczącymi czasów jemu współczesnych (konkretnie końcówki lat 30-tych XX wieku). Jeśli natknęliście się już wcześniej na te pozycję, możecie mieć świadomość, że opisywana jest ona jako protoplasta House of Cards. Gówno prawda. Mam niewielkie pojęcie o czym traktuje serial, ale Gubernator, to nie tylko polityczne rozgrywki na szczycie władzy. Owszem, gdzieś tam w tle wiele rzeczy sprowadza się do polityki, ale w rzeczywistości jest to powieść obyczajowa, traktująca o losach człowieka, który ciągle mierzy się ze swoją przeszłością. Jakkolwiek ekscentrycznie by to nie brzmiało, trudno te zmagania Jacka z codziennością określić innymi słowami. Należy również podkreślić, iż tłumaczenie amerykańskiej wersji All King's Men na Gubernator ma jedną zasadnicza wadę. Pomija całą paletę niezwykle ciekawych postaci, z których każda ma swoje ideały, każda toczy własną walkę. Mamy więc skorumpowanego urzędnika Tiny'ego Duffy, niezwykle charakterystycznego Irlandczyka o przezwisku Cukiereczek (Ssie. W ramach dopowiedzenia - ssie bez przerwy kostki cukru), pomagającą Willowi Starkowi w prowadzeniu kampanii wyborczych Sadie Burke, szlachetnego sędziego Irwina, którego obsmarować będzie próbował właśnie Jack, czy urocze rodzeństwo Stantonów - Anne i Adama - symbol wszystkiego co dobre w dzieciństwie Burdena.

Mam ogromne trudności z oceną tej książki. Z jednej strony nie jest ona ani łatwa, ani przyjemna. I wcale nie oznacza to, że trudno skupić się na wydarzeniach, których ciąg jest bardzo logiczny i zrozumiały. Problem pojawia się w momencie, gdy zaczynamy analizować wypowiedzi naszego bohatera. Z całą pewnością lubi on koloryzować, opisywać emocje i skupiać się na sobie. I choć zwykle strasznie mnie to irytuje, to tym razem cynizm Burdena w jakiś dziwny sposób był dla mnie intrygujący i pozwolił przymknąć oko na rozwlekłe opisy swoich stanów emocjonalnych, swojej przeszłości, swoich relacji z innymi ludźmi - ba, nawet te elementy po pewnym czasie zaczęły mnie interesować. Podobał mi się także niesamowity klimat. Z jednej strony urzędy w których Will siadał ze szklanką whisky na skórzanym fotelu, z drugiej podróże samochodem przez nie do końca jeszcze asfaltowe amerykańskie bezdroża. Obrazowy język, którym Warren posługuje się w swojej powieści z całą pewnością spełnia swoje zadanie i momentami miałem wrażenie, że oglądam jakiś stary, czarno-biały dramat. Nieszablonowe zakończenie i niejednoznaczne przesłanie podbiły dla mnie ocenę tej książki.

Nie oznacza to jednak, że Gubernator nie ma wad. Przede wszystkim nie każdego on wciągnie. Przyczyną mogą być zarówno rozwlekłe opisy, rozdziały, których akcja oderwana jest zupełnie od głównego wątku, czy chociażby sama, okraszona dość mocno polityką tematyka. Gubernator jest książką dla nielicznych. Dla ludzi, którzy nie śpieszą się z lekturą, potrafią się skupić i odprężyć podróżując przez kilka stron z bohaterem prowadzącym swój myślowy monolog. Być może w innym momencie nawet ja nie byłbym nią zauroczony, ale trafiła w idealny czas i potrafiłem obdarzyć ją uwagą i odpowiednio docenić.

Moja ocena to: 7/10

Jeszcze słówko o tłumaczeniu. Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości Wiedźmy, której serdecznie dziękuję. Jakimś sposobem trafiła ona na edycję Państwowego Instytutu Wydawniczego z 1971 roku i pomyślała właśnie o mnie (czemu akurat trudno się dziwić). Jestem zachwycony tym, jak dawniej radzono sobie z problemem nieznajomości kultury Stanów Zjednoczonych. Po raz pierwszy ujrzałem bowiem "football" przetłumaczony jako "piłka nożna", zamiast "futbol amerykański", jak by z pewnością wypadało. Problem dość znaczny, bowiem jeden z bohaterów w ów futbol gra. Pomyślicie jednak, że z kontekstu powieści mógł się tłumacz domyślić, że coś jest nie tak? Ano mógł - szczególnie gdy rozgrywającego - quarterbacka - przetłumaczył na ćwierćbeka (przyznam, że miałem z tego całą bekę). Takie smaczki są czymś cudownym - przez chwilę czułem się jak obywatel PRL-u.


Kończąc chciałbym podzielić się z Wami cytatami w skromnej ilości dwóch, które szczególnie mnie urzekły (choć nie o błędy tłumacza chodzi):  

"Dopóki uważałem Lois za piękną, soczystą, miękką, wibrującą, słodko pachnącą, słodko oddychającą maszynkę do wzbudzania i zaspokajania pewnych apetytów (a z taką Lois się ożeniłem), wszystko było dobrze. Ale gdy tylko począłem uważać ją za człowieka zaczęły się kłopoty. Wszystko byłoby też może dobrze, gdyby w momencie dojrzewania Lois została tknięta niemotą. Wówczas nie oparłby jej się żaden mężczyzna. Ale Lois umiała mówić, a kiedy jakaś rzecz mówi, wcześniej czy później zaczynasz słuchać odgłosów, jakie wydaje, i nawet mimo wszelkich przeciwnych dowodów zaczynasz uważać to cos za człowieka" - Jack Burden o swojej byłej żonie - cóż za romantyk


"Ale kiedy zacząłem uświadamiać sobie, że odgłosy, które wydawała ustami, przypominają ludzką mowę i są czymś więcej niż prymitywnymi żądaniami jedzenia lub kopulacji, względem wyrazem zadowolenia z jednego czy drugiego, wytworzył się we mnie pewien opór, a w miarę jak wzmagał się nacisk na poprawienie mojego "zadbania", rósł także i ten opór (...) Kryzys przyszedł, kiedy wyglansowałem sobie but nowym krawatem" - Jak tu go nie polubić? :D     

sobota, 18 lipca 2015

Kill List; Lista Płatnych Zleceń (2011)

Ostatnimi czasy wychodzę z bardzo prostego założenia związanego z kinematografią - jeśli coś sprawia, że myślę o tym przez kilkanaście godzin, to znaczy, że jest dobrą produkcją. I tak właśnie sprawa wygląda z niesamowitym Kill List, które (po raz kolejny dzięki Patrykowi) miałem okazję oglądać. Wiem, że czasem możecie mieć wrażenie, iż praktycznie przepisuję jego bloga, ale cholera, nie mogę poradzić nic na to, że facet ma po prostu świetny gust filmowy. I tak, miałem dziś pisać na temat dość przeciętnej książki, którą ostatnio skończyłem, ale chrzanić to - po wczorajszym seansie nie pamiętam bowiem o niczym innym, niż ten popieprzony film.

Na samym wstępie chciałbym zaznaczyć, że jeśli pragniecie przeczytać normalną recenzję, napisaną dobrze i bez zbędnego pieprzenia, to wbijcie na wyżej podlinkowany blog. Facet zrobił to lepiej, niż ja mógłbym kiedykolwiek marzyć. Ale że dobre kino trzeba propagować na wszystkie możliwe sposoby - te chujowe sposoby też - to czuję pewien moralny obowiązek, by Wam tę produkcję przybliżyć.
Budżet nie był zbyt wysoki, więc jedyną ładną postać gra Myanna Buring. Ale że Was lubię, to wstawiam zdjęcie tych brzydszych.
Dobra, bez zbędnego przedłużania jedziemy z fabułą. W spokojnym (nie bardzo) domu żyje sobie pewna wesoła i szczęśliwa rodzina (w chuj nie bardzo). Jay i Shel, bo tak małżonkom na imię, mają ładny domek, zdrowego synka i ogólnie wszystko byłoby fajnie, jednak szybko pojawia się pierwsze duże "ale" (a raczej ALE). Jay nie pracuje. Wiecie co się dzieje, gdy facet nie zarabia pieniędzy, a kobieta przyzwyczajona jest do ich wydawania? Oczywiście zaczynają się pierwsze sprzeczki, awantury i zbite talerze. Shel prosi męża, by wrócił do starej pracy, którą w weselszym dla niego okresie wykonywał ze swoim najlepszym przyjacielem - Galem. Problem w tym, że panowie byli... płatnymi mordercami. Wiem, wiem jak to brzmi - sztampowo i nudno, ale poczekajcie, dajcie mi jeszcze pięć minut na rozwinięcie tego wątku. Panowie podpisują bowiem bardzo charakterystyczny kontrakt na nowe zlecenie, który przypieczętowany zostaje... krwią jednego z nich. I od tego momentu zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki - pedofile, zwyrodnialcy i różnej maści tałatajstwo staje się celem naszych bohaterów.

Przyznam, że fabuła jest tu niesamowicie pokręcona i niejednoznaczna. Jeśli lubicie jasne i doprecyzowane, zamknięte historie, to nie jest zdecydowanie produkcja która do Was trafi. Jeśli jednak wolicie poćwiczyć przy filmie własną wyobraźnię, rozgrzać szare komórki i znieść unoszącą się przez cały czas atmosferę tajemnicy i niesamowitego, gęstego mroku - to może być coś wręcz idealnego.
Słomiana maska i pochodnia, to bardzo ryzykowne połączenie. Jednak w tak przedstawionym świecie nawet obsikanie deski klozetowej, może grozić śmiercią....

Zaznaczam jednak, że nie jest to kolorowe dzieło rodem z Hollywood. Sceny są często i gęsto pocięte, dialogi tajemnicze, a klimat ciężki do uniesienia.  Dodatkowo odradzam oglądanie ludziom, którzy są szczególnie wrażliwi na przemoc, bowiem ta występuje tu w trudnych do zaakceptowania dawkach. Film jest niesamowicie specyficzny i choć trafi raczej do wąskiego grona odbiorców, to z pewnością wywrze na ewentualnych widzach niesamowite wrażenie. Ale żeby nie być gołosłownym muszę jebnąć porównaniem. Nie zrozumcie mnie źle - drugi taki film po prostu nie powstał, ale niektóre produkcje klimatem zbliżyły się do Kill List. Mroczna atmosfera przypominała mi odrobinę leciwą już Drabinę Jakubową. Były też momenty, gdy wydawało mi się, że reżyser inspirował się Harrym Angelem. Jeżeli kojarzycie te filmy, to macie przynajmniej ogólne pojęcie jakiego psychodelicznego klimatu możecie się spodziewać.

Decyzje do podjęcia pozostawiam jednak Wam. Wiem bowiem, że nie każdemu taki typ kina się podoba, nie każdy jest w stanie z przyjemnością oglądać pełne realistycznie przedstawionej brutalności sceny i przede wszystkim - nie każdy lubi zakończenia, które zostawiają pole do interpretacji widzowi. Jeśli jednak należycie do tej elitarnej grupy kinomaniaków - szczerze polecam.


Moja ocena to: 8/10 

wtorek, 14 lipca 2015

Filmowe trio, czyli dla odmiany o dobrych produkcjach.

Pisząc dzisiejszy tekst targają mną bardzo poważne wątpliwości. Stawiam sobie bowiem szereg pytań, na które wciąż nie potrafię znaleźć odpowiedzi:, czy mój gust filmowy uległ całkowitej degradacji, czy staje się wręcz nieodpowiedzialnie zachowawczy, czy dobrym pomysłem było ukrywanie zwłok w piwnicy sąsiadów? Ot, klasyczne dylematy osoby zajmującej się kinematografią wyłącznie ze względów rozrywkowych. Niewątpliwie wynikają one z faktu, iż obejrzałem w ostatnim czasie aż trzy filmy i czego absolutnie się nie spodziewałem - wszystkie mi się podobały:

1. Run All Night; Nocny Pościg (2015)
Najdłużej kręcona scena Nocnego Pościgu - ten pieprzony papieros zawsze wypadał...
Zaczynamy od klasycznego kina akcji. Kolejna produkcja z Liamem Neesonem okazała się naprawdę ciekawą, świetnie zrealizowaną przygodą. Neeson znów staje się mścicielem i choć robi to co zawsze, czyni to naprawdę dobrze. Stosunkowo interesująca fabuła, mimo charakterystycznych dla tego kina uproszczeń, potrafi przyciągnąć uwagę widza, tym bardziej, że okraszona jest naprawdę dobrą, angażującą akcją. Co ciekawe Nocny Pościg wyróżniają niezłe kreacje bohaterów. O ile zniszczonego życiem zabójcę, w którego wciela się Liam Neeson, widzieliście już zapewne tysiąc razy, to niejednoznaczna postać jego głównego nemezis, Shawna Maguire'a (Ed Harris), odznacza się dość sporą dawką nieprzewidywalności i nietypowej dla tego gatunku charyzmy. Oglądając poczynania wspomnianych aktorów, byłem bardzo zainteresowany poznaniem ich przeszłości, motywacji, argumentów uzasadniających podejmowane przez nich działania, a to nie zdarza się w kinie akcji dość często. Z ręką na sercu przyznaję, że choć mnie ten film nie znudził w żadnym momencie, to przeciągana końcówka może faktycznie zirytować - tym bardziej, że każdy miłośnik tego rodzaju kina będzie znał zakończenie już na pół godziny przed epilogiem. Oczywiście naiwnością byłoby twierdzenie, że jest to coś nowatorskiego i przełomowego, ale zabawa którą Nocny Pościg potrafi dostarczyć, zdecydowanie wynagradza fakt, że to tak naprawdę kilkukrotnie odgrzewany kotlet. Zgodnie jednak ze starą łacińską formułą mówiącą, iż "student zje wszystko":

Moja ocena to: 6.5/10

2. The Voices; Głosy (2014)
To nie Ty jesteś panem kota - to on jest Twoim...
Bardzo przyjemne zaskoczenie. Spodziewałem się kolejnej głupiej komedyjki z elementami gore, a otrzymałem całkiem ciekawe studium chorób psychicznych. Bohater grany przez Ryana Reynoldsa jakoby wbrew sobie staje się seryjnym mordercą, dostarczając przy tym widzom całej gamy najróżniejszych wrażeń. Choć teoretycznie zakwalifikowano Głosy jako komedię, bliżej im raczej do solidnego dramatu. Jeżeli mamy tu do czynienia z jakimikolwiek żartami, to są one zarówno mroczne jak i przedstawiane na tle niesamowicie dramatycznych wydarzeń. Świetnym zabiegiem okazało się kolorowe i sympatyczne zarysowanie świata widzianego z perspektywy głównego bohatera, które zdecydowanie zmienia swój charakter po zażyciu przez niego leków, czy też w przypadku spojrzenia na świat z oczu innych postaci. Ten zabieg doskonale pokazuje dualistyczną naturę postrzegania rzeczywistości przez schizofreniczny umysł naszego protagonisty. Warto jednak zaznaczyć, że nie jest to produkcja, która trafi do wszystkich. Mnóstwo groteski, charakterystyczny klimat budowany na zasadzie kontrastu i duża dawka brutalności skreślą tę pozycję z listy wielu osób. Jeszcze inni nie docenią wizji reżyserskiej, czy bardzo oryginalnego humoru. Nie ukrywam jednak, że w mój, bardzo specyficzny zresztą gust, produkcja ta jak najbardziej trafiła:

Moja ocena to: 8/10

3. Spy; Agentka (2015)
Produkcja udowadniająca, że miejsce nie każdej kobiety jest w kuchni...
I wreszcie wisienka na torcie. Komedia, która stała się z miejsca moim numerem jeden i jestem przekonany, że będę do niej wielokrotnie wracał. Choć znów mamy tu do czynienia z ogranym schematem, czyli niezdarną Susan Cooper (Melissa McCarthy) pragnącą zostać agentką specjalną CIA, to sam poziom wykonania tego filmu winduje Agentkę na najwyższe miejsce w moim prywatnym rankingu komedii. Mamy tu wszystko czego można sobie zamarzyć - świetne dialogi, które nawet na chwilę nie pozwalają oderwać się od ekranu, bardzo dobre żarty sytuacyjne i rozsądnie stosowane tzw. "żarty fizjologiczne". Nie będzie przesadą jeśli stwierdzę, że nie tylko jest tu coś dla każdego, ale na całe szczęście nie ma też żadnej przesady w samym budowaniu zabawnej atmosfery. Do tego niesamowicie wykreowane i charakterystyczne postacie. Puszysta i niezdarna Susan, jej przyjaciółka, wysoka i szczupła Nancy, twardy jak skała i głupi jak mówienie "poszłem" agent Rick Ford (w tej roli niesamowity Statham), cyniczna Raina Boyanov, kompletnie zboczony tajniak Aldo, kopia Jamesa Bonda - doskonały Bradley Fine i wreszcie 50 cent - sami przyznacie, że grupa ta prezentuje się naprawdę zacnie. Obawiałem się odrobinę, że będzie to kolejna słodka historia o kobiecie realizującej się mimo wszelkich przeciwności. I teoretycznie tak jest, ale wobec niesamowitego humoru i lekkiego podejścia do tematu ani trochę ten fakt nie przeszkadza. Tym bardziej, że słodkość ta, zdecydowanie tłumiona jest przez jakże wulgarne dialogi, które bardzo często rozbawiały mnie do łez (ale ja jestem dziwny, więc nie traktujcie tego jako znaczący plus). Choć to kolejna produkcja niewymagająca od widza zbyt wiele wysiłku, w kategorii komedii nie było czegoś tak dobrego od bardzo dawna. Podkreślam też, że jeśli wahacie się pomiędzy seansem filmu Kingsman: Tajne służby, o którym było niesamowicie głośno w ubiegłym roku, a obejrzeniem Agentki - przestańcie. Agentka bawi na o wiele więcej sposobów i mimo gorszego przedstawienia akcji okazuje się o wiele lepszą rozrywką:


Moja ocena to: 9/10      

wtorek, 7 lipca 2015

Jean - Christophe Grange - "Imperium Wilków"

Coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że poznanie jednej książki Grange'a wystarczy, by poznać całą jego twórczość. Francuski autor thrillerów stosuje bowiem w swych powieściach tak wiele charakterystycznych elementów, że nawet gdyby napisał książeczkę dla dzieci, wiedziałbym z kim mam do czynienia. I możecie być pewni, że byłaby to zajebista książeczka dla dzieci. Oczywiście pełna morderstw, krwi i przemocy, ale to XXI wiek - niech młodzież wie, co ją czeka.

Opisanie fabuły Imperium Wilków mija się w zasadzie z celem, ponieważ to właśnie jej stopniowe odkrywanie stanowi największą frajdę. Dość powiedzieć, że główną rolę odegra pewna nietypowa kobieta cierpiąca na zaniki pamięci - Anna, grupa wściekłych nacjonalistów tureckich, których głównym hobby jest robienie kebabów z ludzi, a także para detektywów pracujących dla wydziału kryminalnego - młody Paul i jego partner z konieczności - emerytowany "konsultant" - Schiffer.

O plusach powieści Grange'a można się wypowiadać zarówno w kontekście tej książki jak i każdej innej, ponieważ są to elementy w zasadzie niezmienne. Mamy więc świetną kreację bohaterów przedstawionych na zasadzie kontrastu. Wściekły, niezdyscyplinowany i nieprzewidywalny Schiffer ukazany jest na tle idealisty pragnącego zostać bohaterem - Paula. Anna, pragnąca wolności kobieta, zostaje nakreślona podobnie, tyle że wobec fanatycznie oddanego ideałom nacjonalistycznym bojownika - Azera. Podobny zabieg z pewnością zwiększa zaangażowanie czytelnika, który może lepiej zrozumieć ideały kierujące przedstawionymi postaciami. Warto zwrócić uwagę, że obrazy rysowane przez autora nigdy nie są czarno - białe, a każdy z bohaterów do samego końca pozostaje tajemniczy.

Kolejnym charakterystycznym elementem jest także duża brutalność. Świat tureckiej dzielnicy Paryża nie jest miejscem przyjemnym. Pozornie normalne życie toczy się na zewnątrz, gdy tymczasem w piwnicach, w warunkach uwłaczających ludzkiej godności, pracują nielegalni imigranci. Tu by zdobyć informacje trzeba uciekać się do skrajnej brutalności, policja nie jest z pewnością organem godnym zaufania, a handel narkotykami staje się czymś, na co nawet nie warto zwracać uwagi. Do tego dostajemy też bardzo ciekawego bohatera zbiorowego - skrajnie brutalną, potężną i bezkompromisową organizację fanatycznych nacjonalistów tureckich - Szarych Wilków. Na każdym więc kroku da się odczuć czyhające na naszych bohaterów niebezpieczeństwa.

Zaletą jest również nieprzewidywalne, choć bardzo charakterystyczne dla Grange'a zakończenie. Jak to możliwe? Otóż z jednej strony trudno w jakikolwiek sposób wykoncypować finał tej historii, ale jednocześnie kończy się ona w sposób podobny do większości powieści Francuza. Elementem zaskakującym jest więc raczej skład osobowy na ostatnich stronach książki, niż sam przebieg wydarzeń.

Niestety Imperium Wilków powiela także wady poprzednich utworów Grange'a. Wciąż jest to wysoce nieprawdopodobna historia, gdzie operacje plastyczne i manipulacja umysłem stają się tak powszechne, jak dres plujący na chodnik. Nie każdy strawi więc dużą dawkę niesamowitych wydarzeń, których zestaw staje się tak ogromny, że choć nawet realistyczny, to w żadnej mierze nie mogący mieć miejsca. Niektórzy w tym miejscu docenią wyobraźnię autora, inni skończą lekturę z chronicznym bólem głowy i słowami "łot de fak" cisnącymi się na usta.

Również zakończenie, o którym już wspomniałem, może być odebrane dwojako. Choć sam niejednokrotnie doceniałem sposób jego konstruowania u Grange'a, który swego czasu wydawał mi się bardzo oryginalny, to oczekiwałem pewnego urozmaicenia - znacznej zmiany i huśtawki nastrojów w epilogu. Niczego takiego jednak nie doświadczyłem. Dlatego też nawet jeśli finał tej historii wypada zdecydowanie na plus w odniesieniu do standardowych kryminałów, w przypadku Francuza są to niestety niższe stany średnie - facet ma zdolności i wyobraźnię by spisać się lepiej i tego po nim oczekiwałem.

Biorąc więc pod uwagę wszystkie za i przeciw, uważam, że to wciąż bardzo dobra książka. Oczywiście przeszkadzała mi odrobinę powtarzalność autora, ale i tak bawiłem się całkiem dobrze i lekturą tą jestem zdecydowanie usatysfakcjonowany. Ba, jeśli rozsądnie dawkuje się Grange'a, to pewne wady o których wspomniałem nie zostaną nawet dostrzeżone, ale po kilku spotkaniach z nim oczekiwałem ogromnych fajerwerków. Dostałem zaś całkiem niezłą petardę. Jebło, zrobiło trochę hałasu, ale żadnego śladu po sobie raczej nie zostawi:


Moja ocena to: 7/10

PS Tak, wiem, ze na podstawie tej książki powstał film o tym samym tytule.
PPS Nie, nie oglądałem tego filmu.
PPPS Tak, wiem, że warto, bo to dobry kryminał i gra w nim Jean Reno.
PPPPS Błagam, nie wspominajcie o filmie w komentarzach, bo go nie oglądałem, więc nie jestem w stanie odpowiedzieć merytorycznie na jakiekolwiek pytania dotyczące różnic/podobieństw.
PPPPPS Wiem, że część z Was potraktuję to jako prowokację, ale nie róbcie tego, bowiem znienawidzę Was po wsze czasy.
PPPPPPS W tym miejscu pewnie zastanawiasz się jak sprytnie nawiązać do ekranizacji - nie bądź dziecinny!


środa, 1 lipca 2015

Piotr Zychowicz - "Pakt Ribbentrop - Beck"

Po raz kolejny uraczę Was literaturą historyczną i choć już słyszę te dobiegające zewsząd peany, gratulacje i wyrazy najwyższego szacunku, uprzedzam - niepotrzebnie. Tym razem bowiem nie będę aż tak kategorycznie zachęcał Was do sięgnięcia po opisywaną przeze mnie książkę. Piotr Zychowicz napisał bowiem pozycję, która choć stawia go w gronie co bardziej kontrowersyjnych historyków, jest także, przynajmniej z mojej perspektywy, dość nieprzyjemna w odbiorze.

Zacznijmy jednak od tego, dlaczego wokół tej publikacji swego czasu zrobiło się dość głośno. Otóż Zychowicz konsekwentnie stwierdza, że jedynym ratunkiem dla naszego kraju, było sprzymierzenie się w 1939 roku z niejakim Adolfem H. oraz wspólny, konsekwentny i raczej agresywny marsz na naszego wschodniego sąsiada - niejakiego Józefa S. Oczywiście jako że znany publicysta tworzy w swej książce pewną wersję historii alternatywnej, to oczywiście wśród cenionych, poważanych i elYtarnych historyków pojawiły się głosy oburzenia  - że jak tak można, że świętość pokalana, że z Hitlerem, że bez potwierdzenia w źródłach, że co to ma być?! Ogólnie takie jedno, wielkie, ale naukowe spinanie pośladków. Głównym problemem stała się chyba wątpliwa reputacja historii alternatywnej, która w naszym kraju ma naprawdę ciężką drogę przed sobą. W dodatku w drogę tę wyruszy zapewne beze mnie, ponieważ choć nie darzę jej jakąś szczególną antypatią, po lekturze Zychowicza wiem, że nie jest to moja bajka.

Z całą pewnością sama teoria Zychowicza jest niesamowicie ciekawa. Nie jest może zbyt nowatorska, ponieważ obóz germanofili działający dość prężnie w dwudziestoleciu międzywojennym, wysuwał podobne projekty jeszcze przed wybuchem jakiejkolwiek wojny. Warto jednak odświeżyć ten pogląd także w naszych czasach i zwrócić uwagę na ewentualne konsekwencje podobnego podejścia do europejskiej polityki. Za sam pomysł Zychowicz dostaje więc ogromnego plusa. Wykonanie jednak nie przypadło mi zupełnie do gustu.

Wiem, że autor książki chciał podeprzeć się w argumentacji możliwie największą liczbą autorytetów. Prym w tej kwestii wiódł Władysław Studnicki, do którego opinii Zychowicz odnosi się tutaj niemalże na każdym kroku. I w początkowych fazach tej lektury jest to nawet fajny sposób na zaakcentowanie swoich racji, ale po pewnym czasie zaczyna strasznie irytować. Wygląda to bowiem tak, że w kolejnych rozdziałach autor stawia pewne tezy, dopisując coś w stylu: "co też starał się podkreślić Studnicki pisząc: "... tu cytat brzmiący dokładnie identycznie z powyższymi opiniami pisarza". Wiecie czym to skutkuje? Otóż przez większą część tej lektury czyta się dokładnie to samo, czasem powtórzone troszkę tylko innymi słowami. Do tego dochodzi też maniera Zychowicza do nieustannego przytaczania faktów, które mieliśmy okazję poznać już w poprzednim rozdziale: gwarantuję, że gdybyście prowadzili z kimś rozmowę w takim stylu, to po chwili trafiłby Was szlag.

Nie podobał mi się też język, jakiego Zychowicz używa w książce, bądź co bądź, historycznej. Może to tylko dlatego, że spodziewałem się czegoś bardziej...ugłaskanego. Tutaj możemy zaś znaleźć wyrażenia nie licujące za bardzo z poważną publikacją. Na łopatki rozłożył mnie zwłaszcza opis pod jednym ze zdjęć, który brzmiał w stylu: "Goering człapie za...". O wymyślaniu najróżniejszym ludziom (głównie Beckowi) od głupców, bałwanów, czy osób o ograniczonej inteligencji nie będę nawet wspominał. Wiem, że wiążę się to poniekąd z racjami autora, ale wciąż szokuje, tym bardziej, że pierwszy raz spotykam się w poważnej literaturze historycznej z oceną postaci, która jest tak drastyczna. Nie wiem jak Wy, ale ja lubię poznawać głównie fakty, by samemu móc podjąć decyzję jak ocenię daną osobę. Czytając Zychowicza czułem się zaś traktowany jak idiota, któremu autor mówi: "patrz, tak było i Beck był gupi - jak się nie zgadzasz ze mną, to też jesteś gupi".

Miałem naprawdę duże trudności z oceną tej książki. Z jednej strony przemówiła do mnie część zawartych w niej argumentów, z drugiej nie uznałbym sytuacji politycznej roku 1939 za tak czarno-białą jak stara się nam przedstawić autor. Choć zgadzam się z jego główną tezą uważam, że została ona przedstawiona niemalże...karykaturalnie, a z cała pewnością zbyt prosto. Biorąc więc pod uwagę naprawdę dobry pomysł, wywołanie bardzo słusznej dyskusji i świetną lekcję myślenia politycznego w kategoriach interesów, a nie uczuć, którą z pewnością ta książka daje, a z drugiej strony nieodpowiadający mi zupełnie styl autora, pewne luki w jego scenariuszach opisujących przebieg II wojny światowej z Polską u boku Hitlera oraz traktowanie mnie jak nierozumiejącego nic bydlaka ze wsi (którym swoją drogą jestem, ale nie o to chodzi!), uważam że subiektywna ocena którą jej wystawiam, pozostaje jak najbardziej zgodna z moim sumieniem:


Moja ocena to: 4/10