czwartek, 24 września 2015

Kate Wilhelm - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

Cholera, nie wiem jak zacząć ten tekst. Dramatycznie brakuje mi kreatywności. Czuję się jakbym naśladował wszystkie swoje poprzednie wstępy. Jakbym je klonował. Zaraz, chwilkę, klonował? Cieszę się, że o tym wspomnieliście (wiem, to ja o tym wspomniałem, ale nie będę przecież sam brał odpowiedzialności za to co piszę), bowiem motywem dzisiaj opisywanej powieści jest właśnie klonowanie.

Gdzie dawniej śpiewał ptak napisała kobieta. Miejcie to na względzie, gdy za jakiś czas będzie Was kusiło, by napisać, że mam jakieś uprzedzenia względem autorek, że jestem szowinistą, świnią i ogólnie kij mi w oko. Otóż wielu, bardzo wielu autorów powieści dystopijnych mogłoby się od pani Kasi uczyć. Jej książka jest być może dość prosta, oparta na znanych nam i współcześnie stosunkowo popularnych tematach, ale wciąż nie zmienia to jednego, zasadniczego faktu - jest zajebista!

Dystopia jak to dystopia - rozpoczyna się od końca świata. Nie jest to może proces błyskawiczny, ale dla pewnej grupki naukowców i ich rodzin z pewnością zauważalny. Zmiany pogodowe, rozwój broni jądrowej i zmniejszająca się z dnia na dzień płodność kobiet sprawia, że ludzka populacja zaczyna wymierać w tempie geometrycznym (nie wiem jakie to tempo, ale chyba ma coś wspólnego z tym, że życie toczy się kołem, a faceci lubią trójkąciki - zawsze byłem słaby z matmy). Naukowcy chronią się więc w bazie położonej wśród górskich szczytów i zaczynają organizować sobie życie na własną rękę. Odpowiedzią na spadającą płodność staje się według nich klonowanie ludzi.

Pierwsza część książki jest dość mroczna. Skupia się na pokonywaniu  trudności badawczych przez grupę naukowców pod kierownictwem Davida - najbystrzejszego z nich. Na szczęście udaje się nie tylko rozpocząć klonowanie na dość dużą skalę, ale również zachować płodność wśród klonów. Niestety szybko okazuje się, że klony są dość leniwe i one się jebać nie będą (dosłownie i w przenośni) - najpierw przejmują władzę w ośrodku, a następnie skupiają się na rozwoju procesu klonowania do tego stopnia, by ich społeczeństwo stało się jak najbardziej jednolite. Dwie kolejne części książki opisują perypetie bohaterów próbujących zademonstrować swoją indywidualność i potrzebę jej okazywania w dużej grupie. I to jest właściwie kwintesencja tej powieści oraz jej najlepsza część.

Muszę przyznać, że książka ta dostarcza bardzo dużo różnych emocji i pozwala spojrzeć na społeczeństwo pod zupełnie innym kątem. Jest być może dość prosta, ale ciekawie skonstruowana i przede wszystkim niesie ze sobą oczywiste przesłanie. Przez cały czas miałem świadomość, że autorce o coś chodzi, że historia każdego z trzech bohaterów dokądś prowadzi i jest "na miejscu". Absolutnie nie mogę przyczepić się także do stylu. Nie jestem fanem masywnych, enigmatycznych opisów, więc ich budowanie na modłę przypominającą stare książki przygodowe bardzo mi odpowiadało. Nie będziemy tu czytali pierdół o firankach, o tym jak wygląda każda kolejna cegła budynku, ale raczej o tym, że kra na rzece utrudniała poruszanie się bohaterowi, że śnieg padał już od kilku dni, że szum klonowych liści uspokajał naszego protagonistą - tak właśnie powinny być budowane dobre opisy. Wydają się one nie tylko bardzo obrazowe, ale i o wiele pragmatyczniejsze, niż pieprzenie o tym kto gdzie postawił kwiatki na stole. Choć nie jestem fanem przedstawiania szczegółów technologicznych, to całkiem nieźle wytłumaczono także sam proces klonowania i przeciętny czytelnik, a nawet taki idiota jak ja, jest w stanie połapać się o co w tym wszystkim chodzi. Prawdopodobnie zmieniłbym samo zakończenie, dające tutaj odrobinę nadziei, chociaż to istniejące także wpisywało się dość dobrze w klimat powieści i jest to wyłącznie moja osobista preferencja wynikająca z umiłowania  do każdej kropli pesymizmu w finałowych scenach.

Nie znalazłem za to zbyt wiele wad. Ba, jeśli uznać prawo autorki do posiadania własnej koncepcji, to w książce tej wszystko gra, a konstrukcja świata wykazuje stosunkowo dużą konsekwencję. Oczywiście brakowało mi odrobinę tej mrocznej, niebezpiecznej i krwawej strony rzeczywistości dystopijnej, ale widocznie nie taki obraz zamierzała stworzyć pani Wilhelm, więc trudno mieć o to do niej większe pretensje. Nie jest może tak, że na każdym kroku czekają na bohaterów zmutowane potwory, które porozdzierają im brzuchy i zjedzą serca, ale nie jest też przesadnie słodko, więc myślę, że sporo osób byłoby w stanie całkowicie zaakceptować tak nakreślone realia.   

Podsumowując: brakowało mi dobrej fantastyki z wyrazistym, mocnym przesłaniem, a taką właśnie zaserwowała mi Kate Wilhelm. I zrobiła to niemal czterdzieści lat temu. Książka jednakże nie straciła nic ze swej aktualności. Ba, w społeczeństwie mentalnych klonów zyskała być może jeszcze więcej. Za to należą się autorce ogromne brawa.


Moja ocena to: 8/10

piątek, 18 września 2015

Michael Crichton, Richard Preston - "Micro"

Dorobek literacki niezwykle popularnego autora, Michaela Crichtona, zamknęła powieść pod tytułem Micro. Zamknęła, bowiem autor ze względu na swe zmagania z chorobą nowotworową zmarł w 2008 roku. Omawianą dziś powieść dokończył zaś inny znany pisarz - Richard Preston. Nie należy o nim zapominać, ponieważ dwie trzecie książki, to właśnie efekt jego pracy (opartej jednakże o materiały i notatki pozostawione przez Crichtona).

Fabuła opiera się o nieco zmodyfikowany pomysł zaczerpnięty z filmu/serialu Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki. Z tym, ze zamiast dzieciaków mamy złowieszczą korporację pod przywództwem Vina Drake'a, która odkryła technologię pozwalającą zmniejszać dowolne obiekty - w tym ludzi, a także grupkę nieustępliwych, walecznych naukowców, którzy staną się wkrótce obiektem owego zmniejszania. Początkowa próba zatrudnienia wspomnianych badaczy w firmie kierowanej przez Vina Drake'a, spala na panewce, gdy na jaw wychodzą nieczyste intencje szefa. W tej sytuacji Vin podejmuje jedyną rozsądną decyzję - zmniejsza swych niedoszłych pracowników i postanawia nakarmić nimi węża. Oczywiście grupka naukowców ucieka i rozpoczyna pełną przygód, akcji i śmierci (zwłaszcza śmierci) podróż do serca korporacji, w celu odzyskania swoich standardowych rozmiarów (bo rozmiar się liczy). Tłem dla tych wydarzeń staje się gęsta, nieprzystępna i ekstremalnie niebezpieczna dla centymetrowych naczelnych dżungla Oahu.

Akcja z całą pewnością jest najmocniejszą stroną Micro. Dzięki rozgrywającym się w błyskawicznym tempie wydarzeniom, czytanie tej książki odbywa się niezwykle błyskawicznie. Właściwie trudno czasem nadążyć z przerzucaniem stron, wobec natłoku rozgrywających się wydarzeń. Choć sama konstrukcja fabuły jest niezwykle prosta i w głównej mierze oparta o pokonywanie kolejnych przeszkód pojawiających się na drodze naszych dzielnych bohaterów, to w tym przypadku sprawdza się ona całkiem nieźle. Walki z pająkami, pojedynki z osami, czy unikanie nietoperzy stanowią nie tylko świetną, ale i całkiem interesującą zabawę. Trudno jednak z czystym sumieniem stwierdzić, że poza dynamiczną akcją, jakkolwiek pokazaną z niezwykle ciekawej perspektywy, jest w tej książce coś ponadto...

Czytając miałem wrażenie, że przeglądam scenariusz hollywoodzkiego filmu. Sztywne dialogi, błyskawiczne przechodzenie do porządku dziennego nad śmiercią swoich przyjaciół, czy mało skomplikowane charaktery postaci, to chyba największe bolączki tej książki. Oczywiście sięgając po Micro miałem świadomość, że nie będzie to traktat filozoficzny, ale nie spodziewałem się aż tak lekkiego podejścia do tematu wielkich korporacji, czy ślepego podążania za postępem technologicznym. Trudno mówić tu o jakimś głębszym przekazie, czy idei. Ot, zła korporacja, dobrzy bohaterowie, ładna dżungla, trochę flaków i voila!

Nie ośmielę się napisać, że książka mi się nie spodobała. Czytałem ją z dość dużą przyjemnością i naprawdę mocno wkręciłem się w tempo akcji. Oczywiście gdy przeszedłem już do porządku nad niesamowitą technologią, mikrorobotami, czy naciąganymi kreacjami postaci. Traktując ją jako czysto rozrywkową pozycję i nie doszukując się w niej żadnych przemyśleń, można jednak czerpać ogromną przyjemność z podróży po Oahu.

Moja ocena to: 6/10


Ps. Odnosząc się raz jeszcze do motywacji Vina Drake'a. Czy uważacie, że posiadanie urządzenia zdolnego zmniejszać każdy przedmiot do mikroskopijnych rozmiarów, nie jest wystarczającą szansą na zbicie miliardów dolców? Czy zawsze trzeba konstruować jakąś wydumaną broń? Tak zdają się twierdzić szefowie wszelkich korporacji - czy to w filmach, czy książkach (posiadając różnorakie super urządzenia dążą do opylenia komuś jakiejkolwiek megabroni stworzonej przy ich udziale). Przecież za pomocą tego sprzętu można było zmniejszyć cały Sejm RP, albo chociaż Ewę Kopacz - czy ten człowiek brał pod uwagę perspektywy jakie przed nim stały?! 

niedziela, 13 września 2015

Top 11 - muzyka w czołówkach seriali

Robiąc mały research do tej topki (to znaczy opieprzając się podczas słuchania piosenek) doszedłem do wniosku, że seriale są wręcz pełne świetnych motywów muzycznych, które je otwierają. Moja początkowa niepewność co do tego, czy uzbieram aż dziesięć piosenek z intra, przerodziła się bardzo szybko w przerażenie dotyczące tego, czy uda mi się wszystkie fajne tytuły upchnąć na liście. I od razu uprzedzam, że nie, nie udało się. Zaznaczam także, że lista jest wybitnie subiektywna, być może naznaczona odrobinę rysą sentymentu, a przez to z całą pewnością niedoskonała. Dlatego też chętnie poczytam Wasze opinie w komentarzach i z radością przyjmę propozycję każdego tytułu, który Waszym zdaniem jest na niej niesłusznie, a mógłby zostać zamieniony na coś lepszego.

11. Strażnik Teksasu
Na początek trochę się skompromituję. Uwielbiam nutkę ze Strażnika Teksasu, choć co do wyboru kandydata na ostatnie miejsce miałem spory problem. Propozycjami, które sobie zaznaczyłem były także motywy przewodnie z Renegata, McGyvera, oraz seriali JAG, czy Nash Bridges. Mówiąc ściślej cała klasyka lat 90-tych. Ostatecznie postawiłem po prostu na to, co oglądałem wówczas najczęściej.   

10. Suits
Ciekawa, wpadająca w ucho melodia, która przypominała mi odrobinę Lime in the coconut Harry'ego Nilssona. Nieodmiennie odstresowuje przy każdym odsłuchu, za co w pełni zasłużyła na topową dyszkę.

9. Psych
Jedna z najbardziej energicznych melodii w zestawieniu. Nie tylko idealnie dopasowuje się do charakteru lekkiego, niezobowiązującego serialu jakim z pewnością jest Psych, ale zwyczajnie słucha się jej z radością i bananem na mordzie (to znaczy z uśmiechem, nie takim normalnym bananem - to by było głupie...).

8. True Detective s01
Pierwszy sezon Prawdziwego Detektywa zachwycał swym kunsztownym wykonaniem i nie inaczej było z genialną muzyką. Far From any Road miało wszystko - genialnie dopasowaną muzykę, świetny tekst i niezwykłe wykonanie - podobało się chyba każdemu. Ja niestety doceniłem tę piosenkę dopiero po kilkukrotnym przesłuchaniu, dlatego klasyfikuje ją dopiero na ósmym miejscu. I tak, sam mam wrażenie, że to zdecydowanie za niska lokata.

7. True Blood
Siódme miejsce objęła w posiadanie klasyczna polecanka. Choć sam obejrzałem kilka odcinków tego serialu, piętno jakie na mnie odcisnął sprawiło, że chciałem jak najszybciej zapomnieć o wszystkim co z nim związane. O dziwo słuchanie motywu przewodniego, podczas gdy przed oczami nie stała mi konieczność marnowania kolejnych minut życia na cholernie irytującą wersję wampirów, sprawiło że piosenka ta naprawdę mi się spodobała. Dużo gitary, a do tego świetne momenty w których Everett modulował głos - co tu może się nie podobać?

6. Supernatural
Moja oficjalna piosenka samochodowa. Ruszenie w drogę bez Carry On Wayward Son trzeszczącego gdzieś w tle to niemal świętokradztwo. Nie jest może piosenką, której lubię słuchać na co dzień, ale ze względu na samą liczbę dokonanych odsłuchów nie mogłem o niej zapomnieć tworząc tę listę.

5. Knight Rider
Klasyka o której omal bym zapomniał (dlatego lista poszerzyła się o jedno miejsce). Dzięki niesamowitym opóźnieniom w emisji seriali względem świata zachodniego, jako kilkunastoletni szczyl wciąż miałem okazję oglądać Knight Ridera w telewizji. Nie ma pojęcia dlaczego ta melodia jest tak charakterystyczna, ale po jej odsłuchaniu natychmiast stwierdziłem, że absolutnie zasługuje ona na miejsce w zestawieniu.

4. Dukes of Hazard

Jedyny serial, który znam tylko dzięki ścieżce dźwiękowej. Mimo że nie obejrzałem ani jednego odcinka Diuków Hazardu, to wykonanie Waylona Jenningsa wpadło mi kiedyś w ucho i już tam zostało. Uwielbiam jego głos, a samo wykonanie nie pozostawia absolutnie niczego do życzenia.

3. Sons of Anarchy
Serial traktujący o gangu motocyklowym nie może obejść się bez doskonałej ścieżki dźwiękowej. I ten się nie obył. Ba, momentami miałem wrażenie, że tylko doskonała muzyka trzyma mnie przy oglądaniu Synów Anarchii przez tak długi czas. Głos faceta wykonującego ten kawałek do dzisiaj podnosi mi włoski na rękach, a to chyba dobrze.

2. Firefly
Tak wysoko, bo Firefly.

1. True Detective s02
Nie sądziłem, że po tym, czego dokonano w pierwszym sezonie da się coś jeszcze poprawić. Ale intro? To niesamowite, ponieważ jakoś się udało. Pomijając wszelkie głosy krytyki spadające na drugi sezon Prawdziwego Detektywa, to wykonanie Leonarda Cohena uważam za najlepszą rzecz jaka przydarzyła się muzyce serialowej w historii. I jedną z piękniejszych rzeczy w muzyce w ogóle. Genialny, mroczny tekst, a do tego świetny, głęboki głos Cohena w kontekście opisywanego serialu pasują wręcz idealnie. Wiem że taki sposób wykonania nie trafi do każdego i jest to kwestia indywidualnego gustu, ale ja się zakochałem.  Oczywiście pod uwagę biorę tylko jedynie słuszną wersję tej piosenki bez arabskich refrenów, których w intrze serialu nam na szczęście oszczędzono.

Jak widzicie mój gust muzyczny nie jest raczej zbyt wyrafinowany, dlatego liczę na Was - co jeszcze warto obejrzeć ze względu na świetną muzykę, co warto przesłuchać bez oglądania serialu, a może co miało tak fatalną muzykę, że odrzuciło Was od całej produkcji? Komentujcie śmiało - nie obrażę się (mocno).


czwartek, 10 września 2015

Stop krytykowaniu Islamu, ksenofobii i hipokryzji!

Jako że media społecznościowe w ostatnich dniach drżą wręcz w posadach, a na moim blogu sprawy społeczne zostały właściwie odstawione na dalszy plan, postanowiłem ukazać Wam obłudę i manipulację, jaką posługuje się polskie społeczeństwo w walce z Islamem - ostatnią prawdziwie pokojową religią. A tak serio - nie mam czasu na dłuższe teksty, a że moja tablica na Facebooku jest zaśmiecona, to w ramach akcji uświadamiającej przekazuję Wam to, co sam miałem okazję zobaczyć, ukazane jednakże w prawdziwym świetle i bez przekłamań.
Muzułmanie udowadniają swoją zdolność do asymilacji, posługując się fundamentalną zasadą systemu demokratycznego - wolnością słowa.
Matki z dziećmi zgromadzone wokół chleba i wody, zapasów "łaskawie" dostarczonych przez faszystowską policję węgierską.
Kolejny przykład europejskiego ograniczenia na odmienność kulturową. Nie dość, że imigrantom odmawia się prawa do posiadania podstawowych narzędzi służących rozpowszechnianiu religii pokoju, to jeszcze pozbawia się ich kamizelek kuloodpornych. Nie ma chyba bardziej dosadnego dowodu, świadczącego o braku troski ze strony świata zachodniego, o życia i zdrowie uchodźców wojennych.
Tutaj należałoby jednak stanowczo zaprotestować. Ignorancją byłoby twierdzenie, że Ci ludzie wkrótce nie postarają się o sprowadzenie swoich rodzin, by razem mogli żyć w faszystowskiej Europie. Przecież oni też mają serca. Mimo wszystko jednak, jako ludzie postępowi, powinniśmy zaapelować o wprowadzenie parytetów i zorganizowanie transportu jeszcze przynajmniej kilkudziesięciu tysięcy kobiet z dziećmi - wtedy nikt nie będzie mógł nam niczego zarzucić.
Islam stanowi również niespotykaną szansę na wzbogacenie zapatrzonej w siebie i egoistycznej kultury europejskiej. Czy będziemy mieli lepszą szansę, niż reforma naszego systemu edukacyjnego z uwzględnieniem innych wzorców wartości? Dbajmy o różnorodność!
Satyryczny rysunek obrazujący ksenofobicznych Polaków, niepotrafiących uszanować islamskiej kultury i zasymilować się z pokojowo nastawionymi, tolerancyjnymi muzułmanami. Wieczna zaściankowość!


Jako że przeraża mnie niesamowita nagonka na wyznawców Allaha, zmuszony zostałem do umieszczenia tego wpisu informacyjnego. Apeluję po raz kolejny o ograniczone zaufanie do społeczeństwa polskiego, które powszechnie znane jest ze swojego braku tolerancji, rasizmu i nieuzasadnionych uprzedzeń.

środa, 2 września 2015

Jim Butcher - Pełnia Księżyca [Kaszana Czelendż 3/2015]

Witam serdecznie w kolejnej odsłonie jakże zacnego i znanego już cyklu Kaszana Czelendż. Niestety dotychczas prowadzący bloga, czarujący, smaczny i przystojny Łukasz vel Lucky vel Zjem Wasze Serca I Popije Dobrym Koniakiem nie mógł być dzisiaj z nami. Dlatego też poprosił mnie , bym w jego imieniu przygotował tekst na temat genialnej, cudownej i niesamowitej książki Jima Butchera pod tytułem Pełnia Księżyca. Nazywam się Harribal Lectur i dziś zapoznam Was z najlepszym dziełem jakie kiedykolwiek widzieliście.

Pomocy, ratunku, jestem w piwni...

Przepraszam za zakłócenia - wracamy do spraw kluczowych. Głównym bohaterem Pełni Księżyca jest Harry Dresden - mag pracujący także jako detektyw. Prawda że to bardzo nowatorskie rozwiązanie? Czy znacie jakąkolwiek książkę w której bohaterem także byłby mag? Jeśli tak to ZAMKNIJCIE MORDE, bo Pełnia Księżyca jest oryginalna i nie obchodzi mnie wasza opinia! Ekhm, przepraszam, takie wybuchy w miejscu publicznym nie przystoją szanowanemu recenzentowi. Także nie mówmy już o tym co się stało i przejdźmy dalej. Harry prowadzi śledztwo w które wmieszane jest co najmniej jedno stado wilkołaków. Rozumiecie to? Mamy nie tylko maga, ale i wilkołaki - czy może być coś lepszego?! Zanim zdążycie się zastanowić podpowiadam - NIE!  

Proszę, on odgryzł mi nog...

Książka czyta się wspaniale. To uczucie nieporównywalne do czegokolwiek innego - jakbyście jedli wspaniałe lody śmietankowe z czekoladową posypką, taplając się jednocześnie we flakach waszych wrogów. Akcja pędzi do przodu na złamanie karków, toczy się jak ogromna, kamienna kula miażdżąca po drodze czaszki nieroztropnych detektywów, płynie jak benzyna wylewana na twarze przywiązanych do krzesła ofiar. Kilka absurdów, takich jak strzelające bez powodu agentki FBI (a zresztą, przecież oni zawsze strzelają bez powodu, prawda?), nieroztropne zachowanie naszego protagonisty, czy nieadekwatne do sytuacji reakcje bohaterów w niczym nie przeszkadzają. Takie błędy sprawiają, że książka jest bardziej ludzka, a przecież wszystko co ludzkie jest najlepsze...

Niech ktoś zadzwoni po poli...

Ekhm, muszę przyznać, że jest to też pozycja z pewnymi elementami brutalności. Opisy rozszarpanych zwłok potrafią zrobić duże wrażenie, choć muszę przyznać, że za cholerę nie pasują do tego co mam na zdjęciach... Ale nieważne. Trudno powiedzieć dla kogo jest to książka. Napisana jest trochę jak powieść młodzieżowa, ale zawiera też sporo scen o dość mrocznym wydźwięku. Dlatego odpowiadam Wam - ta książka jest właśnie dla Was. Dla Waszych dzieci, dla Waszych braci i sióstr, dla Waszych babć - każdy powinien ją poznać, ponieważ właśnie ona jest esencją życia, uczy nas jak przetrwać w świecie pełnym demonów, wilkołaków i złych, złych ludzi - a przede wszystkim uczy nas jak zabijać! Kto nie chciałby wiedzieć jak zabijać?! Jak zjadać ludzi, rozszarpywać ich na kawałki, zadawać ból i cierpienie?! Wiedza jest istotą człowieczeństwa, musisz wiedzieć jak zabijać, nie bądź zboczeńcem i wyrzutkiem - przeczytaj Pełnie Księżyca MUAHAHAHA!!!

Moja ocena: 10/10

Ufff, wyrwałem się temu szaleńcowi obezwładniając go w ostatniej chwili urokiem osobistym. Ależ głupoty Wam tu napisał. Książka czyta się fajnie, ale ma sporo dziur fabularnych i idiotycznych sytuacji - zapomnicie o niej po dwóch dniach. Tyle powinniście wiedzieć. Zostawiam Wam cytaty, bo muszę się czymś zająć. Bierze nóż, ten koleś bierze nóż, wychodzi nocą szukać dnia, lalala...

Moja ocena: 6/10

"Gdy więc Kim Delaney przysiadła się do mnie w pubie McAnally'ego, prosząc mnie, bym jej coś wytłumaczył, nie miałem pojęcia, że następnej nocy będzie pełnia" - Gdy już w drugim zdaniu dowiadujemy się, że akcja toczy się w pubie McAnally'ego, od razu wiemy, iż to nie może być zła książka.

"-Sknocisz coś i wielu ludziom może stać się krzywda.
Jej oczy zapłonęły gniewem
- Jeśli planowałam coś zrobić, to jest to moja sprawa, Harry. Nie masz prawa podejmować za mnie decyzji." - Tak jest, jebać to, że wielu ludziom może stać się krzywda. Lubię ją.


"Wyraz zaskoczenia na twarzy agentki w ułamku sekundy przeszedł we wściekłość. (...)Wyciągnęła broń z mistrzowską precyzją , gładko i szybko, ale bez widocznego pośpiechu. (..) Skoczyłem na Murphy i ściągnąłem ją w dół w chwili gdy rewolwer wypalił" - Czy każda kłótnia agentek FBI kończy się tym, że te do siebie strzelają? Jeśli tak, to czy zawsze wytłumaczenie: "ale ja tylko dotkłam, to samo wybuchło" wystarczy, by nie mieć kłopotów wewnątrz wydziału? I my już dobrze wiemy Harry dlaczego skoczyłeś na agentkę Murphy - Ty psie na baby...

"Głupi Harry! - powiedziałem. - Jak mogłeś być taki głupi? Po co u diabła się tam pchałeś? Zauważyłeś, że Ci neandertalczycy o mały włos nie rozerwali Cię na strzępy?" - uwielbiam ten zabieg. Gdy zachowanie bohatera staje się kurewsko absurdalne, autor w imieniu czytelnika sam zadaje sobie te pytania ustami protagonisty. To tak jakby ktoś nasrał na środku sali i każdemu pokazywał: patrz jak zajebiście nasrałem na środku sali. Ale jestem głupi, co?

"Czułem ucisk gdzieś w ciele i drżenie w głębi czaszki" - Harry przeżywa dylematy moralne, choć sądząc z tego wyrwanego z kontekstu zdania, dałbym głowę, że po prostu ma zatwardzenie.

"Nie próbowałem walczyć ani wyjaśniać. Bo i po co?" - Tekst Harry'ego w momencie gdy zbiera wpierdol od agentki Murphy, bo zajął się śledztwem, znalazł trop, ale nie zdążył jej powiadomić. Jak wiemy z wcześniejszych fragmentów FBI nie pyta, tylko bije/strzela, ale perspektywa 25 lat w więzieniu mogłaby Harry'ego jednak skłonić do zwykłego wytłumaczenia się.


"Leżałem więc, cały skupiony na łagodnych dotknięciach, westchnieniach i biciu serca, a wtedy ona znalazła się nade mną. Poruszała się ostrożnie i delikatnie, obawiając się sprawić mi ból. Poruszaliśmy się razem mocą naszego pragnienia, głodni siebie nawzajem, czując pożądanie i ciepło, i zauroczenie, i niewiarygodną bliskość, przejmującą do głębi" - i frytki, ktoś czuje frytki? Tak właściwie co oni robili? Grali w Twistera?!