piątek, 28 sierpnia 2015

Marcin Mortka - "Droga pod pękniętym niebem"

Ot, niedawno  pisałem o pierwszej części młodzieżowego cyklu Marcina Mortki, a dziś przychodzi mi czynić to po raz kolejny. I nie macie nawet pojęcia jak bardzo jestem zawiedziony. Początkowo planowałem całkowicie odpuścić sobie ten tekst, ale frustracja którą odczuwam jest znacznie silniejsza od mojego postanowienia.

Otóż, jeśli nie pamiętacie o czym było ostatnio, to przypominam - książka traktuje o apokalipsie, gówniarzach którzy ją przeżyli i durnych stworach, w których przeistoczyła się cała reszta ziemskiej populacji. Można śmiało powiedzieć, że jest to koncept horroru przeniesiony na grunt powieści młodzieżowej. Pierwsza część posiadała cholernie dużo wad, ale była dość spójna i czytało się ją nawet przyjemnie. Droga pod pękniętym niebem okazała się jednak całkowicie nie trafiać w mój gust.

Tym razem zacznę od jej głównych zalet. Po pierwsze mistrzowskie (po raz kolejny) wydanie. Fajne grafiki wewnątrz i świetna okładka. Co do samej treści spodobało mi się rozsądne potraktowanie wątków romantycznych, których jak na ten gatunek jest naprawdę niewiele, a jeśli już, to dozowane dość rozsądnie. Ale przecież nie po to się tu zebraliśmy moi drodzy - przejdźmy do wad.

Pamiętacie może jak niecały tydzień temu narzekałem na przemądrzałą główną bohaterką Heather? Pomyślałem sobie jednak - nie no, w drugiej części będzie przecież sporo o wiele ciekawszych postaci - będzie Nolan, Casey, Max - ludzie którzy okazali się całkiem dobrze sprawdzać w pierwszej odsłonie. Ale nie - cała historia opisuje jakąś bezsensowną podróż w którą rusza ta zarozumiała cipa. I chcąc nie chcąc trzeba czytać o tych jej durnych myślach, o tym jak dobrze się uczyła, jak twarda się stała, jak potrafi wpływać na decyzje innych. Tyle że to nawet nie jest opinia otoczenia - to ona sama tak o sobie myśli. Ależ mnie to wpieniało.

Ale przecież nie oceniasz tak nisko powieści tylko przez bohaterkę, która Ci nie odpowiada powiecie. I macie świętą rację. Monotonia tej książki bije po oczach nawet mnie (a wzrok mam dość słaby). I wiem, że jest to dość zaskakujące w obliczu pędzącej akcji, ale takie są fakty. Schemat jest dość oczywisty - Heather podróżuje, wpada w kłopoty, spotyka ludzi, wpada w kłopoty, spotyka odmienionych. A wiecie co się dzieje później? Znów spotyka odmienionych, wpada w kłopoty, spotyka kogoś przyjaźnie nastawionego itd. Non stop. I nie próbujcie mi wciskać kitu, że ta schematyczność to charakterystyczny element powieści drogi. Po pierwsze szczerze wątpię, a po drugie nie znam żadnej powieści drogi, w której autor tak swobodnie szafowałbym przeróżnymi dziwnymi wydarzeniami, czy to by wpędzić bohatera w kłopoty, czy żeby go z nich wyciągnąć. Wydaje mi się, że autor szedł tutaj po najmniejszej linii oporu, ponieważ ciąg wydarzeń przypominał mi raczej jakąś kiepską, liniową grę komputerową, a nie porządną powieść.

W dodatku zaskoczyło mnie jak idiotyczna motywacja towarzyszy naszej kochanej bohaterce. I tu będą spojlery, także uważajcie jeśli jeszcze nie czytaliście tej książki, a macie zamiar. Wiem że nie grzeszę jakimś wybitnym IQ, ale za cholerę nie rozumiem rozwiązań na które zdecydowała się w kluczowym momencie Heather. Otóż mamy przed sobą taką sytuację: Rada Ocalenia Ziemi znalazła sposób, by konwertować odmienionych w ludzi. To znaczy zmieniać ich fizycznie, ponieważ psychika takich istot wciąż jest czystą kartą czekającą na zapisanie. Jedyną osobą, która byłaby w stanie przywrócić tym istotom człowieczeństwo jest Heather (wiemy o tym, ponieważ raz udaje jej się dokonać tego czynu). Jedynym logicznym rozwiązaniem byłaby wiec pełna współpraca Heather z Radą, by w jak największym możliwym stopniu zniwelować skutki zaistniałej tragedii. Heather decyduje się jednak, że jej zadaniem będzie zniszczenie rady, bo na jej czele stoi zły pan, a sama Rada z pewnością zechce przejąć władzę nad Ziemią. Zajebiste wytłumaczenie w obliczu faktu, że prawie nie ma już nad kim sprawować władzy. No ale dobra, załóżmy że nasza bohaterka nie jest po prostu w stanie zmusić się do współpracy z Radą z przyczyn personalnych. Dlaczego więc wciąż powtarza, że chce uratować Ziemię? No kurwa, przecież właśnie ma okazję zrobić cos pożytecznego i zamiast tego sabotuje wszystkie wysiłki związane z odbudową ludzkości. Bardzo ładnie z Twojej strony Heather - bardzo ładnie.

Nie zmuszę się do czytania ostatniej części. W przeciwieństwie do Domu pod pękniętym niebem wszystko tutaj wydawało mi się nie tylko schematyczne, ale bardzo często także idiotyczne. Supermoce bohaterów raz działają, innym razem nie, Rada ma człowieka, którego zdolnością jest odnajdywanie ludzi, ale wysyłają za naszymi uciekinierami drona, pies towarzyszący bohaterce znika, a odnajduje się jakieś 40 mil dalej - wiem, że to jest powieść młodzieżowa, ale chociaż jakaś odrobina logiki byłaby w niej na miejscu. Czy jednak nie?

Podsumowując - jestem rozczarowany. Liczyłem, ze Mortka rozwinie tę historię w coś niesamowitego. A dostałem książkę przynajmniej o połowę gorszą i bardziej nużącą niż część pierwsza. Nie mam zamiaru rezygnować z wszystkich książek tego autora, ale do żadnego cyklu młodzieżowego z całą pewnością już nie powrócę.


Moja ocena to: 3/10 (plus specjalny znaczek zażenowania)

Ps. I gdzie są ludzie - grzyby do cholery? Naprawdę na nich liczyłem ;(

niedziela, 23 sierpnia 2015

Marcin Mortka - "Dom pod pękniętym niebem"

Gdybyście mieli jakieś wątpliwości co do monotematyczności czytanych przeze mnie książek - oto jest - Dom pod pękniętym niebem Marcina Mortki, czyli pierwsza od czasów Harry'ego Pottera powieść młodzieżowa jaką przeczytałem. Można więc z łatwością zauważyć, iż specyfika tego konkretnego gatunku, wszelkie jego cechy charakterystyczne i motywy przewodnie, to niemalże mój konik. Chcąc być kompletnie szczerym i nawiązując do przepełnionego ironią zdania poprzedniego, już na wstępie pragnę zakomunikować, że opinia ta zawierała będzie raczej stereotypowe spojrzenie na tzw. młodzieżówki i właśnie do takiego postaram się nawiązywać.

Pamiętacie pewnego sympatycznego wodza Galów, któremu sen z powiek spędzało niebezpieczeństwo nieba spadającego na głowę? Otóż wizja ta w pewien sposób urzeczywistnia się w powieści Mortki. Historia przedstawiona przez polskiego pisarza, to obraz apokalipsy, w dość oryginalnym wydaniu. Tym razem koniec świata zastaje grupkę młodych szczyli podczas campingu w lesie. Z jednej strony mają oni ogromne szczęście, bowiem unikają przemiany w bardzo złe stwory, z drugiej pozostają jednymi z nielicznych ludzi niezmienionych w bardzo złe stwory, co stanowi raczej pechowy element w ich życiorysach. Co ciekawe przemiany zaszłe na naszej planecie nie pozostały bez wpływu na tych, którzy zdołali zachować swoje człowieczeństwo. Zostali oni bowiem obdarzeni charakterystycznymi mocami, które wypływać miały ponoć z wszelkich ich pragnień i dążeń. I tak np. nieśmiały chłopaczek, którego każdy wkurwiał mógł stawać się niewidzialny, dziewczyna, która we wszystko musiała się wtrącać, posiadła umiejętność wpływania na zachowania przemienionych stworów, a ziomek, który przepadał za hodowlą pewnego cudownego zioła, posiadł zdolność rozpoznawania i przetwarzania darów natury. I tak, fabuła jest dokładnie tak głupia jak to brzmi podczas czytania tego opisu.

Do tego dostajemy strasznie irytujących bohaterów. Ich główną motywacją jest to, by dopierdolić komuś innemu. Nawet w czasie gdy przed katastrofą siedzą wspólnie przy ognisku widać, że będziemy mieli do czynienia z grupką niedojrzałych, przemądrzałych, strasznie irytujących i egoistycznych gówniarzy. Niech sam fakt, że najsympatyczniejszymi postaciami wydają się Ci, którzy praktycznie nie uczestniczą w żadnych dialogach, mówi sam za siebie. Nawet główna bohaterka, Heather, która co kilka stron musi nam przypomnieć o tym jak dobrze się uczyła w czasach przed katastrofą sprawia, że chęć mordu zaczyna dochodzić do głosu bardziej, niż przyjemność z czytania. Cóż, w kwestii kreacji postaci liczę na zachodzące w następnych dwóch częściach zmiany (tak, czytam też część drugą).

Akcja jest już jednak znacznie lepsza. Widać, że Mortka chwytał się niejednokrotnie motywów znanych z kina akcji. Dramatyczne strzelaniny, wizyty w opuszczonych sklepach, czy pościgi po leśnych bezdrożach (właściwie to po drogach, bo na bezdrożach nie powinno być dróg, a tu są :)), okazały się dość dynamiczne i przyjemnie się o nich czyta. Odpowiadał mi także styl Mortki, który pisze bardzo przyjemnie, choć prosto. Dialogi są mało skomplikowane, kwestie uczuciowe naszych bohaterów, które są przecież nieodłącznym elementem młodzieżówek, okazały się wystarczająco okrojone, by się przez nie przedrzeć, a motywacje bohaterów na tyle uproszczone, by czytelnik nie musiał co chwilę czytać jak każdy kolejno rozpacza np. nad utratą rodziców. Wiem, że niektórzy nie będą w stanie docenić tak okrojonej warstwy emocjonalnej, ale ja byłem za to autorowi bardzo wdzięczny.

Choć Dom pod pękniętym niebem nie miał być horrorem, to pewne elementy znane z tego gatunku także się pojawiły. Wyraźnie można zaobserwować próbę stworzenia atmosfery osaczenia z którą muszą radzić sobie nasi bohaterowie. Byłoby to o wiele łatwiejsze, gdyby nie tak absurdalnie wykreowane potwory, jak ludzie-topielce, ludzie-goryle, czy moi absolutni faworyci: ludzie-gazele i ludzie-grzyby. W pewnych momentach naprawdę nie wiedziałem, czy autor chciał mnie zaniepokoić, czy rozśmieszyć.

I mimo tych wszystkich wad, mimo wszechobecnej prostoty i licznych mniejszych i większych głupot, które znalazły się w tej książce, coś sprawiło, że czytało mi się ją bardzo dobrze. Gdy po kilku stronach wyłączyłem myślenie i zacząłem po prostu bawić się lekturą, Dom pod pękniętym niebem sprawiał dziwną, wręcz grzeszna satysfakcję. I mimo że nie jestem głównym odbiorcą, do którego książka ta miała trafić, nie jestem w stanie wystawić jej niskiej noty, ponieważ moim zdaniem była to naprawdę niezła, odprężająca opowieść. Zdecydowanie zachęciła mnie ona do poznania poważniejszej twórczości Marcina Mortki.


Moja ocena to: 6/10     

środa, 19 sierpnia 2015

Stephen King, Peter Straub - "Czarny Dom"

Dziobak to niezmiernie ciekawe stworzenie. Ssak zamieszkujący wschodnią część Australii, charakteryzujący się nieprzeciętnym dla swojej gromady zwyczajem składania jaj oraz posiadaniem dużego, gumowatego dzioba, na grzbiecie którego umieszczone są nozdrza, stanowi niezmiernie ważny obiekt badań biologii ewolucyjnej. Co to ma wspólnego z Czarnym Domem Stephena Kinga? Kurwa, kompletnie nic, ale cieszę się, że zwróciłem Waszą uwagę.

Właściwie już na starcie chciałbym zaznaczyć, że trochę pokpiłem sprawę. Zamiast zabrać się za pierwszą część cyklu z Jackiem Sawyerem (Talizman), rozpocząłem od drugiego tomu jego przygód. Nie obwiniajcie mnie jednak - jestem tylko mężczyzną, a jak wiadomo jesteśmy istotami niedoskonałymi z natury. Otrzyjcie więc rzewne łzy, które w tym momencie pociekły Wam po policzkach - uspokajam - Czarny Dom z powodzeniem da się czytać bez znajomości części poprzedniej.

Jack Sawyer jest już dużym chłopcem. Swe dorosłe życie poświęcił wykonując jeden z najbardziej niewdzięcznych zawodów świata (zaraz po woźnej w szkole i ochroniarzu w Biedronce) - Jack został detektywem. Ale nie byle jakim detektywem - został zajebistym detektywem. I to w sumie dobrze, bo jego przeciwnik, inspirujący się nawykami żywieniowymi znanego dietetyka Alberta Fisha, też nie należy do najmilszych. Czarny Dom nie jest jednak klasycznym starciem dwóch wielkich osobowości - to raczej tylko tło dla wydarzeń rozgrywających się w światach pełnych magii, mroku i trupów. Ba, w tle usłyszymy nawet o Rolandzie i Mrocznej Wieży, co fani Mistrza pewnie dość szybko skojarzą.

Fabuła ciągnie się przez ponad 700 stron. Przy czym słowo "ciągnie" nie zostało użyte przypadkowo. Ja wiem, że King ma tendencję do przydługich wstępów. Średnio zajmuje mu to jakieś 200 stron, po czym akcja zwykle przyspiesza i zaczyna wciągać. Mistrz napisał jednak Czarny Dom razem z Peterem Straubem, więc zgodnie z wszelkimi zasadami logiki samo wprowadzenie zajmuje tu jakieś 400 stron. Możecie się domyślić, że przebijanie sie przez kolejne linijki tekstu sprawiało, że byłem w siódmym niebie, raz po raz przeżywając kolejne dialogi, dziwne sny Jacka, czy opisy podróży samochodem - bawiłem się jak nutria.

Na szczęście samo zakończenie było już bardziej dynamiczne. Ba, nawet te monotonne fragmenty zbudowały wokół bohaterów charakterystyczną otoczkę, która sprawiła, że rzeczywiście czułem do nich sympatię. Mogę przyznać, że jest to także jeden z nielicznych przypadków, gdy King zaskakuje mnie w zakończeniu. Finał jest nie tylko ciekawy, ale też nieprzewidywalny i pasujący do mrocznej atmosfery tej historii.

Cóż mogę powiedzieć - dawno nie czytałem tak... średniej książki. Mimo tego, że miała zarówno lepsze jak i gorsze fragmenty, końcowy bilans wskazuje na kompletnego średniaka. Jeśli odnajdujecie się w klimatach dark fantasy, podnieca Was samo brzmienie kingowego nazwiska, albo lubicie jeść małe dzieci - jak najbardziej polecam. Wiem jednak, że podobni zboczeńcy nie występują powszechnie wśród moich czytelników, dlatego z czystym sercem mogę tym razem napisać - a róbcie sobie co chcecie - gówno mnie to obchodzi. Jeśli ją odpuścicie, to świat się nie zawali, jeśli postanowiliście przeczytać wszystkie książki Kinga, to momentami pewnie będziecie się nawet fajnie bawili. Momentami.


Moja ocena to: 5/10    

piątek, 14 sierpnia 2015

Wakacyjny post o niczym

Obecny klimat wybitnie nie sprzyja opracowywaniu kolejnych blogowych wpisów. Chciałbym nawet zmobilizować się i przeprosić Was za moją przedłużającą się nieaktywność, ale wydaje mi się, że byłoby to posunięcie ze wszech miar bezcelowe. Dlatego też zamiast przeprosin, w ramach rekompensaty, postanowiłem napisać chociaż kilka zdań, świadczących o tym, że żyję, mam się dobrze i opierdalam się z uśmiechem na ustach, czyli w skrócie: co aktualnie robię? Wiem, że dla większości z Was nie jest to zbyt przełomowa informacja, która w dłuższej perspektywie czasowej może zmienić Wasze życia, ale czy jesteście gotowi zaryzykować i olać ten wpis? Już teraz mogę Wam zasugerować, że nie, nie jesteście - czytać dalej!

Jako że modne jest ostatnio zaczynanie każdej rozmowy od pytań o pogodę, to tak, potwierdzam - gorąco w chuj. W tym miejscu moglibyśmy zakończyć te rozważania, ale dusza naukowca nie pozwala mi na tak pobieżne potraktowanie tematu. Obecne upały mają bowiem niesamowicie ciekawą naturę - naukowcy zgadzają się, iż nad Polskę nacierają gorące masy powietrza z Muspelheim i Piekła. Na całe szczęście z wakacji w Nowym Sączu wraca już Thor na jednorożcu, który ponoć obiecał, że wkrótce zajmie się tą sprawą - trzymamy za słowo.

A co poza pogodą? No film sobie na przykład oglądałem. Lazarus Project z Olivią Wilde - taką ładną panią, co to kiedyś grała w Housie. Dobra obsada nie pomogła jednak zbytnio produkcji, która okazała się strasznie sztampowa, schematyczna, nudna i przewidywalna jak romantyczna potańcówka w domu starców. Niby coś tam się działo, niby można się było przestraszyć w pewnym momencie, ale jeden rzut okiem na całość dawał nam jasny obraz do czego to wszystko zmierza (konkretnie do wielu trupów, co stanowi kolejny argument za zastosowanym poprzednio porównaniem).  
"Widzę czarne oczy, to za mną kroczy, ze mną jest" Lalalala.
Nie ciekawe? No to może chcecie poczytać o historii? Nie?! Mój Boże, co za zaskoczenie! Przecież pogoda wybitnie sprzyja rozważaniom na temat przyczyn zwycięstwa Napoleona pod Austerlitz - lepszego momentu nie będzie! Dobra, nie to nie! Wspomnę tylko, że przeczytałem opracowanie pod tytułem Bitwy, które zmieniły świat - taką króciutką książeczkę wydaną przez magazyn Focus. Dałem za nią z pięć złotych i mniej więcej tyle jest warta. Teksty są ciekawe, konkretne i całkiem wciągające, ale sam dobór bitew, czy szczegółowość opisu ich skutków, przyczyn etc. pozostawia trochę do życzenia. Za pięć złociszy było jednak warto. I tak, już kończę o historii, możecie odetchnąć.

No i jakbyście pytali, to w gry sobie trochę gram. Odświeżyłem na przykład starego Hitmana: Kontrakty. Strasznie słaby jestem w te wszystkie skradankowe tytuły, ale z braku lepszego wyboru póki co jakoś to leci. Co istotniejsze gra nie odrzuca zbyt strasznie nawet we współczesnych warunkach i mimo pewnych irytujących problemów jest całkiem przyjemna. Zapewne nie wystarczy mi motywacji, by ją dokończyć, ale co sobie nazabijałem, to moje.

W kwestii sportowej - oglądaliście superpuchar Europy? Świetny mecz, który skończył się niespodziewanym wynikiem 5:4 dla Barcelony i który był jednym z najbardziej emocjonujących pojedynków o to trofeum w historii? Nie?! Cóż, wstydźcie się - jesteście po prostu złymi ludźmi. To nie jest wyłącznie Wasza wina - po części to również kwestia odebranego wychowania, warunków środowiskowych itd., ale mimo wszystko liczę na to, że zmienicie Wasze postępowanie. Macie okazję już dzisiaj, bowiem w meczu o superpuchar Hiszpanii zmierzy się Barcelona z Athletico Bilbao.


Cóż, zająłem Wam i tak zbyt dużo czasu. Dziś zaczyna się weekend. Bawcie się, imprezujcie, masturbujcie - z tym niezwykle istotnym przesłaniem zostawiam Was aż do naszego następnego spotkania.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Brandon Sanderson - "Siewca Wojny"

To że jestem głupi i nie mam za grosz gustu nie jest już wyłącznie naiwną teorią. To powszechnie znany fakt, który jednakże nie stoi mi na przeszkodzie, w obnoszeniu się własną ignorancją. Warto również zaznaczyć, że czytam ostatnio bardzo mało fantastyki, więc nie jestem absolutnie kompetentny w recenzowaniu powieści z tego gatunku. Mając ten krótki wstęp za sobą powinniście już doskonale wiedzieć, że za grosz nie wolno mi ufać i właściwie cały tekst możecie z radością olać. Wiem jednak, że wielu z Was przejawia pewne skłonności masochizmu intelektualnego i przeczyta wszystko, co wygląda na w miarę sensownie złożone zdania. Dla Was moi drodzy wariaci powstały następne akapity.

Akcja powieści Sandersona toczy się wokół rywalizacji dwóch królestw - Idris oraz Hallandren. Po tzw. "Wielowojniu" pomiędzy oboma mocarstwami zapanował pełen napięcia pokój. Od konfliktu minęło już jednak ponad trzysta lat. Nie oznacza to oczywiście, że różnice ideologiczne, wyznaniowe, czy napięcia społeczne pomiędzy obywatelami przestały odgrywać znaczącą rolę w stosunkach międzynarodowych obu stron. Władca Idris posiadający dwie urodziwe córki swego czasu stwierdził, że kiedy te dorosną, najstarsza zostanie żoną Króla-Boga Hallandren. Decyzję tę podjął oczywiście, by utrzymać utworzony po "Wielowojniu" status quo. Vivienne, bo tak laseczce na imię, poświęca więc swoje życie na studiowaniu historii i dworskiej etykiety, co bardzo jej odpowiada (bo jest dziwna). Druga córka króla Idris, roztrzepana Siri, ma zaś zająć się nic nierobieniem. Niestety, tak niezwykle atrakcyjna perspektywa zostaje zaprzepaszczona przez serię nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, które to Siri wynoszą na tron Hallandren, a Vivienne pozostawiają u boku ojca. Vivienne okazuje się jednak niezbyt rozgarniętą amebą i wyrusza z uśmiechem na swoich królewskich ustach, by uratować Siri z rąk "tyrana". Problemy pojawiają się w momencie, gdy okazuje się, że Vivienne na niczym się nie zna i nic nie potrafi.

Tłem tych wydarzeń są również działania zaskakująco sprawnej grupy najemników, dyskusje bogów Hallandren prowadzone z niezwykłym humorem, tajemniczy wojownik z gadającym mieczem, kontrolowanie przedmiotów za pomocą kolorów, czy polityka kapłanów mająca doprowadzić do pełnej kontroli nad królem-bogiem. Wydawać by się mogło, że akcja będzie pędziła na łeb na szyję, ale marzenia te zostały błyskawicznie zweryfikowane przez rzeczywistość.

Jak może wiecie męczyłem się z tą książką okrutnie. Zacząłem ją czytać jakieś pół roku temu i ciągle odkładałem jej dokończenie. Nie wiedziałem jednakże jak wyrazić co tak bardzo przeszkadza mi w lekturze. Wydawało się bowiem, że jest to pozycja ze wszech miar solidna - nieźle poprowadzone, ciekawe i pełne humoru dialogi, nieprzewidywalna i przewrotna fabuła, charakterystyczne i interesujące postaci, mnóstwo innowacyjnych pomysłów wplecionych w akcję powieści - czego chcieć więcej?

Po skończeniu "Siewcy Wojny" muszę przyznać, że jest to bardzo nierówna pozycja. Z jednej strony masa fajnych pomysłów z czasem zaczyna przytłaczać, głównie ze względu na liczne opisy wyjaśniające nam konstrukcję świata, które to nie wnoszą absolutnie niczego interesującego do rozgrywających się wydarzeń. Podobnie rzecz ma się z jałowymi dyskusjami na dworze bogów, które, szczególnie w pierwszej części książki, dotyczą wyłącznie ich codziennej egzystencji i prognoz dotyczących przyszłego konfliktu. Znów są to fragmenty, w których nie dzieje się nic istotnego. Leniwą akcję potęguje dodatkowo fakt, że fantastykę kojarzyłem głównie z epickimi podróżami w stylu "Władcy Pierścienia", natomiast "Siewca Wojny" zdecydowanie stawia na środowisko miejskie, które ze względu na swój charakter nie jest ani zbyt malownicze, ani tak fantazjogenne jak otwarte tereny.

Książka okazała się więc niezłą pozycją, która mnie ciągle od siebie odrzucała. Przyznam, że w większości po prostu się nudziłem, ale monotonię przerywały też bardzo ciekawe i niejednokrotnie zabawne fragmenty podwyższające poziom tej opowieści. Zastrzeżenie mam także do samego zakończenia. Powolna dotąd akcją przyśpiesza bowiem tak gwałtownie, że na ostatnich stronach wręcz trudno połapać się co takiego nastąpiło i dlaczego. Odniosłem niejasne wrażenie, że autor miał już pomysł na inną historię, dlatego chcąc zamknąć wszystkie wątki, skondensował zakończenie do zaskakująco nieproporcjonalnych rozmiarów. Mówiąc krótko: zrobił zakończenie na odpierdol.

Podsumowując: jest to bardzo dobra powieść fantasy dla ludzi nieprzepadających za seriami książkowymi. Nie jest to jednakże pozycja idealna i nieposiadająca wad. Nie poleciłbym jej z czystym sercem żadnemu z Was (bo Was szanuję, huehuehue), ale jeśli jakiś fragment tej recenzji wydał wam się interesujący - próbujcie śmiało. Może Wam spodoba się bardziej. Istnieje ogromna szansa, że tak właśnie będzie, ponieważ książka odbierana jest bardzo dobrze przez czytelniczą społeczność, o czym między innymi świadczą oceny na portalach czytelniczych. A ja się nie znam.


Moja ocena to: 5.5/10