piątek, 30 października 2015

Phantasm, Mordercze Kuleczki (1979)

Nie ukrywam, że przygotowując się do seansu Phantasm, liczyłem na ogromny potencjał komediowy kryjący się w tłumaczeniu tytułu na nasz piękny, dźwięczny, dający ogromne możliwości lingwistyczne język polski. Jakie bowiem pokłady kreatywności muszą znajdować się w kraju nad Wisłą, by z tak banalnego tytułu, stworzyć coś tak zagadkowego, tak przepełnionego emocjami, wręcz ociekającego grozą jak... Mordercze Kuleczki? I wiem co teraz myślicie: że będzie to historia mordującego niewinnych ludzi stołu do pinballa, opowieść o dzieciach zaginionych w figloraju, czy chociażby niecodzienne przygody aktora filmów porno. Niestety muszę Was zawieść - Phantasm, to tylko horror klasy B. Powiem więcej - to sztandarowy przykład horroru klasy B, w którym na szczęście nie zabrakło szczypty kreatywności.

Nie będę nawet zdradzał fabuły, bowiem ta nie jest do końca jasna nawet dla mnie (w końcu seria ta liczy sobie cztery części, a ja obejrzałem dopiero pierwszą). Opowieść jest bardzo enigmatyczna i abstrakcyjna. Wystarczy jednak szybki przegląd antagonistów, by wiedzieć mniej więcej czego spodziewać się po tym filmie. Na pierwszy ogień idzie główny przeciwnik naszych bohaterów - Tall Man. Przodek Slendera jest jednocześnie najlepiej wykreowaną postacią w tej produkcji. Gruby, gardłowy głos, blada, trupia cera, wzrost antybohatera podkreślany nieustannie odpowiednim ruchem kamery - wszystko to sprawia, że Tall Man potrafi niepokoić. Do tego zobaczymy również tak powszechne elementy każdego horroru jak karły-zombie, czy latające, mordercze kulki, ale akurat to nie powinno nikogo dziwić.

Zacznijmy od rzeczy kluczowej, która z pewnością wszystkich interesuje najbardziej. Tak, są cycki. Zasadność ich pokazywania jak przystało na ten rodzaj filmów wynosi w przybliżeniu zero. Cyckometr zatrzymał się na dwóch sztukach, pokazanych dwukrotnie, co w przeliczaniu daje jeden cycek na dwadzieścia dwie i pół minuty filmu. Ich jakość oceniam na dobry, może dobry z plusem. Skoro sprawy najważniejsze są już za nami przejdźmy do innych zalet.

Jak już wspomniałem imponuje kreatywność reżysera. Mamy tu odrobinę grozy, przyzwoite lokacje, od czasu do czasu solidne, nawet nieirytujące jump scares, bardzo dobrą muzykę, która pozwala poczuć klimacik horrorów z końca lat 70-tych oraz sporo elementów, które obecnie sprawiają, że widz może zdechnąć ze śmiechu. Z całą pewnością zewsząd czuć ogromny luz jaki towarzyszył producentom Phantasma i trzeba podkreślić, że podejście to w sposób wymierny przekłada się na przyjemność z jaką ogląda się ten film.

Jak przystało na horrory tego rodzaju, wadami są: fatalne aktorstwo (serio - niektóre dialogi prowadzone przez postaci znajdujące się w śmiertelnym niebezpieczeństwie sprawiały, że sikałem ze śmiechu po nogawkach żart, tak naprawdę oglądałem ten film na golasa.), zakręcona jak rogi muflona fabuła oraz budzące dziś już tylko uśmiech politowania efekty specjalne (tak, wiem, że budżet tego filmu ledwo wystarczył na kupienie papieru toaletowego dla załogi, ale samochód wybuchający po uderzeniu w drzewo można było sobie darować). Ponadto nie jest to produkcja dla ludzi z ADHD, którym poleciłbym raczej inne ciekawe rzeczy (np. eutanazję).      

Podsumowując: po pierwsze jest to klasyka horroru (a że Słowacki wielkim poetą był, to Phantasma też szanuj) z fajnym antagonistą. Po drugie - dostajemy i coś do śmichu (nie wiem czy był to efekt zamierzony, ale lubię sądzić, że tak) i coś do strachu (odrobinkę). Po trzecie - mimo ogromnej enigmatyczności fabuły jest w tym horrorze coś, co każe przy nim siedzieć do końca (chyba że ktoś ma robaki w dupie - wtedy nie). Osobiście jestem bardzo zadowolony z seansu, choć równocześnie mam świadomość, że w wielu kluczowych kwestiach film ten jest niesamowicie słaby i nieporadny. Mimo wszystko:


Moja ocena to: 7/10 (bo miłość do gatunku)

piątek, 23 października 2015

Russel Shorto - "Amsterdam. Historia najbardziej liberalnego miasta na świecie"

Amsterdam od zawsze wydawał mi się bardzo ciekawym miastem. Z jednej strony niemalże nieograniczona wolność, swobodny dostęp do używek, czy prostytucji, a z drugiej jakiś charakterystyczny, unoszący się w powietrzu konserwatywny duch, tkwiący czy to w samej zorganizowanej zabudowie, przywiązaniu do kultury, czy mentalności mieszkańców Amsterdamu. Chcąc poszerzyć swoje informacje posiadane o tym miejscu, sięgnąłem więc po biografię...miasta.

Russel Shorto przedstawia nam dzieje holenderskiej stolicy począwszy od czasów, gdy była to niewielka wieś regularnie podmywana przez wody niespokojnego morza, aż po czasy współczesne, gdy najważniejsze nękające miasto powodzie mają charakter społeczny.

Z Historii Najbardziej Liberalnego Miasta Na Świecie dowiemy się oczywiście skąd wziął się pomysł na liberalizm. Poczytamy o rywalizacji katolików z protestantami, dowiemy się dlaczego John Locke i Baruch Spinoza umiłowali sobie to miasto, prześledzimy jaki wpływ na rozwój sztuki mieli mistrzowie tworzący w Amsterdamie. Przeczytamy również o mniej chlubnych wydarzeniach w dziejach holenderskiej metropolii - wojny religijne, kolaboracja z nazistami, czy nieudane eksperymenty związane z imigracją, to tylko niektóre elementy krytykowane przez amerykańskiego pisarza. Trudno jednak ukryć, że cała praca ma niezwykle pozytywny wydźwięk i choć autor zauważa pewne wady nieskrępowanego liberalizmu, to potrafi patrzeć na nie wystarczająco trzeźwo, by czytelnik nie uznał tej książki za laurkę wystawioną miastu.   

Sama historia Amsterdamu nie jest tak bogata jak początkowo sądziłem. Kilka kluczowych wydarzeń, które odegrały ogromną rolę w dziejach tej miejscowości, stanowczo wystarczą do spisania wieloletniej kroniki stolicy Holandii. Czytając książkę Shorto odnosiłem nawet wrażenie, że o ile zmiany w kwestiach społecznych były domeną Amsterdamu, to w samym mieście, pochłoniętym pracą i walką o byt ekonomiczny, działo się naprawdę niewiele. Poza okresem rywalizacji hiszpańsko - niderlandzkiej, czy holendersko - brytyjskiej, historia tego miasta nie obfitowała w szczególnie istotne wydarzenia.

Domeną miasta stał się zaś liberalizm. Liberalizm wynikający poniekąd z solidarnej, kolektywnej natury mieszkańców, których przodkowie każdego dnia walczyli z morzem, natury ludzi, którzy zmuszeni do współpracy nauczyli się szanować poglądy innych obywateli miasta. I choćbyście bardzo nie chcieli o tym pamiętać, to nie zdołacie wyrzucić tej myśli z głowy, bowiem Shorto powtarza ją chyba w każdym rozdziale swojej książki. Kiedy piąty, czy szósty raz czytałem dokładnie tę samą myśl, sformułowaną odrobinę innymi słowami, miałem ogromną ochotę upomnieć autora, że do cholery wiem: "liberalizm, woda, kanały, współpraca" - wiem, raz wystarczy!!!

Mimo wszystko książka czyta się jednak bardzo dobrze. Styl amerykańskiego pisarza jest bardzo przyjemny, a jego pomysły na snucie opowieści o holenderskim mieście wykraczają znacznie poza jego tereny. Przeczytamy więc o wpływie jaki Amsterdam wywarł na Stany Zjednoczone, systemy bankowe, kolonializm, czy też resztę Europy. I bardzo dobrze, bowiem są to najciekawsze fragmenty w książce, która paradoksalnie miała przedstawiać dzieje samego miasta. Z niepokojem również zauważyłem, że większość wydarzeń o których napisał u siebie Shorto jest dość dobrze znana przez ludzi interesujących się odrobinę historią. Na palcach jednej ręki mógłbym zliczyć wydarzenia o których wcześniej nie słyszałem, choć trzeba przyznać, że inna perspektywa spojrzenia na nie, niejednokrotnie przynosiła mi wielką przyjemność.  

Podsumowując: jest to całkiem niezła książka dla ludzi zainteresowanych czy to historią Europy, czy też samego miasta kanałów. Czytało mi się ją niezwykle przyjemnie, choć jeśli miałbym być do końca szczery nie zostawiła mnie ona z uczuciem niesamowitego poszerzenia posiadanych informacji. Ot, przyjemne usystematyzowanie wiedzy z bardzo liberalnej perspektywy. Mimo wszystko polecam, bowiem mam świadomość, że wielu z Was doceni ją o wiele bardziej niż ja - w końcu obiektywnie rzecz biorąc, jest to cholernie dobrze napisana biografia.


Moja ocena to: 7/10

niedziela, 18 października 2015

Maniac, Maniak (1980)

Piękny, słoneczny dzień. Na dworze wesoło ćwierkają ptaszki. Para kochanków przechadza się plażą, trzymając się za ręce i szepcząc sobie do uszu czułe słówka. Wokół opalają się ludzie, niektórzy jedzą lody, inni leniwie popijają Coca-Colę. Kamera powoli przesuwa się na twarz zmęczonego swymi niecnymi uczynkami bandziora, który od dziś postanawia zmienić swoje życie i już nigdy więcej nikogo nie krzywdzić. Widz jest przekonany, że nic nie może pójść źle, że świat zmierza w konkretnym, ustalonym przez Boga, czy choćby logikę kierunku. Że każde wydarzenie, które za chwilę zobaczy na ekranie będzie prowadziło do szczęśliwego, spokojnego zakończenia, w którym wszyscy bohaterowie będą trzymali się za ręce i w towarzystwie chóru dzieci opiewali uroki ziemskiej egzystencji. Jesteście w stanie wyobrazić sobie taki obrazek? W takim razie dzisiejszy tekst będzie o czymś zupełnie przeciwnym.
"Niewyraźnie dziś wyglądasz"
Maniak nie miał łatwego życia. Już od najmłodszych lat wychowywany przez matkę, która nie dawała mu poczucia stabilności, za to dawała na lewo i prawo co innego, nie ma najlepszej opinii o kobietach. Może to małe niedopowiedzenie - facet jest tak pokręcony, a jego osobowość tak nieprzewidywalna, że Freud dostałby erekcji na samą myśl o ewentualnej możliwości zbadania podobnego osobnika. Towarzyszymy mu niestety od pierwszych minut filmu i mogę Was zapewnić, że przygoda ta w żadnym wypadku nie będzie należała do najprzyjemniejszych.

Nie będzie przede wszystkim ze względu na niesamowicie mroczny klimat filmu. Jesienne otoczenie, niezwykle oszczędne oświetlenie pomieszczeń, dominujące barwy szaro-zielone, jaskrawo-czerwone, czy brązowe - zabiegi te tworzą niezwykle brudną mieszankę. Dodatkowo obskurne parki z trzeszczącymi, zardzewiałymi huśtawkami, hostele na uboczach miast, prostytutki na ulicach, miejskie toalety z pomazanymi ścianami - są to szczegóły, które sprawiają, że nie czujemy się komfortowo, a wyrażenie "miejska dżungla" nabiera tu bardzo dosłownego znaczenia.

Do zalet tej produkcji można z pewnością zaliczyć świetną rolę Joe Spinella, który wcielił się w tytułowego maniaka - Franka Zito. Wyraźnie widać, że facet wie co robi. Trzeba przyznać, że jego ruchy, sposób mowy, czy mimika są dość oszczędne i powolne, ale sprawia to świetne wrażenie w momentach, gdy w naszym anty-bohaterze górę bierze jego prywatny demon. W dodatku zadanie przed jakim stanął aktor nie należało wbrew pozorom do najprostszych. Tendencja reżysera do bardzo bliskich i dość długich najazdów kamerą na twarz postaci, zmusiła Spinella do wykazania się bardzo dużymi umiejętnościami aktorskimi. Nie należy również zapominać, że obowiązkiem tego faceta było również ukazanie dualistycznej natury psychologicznej przedstawionej postaci i ten element również wypadł bardzo dobrze.  Z czystym sercem przyznaję więc, że film Maniac traktuje o maniaku i to on gra w nim pierwsze skrzypce.

Skoro wspomniałem już o kamerze: zwróciłem uwagę na bardzo ciekawe ujęcia, których ostatnio raczej nie widuję. Długi ruch kamery zakończony krótkim rzutem na dłoń czającego się za ścianą maniaka, czy krew oblewająca obiektyw kamery, robią bardzo fajne wrażenie i stanowią ciekawą odskocznię od nieco wolniejszych momentów. Zaskakuje również sama postać Maniaka, której zdarzyło się patrzeć bezpośrednio "w widza", co podbija jeszcze psychotyczny klimat.
"Dlaczego zawsze wszyscy mężczyźni stoją w kolejce do Ciebie?"
Niesamowicie istotnym elementem są również efekty specjalne, stanowiące przecież istotę dobrych slasherów. Te, nawet po 35 latach, które upłynęły od premiery filmu, wciąż robią niesamowite wrażenie. Hektolitry krwi przelewają się przez ekran, gardła są podcinane, głowy eksplodują i przede wszystkim każda taka scena wygląda cholernie realistycznie. Ponadto sam fetysz naszego bohatera, polegający na ubieraniu manekinów w ubrania zmarłych ofiar (w ubrania wliczają się także skalpy, ale to jest chyba oczywiste), dał ludziom od efektów specjalnych ogromne pole do popisu. Przyznam jednak, że o ile zakrwawione lalki nie robiły na mnie większego wrażenia, to scena w której strzał z dwururki urywa głowę kierowcy samochodu, zapadnie mi w pamięć na długo.

Niestety film nie jest pozbawiony wad. Ba, ma ich całkiem sporo. Największy wpływ na odbiór całości ma fatalne aktorstwo drugoplanowe. Sztuczne dialogi, fatalna mimika, dziwne dźwięki i zachowania osób w sytuacjach ekstremalnych - wszystko to kuje w oczy. Tym bardziej, że jak już wspomniano reżyser lubi potrzymać kamerę na twarzy bohatera. Działa to świetnie, gdy postać jest zagrana dobrze, wkurza, gdy bezsensownie wykrzywia mordę, byleby tylko coś robić. Poza tym mamy najgorszą rolę dziecięcą w historii kinematografii, co zaskakuje o tyle, że dialog pomiędzy dziećmi trwa jakieś dziesięć sekund. Mimo to kwestia odczytana jak na apelu szkolnym rzuca się w oczy i zakłóca imersję. Podobnie stworzona została scena reminiscencji w ostatnich minutach filmu, gdy kwestię, którą dawniej wypowiedział nasz maniak odczytuje jakiś dzieciak, który nie ma nawet ogólnego obrazu o czym traktuje ten film. Brzmi to tak, jakby w sam środek Ulicy Wiązów wrzucać postać z Ulicy Sezamkowej. Słabo.

Jako że jestem dość wredny przypierdolę się też do sceny w której jedna z ofiar maniaka ucieka przed nim na peron. Niestety nie udaje jej się wsiąść do pociągu (byle jakiego) i musi ukryć się gdzieś indziej. A może wystarczyłoby poprosić kogoś o pomoc? Nic z tego, peron jest przecież pusty, więc trzeba radzić sobie samemu. Ale czy na pewno? Otóż z jednego ujęcia kamery widzimy całkowicie pusty peron, a z innego, trwającego zaledwie dwie, trzy sekundy, łażących po nim ludzi. Tym sposobem dostaliśmy albo ogromną niekonsekwencję i błąd w wykonaniu, albo film traktujący także o duchach i protoplastę Szóstego Zmysłu.
"Zgadnij kotku co mam w środku"
Na koniec kwestia za którą nie przepadam osobiście, ale w obiektywnej ocenie musiałbym umieścić ją w plusach. Chodzi oczywiście o muzykę, co do której zawsze mam znacząco odmienne odczucia niż ogół. Świetne, budujące napięcie dźwięki, mroczna muzyka z żywszymi momentami w kluczowych momentach - czego chcieć więcej? Niestety użycie dźwięków z syntezatora zabiło we mnie całą przyjemność ze słuchania tego filmu. Nie wiem jak to się dzieje, ale za cholerę nie mogę przyzwyczaić się do tak agresywnej, sztucznej zmiany w podkładzie jaką serwują mi czasem w Maniaku (czasem, bo w większości muzyka jest świetna). O ile same uderzenia (chyba perkusja, ale mogę się mylić), były ok, to te piskliwe, skrzypiące i znacznie głośniejsze od reszty efekty (dam się pokroić, że to właśnie zabawa z syntezatorem), rozrywały mi uszy.

Podsumowując: dostajemy niezły slasher w starym stylu, z efektami specjalnymi godnymi naszych czasów. Ponadto prosta, ale przedstawiona w strawny sposób fabuła przykuwa dość mocno do ekranu. Jeśli jesteście cierpliwi, nie przeszkadzają Wam pomniejsze błędy i niedoróbki, a do tego uwielbiacie mroczne, krwawe i szalenie brutalne kino, to będziecie zadowoleni. Czy jednak polecam? Zdecydowanie nie - przeciętny człowiek potraktuje ten film jako orgię bezsensownej brutalności. Jeśli jednakże jesteście miłośnikami tego typu produkcji, zdecydowanie warto znać.


Moja ocena: 6/10

piątek, 9 października 2015

Daniel Freeman, Jason Freeman - "Rusz głową. Na tropach tajemnic naszego umysłu."

Rusz głową. Na tropach tajemnic naszego umysłu, to tytuł, co do którego odnosiłem się bardzo sceptycznie. Zdarzało się bowiem, że czysto amatorskie zainteresowanie tajnikami działania ludzkiej psychiki, prowadziły mnie na manowce wybrukowane poradnikami w stylu: "jak osiągnąć sukces w tydzień", "rozwiąż problemy swojego związku w godzinę", czy "tajniki sprzedaży - sprzedaj dom, żonę i kumpli na policji w pięć minut". Oczywiście większość podobnych artykułów trzymałem tylko w łapach, nie chciałem bowiem hańbić mojego i tak mocno ograniczonego poznawczo rozumku podobnymi bzdurami. Rusz głową(...), to jednak coś zupełnie innego. Na szczęście.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie jest to książka z której wyniesiecie buk wie jak dużo. Freemanowie streścili bowiem na lekko ponad 300 stronach znany już dość powszechnie dorobek psychologii. Zrobili to jednak w sposób na tyle interesujący i zgrabny, że czytanie, nawet jeśli po raz kolejny, o mechanizmach pracy w grupie, typach osobowości, wpływie genów na rozwój intelektualny człowieka, ba, nawet o różnym podejściu do inteligencji ludzkiej, okazało się wystarczająco ciekawe, by książeczkę łyknąć w dwa dni. Jako że przypadkowo poruszyłem temat zawartości tej pozycji, to dodam jeszcze bardzo fajnie przedstawione teorie dotyczące różnic pomiędzy płciami. Nie są to bzdury w stylu: kobieta do garów, a chłop ma raz na miesiąc spuścić jej wpierdol, żeby się słuchała, ani bełkot typu: przeciętna kobieta nie różni się wcale od przeciętnego mężczyzny i przy odrobinie szczęścia sama by sobie zrobiła dziecko. Opinie są wyważone i bardzo rozsądne - autorzy podjęli nawet próbę ukazania ewolucji poglądów panujących w psychologii na przestrzeni lat. Jeżeli chodzi o treść jest bardzo dobrze - materiał został odpowiednio wyważony i nie znalazłem żadnego rozdziału, który by mnie znacząco znudził (no może troszkę ostatni, przedstawiający zarys historii psychologii i poszczególnych osób, które zasłużyły się dla tej nauki).  

Najważniejszym elementem jest jednak bardzo przystępny styl autorów. Tę książkę zwyczajnie czyta się z wielką przyjemnością. Lekki, stosunkowo mało specjalistyczny język, multum przykładów wziętych z życia i poczucie, że treść przedstawiona w Rusz głową, może mieć praktyczne zastosowanie dla każdego z nas - niezależnie od indywidualnych cech - każą pozostać przy lekturze w stanie względnego skupienia.

Podsumowując: jest to jedna z najlepszych pozycji popularnonaukowych, jakie miałem okazję czytać. Oczywiście zdecydowanie większą wartość przedstawia dla osób kompletnie niezaznajomionych z psychologią, bowiem to oni wyniosą z niej najwięcej i będą się przy tym dobrze bawić. Dla innych będzie to świetne usystematyzowanie posiadanych już informacji, a być może nawet oni znajdą tu kilka interesujących ciekawostek, a z całą pewnością nie będą mieć poczucia, że zmarnowali na ten tytuł czas.


Moja ocena to: 8/10

czwartek, 1 października 2015

Ring Horrorowy 2014 - Musaranas vs Widzę, Widzę (Hiszpania vs Austria)



















W poszukiwaniu dobrych filmów grozy odbyłem podróż po filmowej Europie. Muszę przyznać, że wycieczka ta nie okazała się tak satysfakcjonująca, jak początkowo zakładałem. Na warsztat poszły bowiem dwie produkcje, które zachęcały do seansu niesamowicie świeżymi i oryginalnymi pomysłami. Ze względu na to, że obie nie okazały się horrorami sensu stricte, postanowiłem dokonać ich porównania, biorąc pod uwagę szczególnie interesujące mnie elementy. Z początkowego, sympatycznego porównania, wyszło jednak prawdziwie krwawe i brutalne starcie bokserskie, którego wynik znajdziecie poniżej.

I RUNDA - Pomysł

Kobieta cierpiąca na agorafobię, która od lat nie postawiła stopy za progiem swojego domu, staje się ogromnym ciężarem psychicznym dla zamieszkującej z nią siostry. Konflikt wybucha ze zdwojoną siłą, gdy u ich drzwi staje (a właściwie doczołguję się) ranny mężczyzna. Przeszłość miesza się tu z teraźniejszością, miłość z nienawiścią, ketchup z frytkami itd. Generalnie pomysł jest bardzo dobry i mimo faktu, że już gdzieś został wykorzystany, nie można mu zbyt wiele zarzucić.

Celne ciosy Hiszpana: 4/5

Matka dwóch bliźniaków powraca do domu po operacji plastycznej związanej z bliżej nieokreślonym wypadkiem. Niestety chłopcy nie są do końca przekonani, że kobieta, która zamieszkała wraz z nimi jest rzeczywiście ich matką. Bardzo oryginalny pomysł z którym spotkałem się chyba po raz pierwszy.

Nie sądziłem, że damy radę wciągnąć całą wannę tego koksu [Widzę, Widzę]
Celne ciosy Austriaka: 5/5

II RUNDA - Scenariusz

Scenariusz okazał się nie tyle dziurawy, co czasem idiotyczny. Wątła kobieta staje się niesamowicie wykwalifikowanym mordercą, zadzwonienie na policję, to czyn niemal niewykonalny, a panowie detektywi są w tym filmie potrzebni jak kaczce wiosło. Nie ma niby jakiś szczególnych dziur, ale wiele drobiazgów zwyczajnie przeszkadza. Łącznie z zakończeniem, które niby jest otwarte, ale nie daje jakichś niesamowitych możliwości interpretacyjnych.
Jak to "źle używam szminki"?! [Musaranas]

Celne ciosy Hiszpana: 2/5

Widzę, Widzę okazał się bardziej solidny. Nie zauważyłem tu żadnej kompletnej głupoty, która niesamowicie rzucałaby się w oczy. Idiotyzmem była jedynie początkowa scena, z której uważni widzowie mogliby pewnie wywnioskować zakończenie całej historii. Wada to może i jedna, ale za to cholernie poważna.

Celne ciosy Austriaka: 3/5

III RUNDA - Gra Aktorska

Genialny występ Macareny Gomez. Nie przypominam sobie, bym widział tak dobrze przedstawioną osobowość pełną różnorakich zaburzeń i lęków. Wszystko tu gra - poczynając od gestów, ruchów, aż po mimikę. Zwłaszcza mimikę. W połączeniu ze świetnymi ujęciami kamery ukazującymi twarze postaci, aktorstwo Hiszpanki po prostu musi się podobać. Reszta aktorów również wypadła solidnie, ale trudno byłoby mi znaleźć kolejną osobę, którą tak mocno mógłbym wyróżnić.

Celne ciosy Hiszpana: 5/5

Bliźniacy nie są szczególnie irytujący, co biorąc pod uwagę inne role dzieci/młodzieży w thrillerach, jest już wystarczające. Faktem jest, że w większości scen po prostu milczą, ale wychodzi im to na dobre. Oczywiście nie jest to może zbyt przekonujące, ponieważ nigdy nie słyszałem, by ludzie rozmawiali stosując kilkunastosekundowe pauzy między zdaniami, ale zabieg ten wpasowuje się w ciężki, powolny klimat tego filmu. Aktorka grająca ich matkę, Susanne Wuest, całkiem nieźle wypada jako osoba otumaniona lekami, czy w późniejszej fazie drąca mordę na dzieci. Szału może nie ma, ale mogło być zdecydowanie gorzej.

Rorschach - wersja demonstracyjna [Widzę, Widzę]
Celne ciosy Austriaka: 3/5

IV RUNDA - Klimat

Miejsce akcji obejmuje jeden blok w Hiszpanii, wydarzenia rozgrywają się w latach 50-tych lub 60-tych. Sam obraz wydaje się dość kolorowy - szczególnie jak na thriller. W większości ukazano dość sterylne, nieźle oświetlone pomieszczenia. Klimat buduje tu raczej postawa aktorów, niż otoczenie, choć trzeba przyznać, że biel kontrastująca z plamami krwi ma swój urok. W sumie tego właśnie spodziewałem się po filmie z kraju słońca i pomarańczy, choć nie jest to mój ulubiony sposób wizualizacji tak brutalnych produkcji.
Nadmiar żelaza szkodzi na głowę [Musaranas]

Cele ciosy Hiszpana: 3/5       

Ciemny las otaczający stojący gdzieś na uboczu domek, wiejskie tereny na których bardzo rzadko można trafić na drugiego człowieka, zarośnięty trawą cmentarz, sterylność otoczenia w scenach dehumanizujących ofiarę, a do tego często pojawiająca się cisza, to elementy bardzo sprawnie budujące klimat. Dostaniemy tu zarówno zabawę światłem, stosunkowo różnorodne plany, czy interesującą pracę kamery (ukazywanie postaci pod różnymi kątami, czy częściowo zasłoniętych przez inne obiekty). Miałem czasem wrażenie, że oglądam film z dalekiej północy Europy, nie zaś ze swojskiej Austrii. Na szczęście bardzo lubię taki typ otocznia, dlatego...

Celne ciosy Austriaka: 4/5

V RUNDA - Monotonia

Początek Musaranas absolutnie nie wciąga. Mamy niby jakieś tam wprowadzenie do historii, ale przedstawione na tyle nieudolnie, że trudno się na nim w pełni skupić. Gdzieś w połowie akcja nabiera jednak zdecydowanie więcej dynamizmu i choć trudno stwierdzić, że film staje się o wiele lepszy, to przynajmniej dużo mocniej przykuwa uwagę widza.

Celne ciosy Hiszpana: 2/5

Do Widzę Widzę powinni podchodzić tylko Ci, którzy mają niesamowicie dużo wolnego czasu. W celu zbudowania ciężkiego klimatu zdecydowano się bowiem przeciągać większość scen w nieskończoność. Dziwny sposób prowadzenia rozmów, nie wnoszące zbyt wiele sceny zabaw, czy choćby  scena odwiedzin przez osoby zbierające datki na Czerwony Krzyż, doprowadzić mogą do szału osoby o niskim poziomie tolerancji na nudę.
Mamo, mamo, patrz jakie mamy fajne maski. Póki masz oczy... [Widzę, Widzę]

Celne ciosy Austriaka: 1/5

VI RUNDA - Zniesmaczenie

Noga przywiązana nićmi do prześcieradła, korpus ludzki z odciętą głową, wymiotująca bohaterka, mnóstwo krwi - standard. Nie przerazi to raczej nikogo. Ba, nie odrzuci to nawet większości widzów, którzy maja za sobą kilka filmów akcji. Momentów w których powiedziałem sobie: "o kurwa, teraz przegięli" nie było.
Chcę oglądać Twoje nogi, nogi, nogi, nogi... [Musaranas]

Celne ciosy Hiszpana: 1/5

Sklejenie ust, pokazywanie nagości bez konkretnego celu, ogromne robale, tortury i okaleczenia - nie jest to film dla ludzi wrażliwych, a juz z całą pewnością nie jest to produkcja dla najmłodszych. Jednak Ze względu na to, że momenty te zajmują bardzo niewielką część całej produkcji, a widziałem już kilka innych horrorów opartych na motywie tortur, które robiły to w o wiele drastyczniejszy sposób...

Celne ciosy Austriaka: 3/5

VII RUNDA - Brat bliźniak

Zdecydowanie Misery, której znam wyłącznie książkową wersję. Jednak nawet na jej podstawie mogę powiedzieć, że czerpano z bardzo dobrego źródła, bowiem wzorowanie się na historii Annie Wilkes, to wzorowanie się na najlepszych. Punkt obcięty oczywiście za uchybienie na polu oryginalności.

Celne ciosy Hiszpana: 4/5

Brak jednoznacznej inspiracji. Troszkę przypominało mi to film Funny Games, z drugiej zaś strony każdy inny thriller z motywem brutalnych tortur. Mimo to wyraźnie widać, że austriacka produkcja daje temu gatunkowi coś od siebie, dlatego:

Celne ciosy Austriaka: 5/5

Wynik oficjalny:
Hiszpania: 21/35
Austria: 24/35

Raport z walki: Hiszpan nie oddał łatwo zwycięstwa. Zadał kilka bolesnych ciosów, pokazując na kilku polach swą wyższość nad austriackim kolegą. Mimo to konsekwentne, choć powolne i anemiczne ciosy wyprowadzane przez jego przeciwnika, wystarczyły do nokautu w ostatnich minutach. Tym samym pierwszy horrorowy pojedynek wygrywa reprezentant z kraju Mozarta, sznycli i niespełnionych malarzy z kozackim wąsikiem. Wielkie brawa!


Adnotacja sędziego: Walka, która początkowo miała odbyć się w wadze ciężko-horrorowej, odbyła się na zasadach pojedynku kogucio-thrillerowego. Początkowe założenia musiały bowiem ulec modyfikacji, gdy okazało się, że zawodnicy ważą po 50 kg i nie są w stanie ustać na nogach bez podawanej non stop glukozy. Na szczęście wbrew pozorom nie ośmieszyli się kompletnie i choć nie powalczą nigdy o pas Polsatu, czy inne, równie znamienite nagrody, to ich walka stanowi całkiem interesujący pomysł na spędzenie wieczoru. Chyba że akurat leci jakiś dobry mecz, albo macie na półce ciekawą książkę, albo nie potraficie jednocześnie dłubać w nosie i oglądać filmu - wtedy chyba jednak lepiej odpuścić...