poniedziałek, 30 listopada 2015

Predestination, Przeznaczenie (2014)

Oto ostatni wpis w tym miesiącu, którego z całą pewnością niecierpliwie wyczekiwał cały świat. I dobrze, bo muszę przyznać, że jestem cholernie zadowolony, iż zaplanowałem sobie na ten dzień seans akurat tak świetnego filmu. Ale zanim na dobre zacznę, chciałbym podzielić się z Wami krótką historią moich ostatnich "podbojów" w sferze szeroko rozumianej kultury. Przeczytałem na przykład Pod Mocnym Aniołem Pilcha i każdemu, kto porównywał tę książkę do Moskwy - Pietuszki serdeczny nóż w plecy (miałem posłużyć się inną bronią umieszczoną w innej części ciała, ale jestem na to za grzeczny). Jerofiejew nadal jest mistrzem powieści pijackiej, a jak baaardzo Wam się nudzi i jesteście straaaasznie zdesperowani, to możecie spróbować też tej polskiej wersji. Przyznam oczywiście, że gość miażdży stylem prowadzenia swoich rozważań - szkoda że te są strasznie...nieistotne? Nijakie? Mało angażujące? No, wiecie o co mi chodzi. Lepszą książką był zapis rozmowy o przyszłości Stanów Zjednoczonych prowadzony ze Zbigniewem Brzezińskim i Brentem Scowcroftem w 2008 roku. Możecie go znaleźć wpisując w wyszukiwarkę Ameryka i Świat - rozmowy o globalnym przebudzeniu politycznym. Tytuł jest z pewnością dość ciekawy, ale ze względu na to, że niewiele osób interesuje się polityką globalną nie będę nim Was prześladował. Przepraszam za ten bardzo długi wstęp, ale zależało mi na wskazaniu rzeczy, o których moim zdaniem warto wspomnieć. Teraz zaś przejdźmy do deseru, czyli świetnego filmu Predestination.
Ten wąs niejednym sercem trząsł...
Historia opowiadająca o losach agenta tajnej organizacji, którego zadaniem jest zapobieganie przestępstwom jeszcze przed ich zaistnieniem (tak jest, podróże w czasie zawsze modne), wydaje się strasznie oklepana. Nie oszukujmy się - czy to w filmie, czy też literaturze podobnych zdarzeń mamy na pęczki. Ale Predestination jest inne. I nie w takim sensie, jak ten rudy koleś, który zawsze przychodził do szkoły w czterech swetrach, siadał z tyłu klasy i zjadał własne gile. Jest inne w sposób jak najbardziej pozytywny.

Nie mam zamiaru zagłębiać się w fabułę, by nieopatrznie nie popsuć Wam seansu. Napiszę tylko jaki ten film jest. Przede wszystkim nie traktuje widza jak idiotę. Mimo iż historia nie jest aż tak skomplikowana, by się w niej pogubić, to nie jesteśmy na każdym kroku raczeni dodatkowymi objaśnieniami, dopowiedzeniami itd. Poznajemy ją na własną rękę i tylko od nas zależy, czy zachowamy czujność i załapiemy co się dzieje, czy zajmiemy się podziwianiem żula tańczącego za oknem makarenę i kompletnie stracimy wątek. Wydaje się, że nie jest to szczególna zaleta, ale mylicie się robaczki - właśnie przez to Predestination angażuje, pozwala wsiąknąć w rzeczywistość, którą tworzy. To o tyle ważniejsze, że nie ma tu zbyt dużo akcji - nie uświadczymy skakania po blokach, strzelania do tysięcy przeciwników, czy morderstw popełnianych paczką podpasek. I bardzo dobrze - w końcu otrzymujemy dobry klimat sci-fi, który wydaje się nieźle wyważony i przede wszystkim dość inteligentnie zbudowany.
Trening smerfetek w laboratorium Ważniaka.
Co zaś szczególnie istotne dostajemy również kawał fajnej gry aktorskiej. Osobiście doceniam szczególnie to, jak zagrał wąs Ethana Hawke'a. Poza tym ten jego gruby, niski głos sprawia, że naprawdę przyjemnie słucha się wszystkich dialogów z którymi mamy do czynienia. Dorzućcie znaną z niczego, ale naprawdę przyjemną wizualnie Sarę Snook i macie doprawdy solidną obsadę.


Podsumowując - chcemy wincyj. Nie jest to może kino epickie, urywające głowę po samą dupę, ale w swoim gatunku stanowi niesamowicie ciekawą propozycję. Daje sporo frajdy, przyciąga do ekranu i pozwala troszkę nad sobą pomyśleć - a chyba właśnie to tygryski lubią najbardziej. Po raz pierwszy od dość dawna bardzo szczerze polecam wszystkim miłośnikom science fiction. A cholera, co mi tam, polecam wszystkim w ogóle - cieszcie się tą produkcją tak, jak cieszyłem się nią ja.

Moja ocena: 8/10

środa, 25 listopada 2015

Trójkącik z literaturą, czyli ja sam i one dwie.

Dzisiaj postanowiłem polecieć na dwa baty. Zanim jednak mnie ocenicie chciałbym w tym miejscu doprecyzować, że chodzi mi o krótki opis dwóch książek, które w ostatnim czasie przeczytałem. Nie szarpałem się z pisaniem oddzielnych opinii, ponieważ mam świadomość, że byłyby one cholernie nudne, kompletnie bez polotu i zbylibyście to albo kompletnie nieeleganckim wzruszeniem ramion, albo równie nieeleganckim, ale przynajmniej szczerym "mam to w dupie" rzuconym pod nosem. Nie zrozumcie mnie źle - nie twierdzę, że teraz te opinie będą ciekawsze, ale przynajmniej postaram się pisać krótko - podziękowania proszę przesyłać drogą  mailową lub przelewać je bezpośrednio na konto.

1. Jean Raspail - "Ja, Antoni de Tounens, król Patagonii"

Zacznijmy od tego, że jakkolwiek historia ta jest szalenie nieprawdopodobna, to wydarzyła się naprawdę. Pewien rolnik z Francji pomyślał sobie w XIX wieku - "kurwa, ja to bym se mógł zostać królem, byłbym dobrym królem". Podziw wzbudza konsekwencja jaką wykazał w realizowaniu tego marzenia. Najpierw zdobył wykształcenie prawnicze oraz zdołał odnieść względny sukces w swoim zawodzie. Następnie złapał mapę i znalazł region na który wciąż nie rozciągała się realna władza państwowa, czyli Patagonię - południowy obszar Chile i Argentyny o który wówczas realizowały plemiona tubylcze i władze z Santiago. I skurkowaniec tam popłynął. Pożyczył hajsy od brata, wsiadł na łódź i popłynął do Ameryki Południowej. Trudno powiedzieć, żeby jego mrzonki przyniosły mu znaczne sukcesy. Rozjebał wszystkie pieniądze, narobił zamieszania, ba, wylądował nawet w więzieniu za próby wszczęcia rozruchów. Trzeba mu jednak przyznać, że zdołał chociaż spotkać się z plemionami nad którymi miał zamiar władać. Obiecał im złote góry, posiedział kilka dni na całkiem fajnym melanżu, a później o mały włos nie stracił głowy z rąk własnego ludu. I wiecie co? To nawet nie jest spojler, ponieważ historia ta wydarzyła się naprawdę i można o niej poczytać na necie. Co więcej dynastia władców Patagonii trwa po dziś dzień i rości sobie prawa do tego obszaru! Muszę przyznać, że troszkę wzruszyła mnie ta historia, choć ma swoje wady - szalenie dziwny bohater, którego nie każdy polubi oraz sporo momentów przestoju. Mimo wszystko chyba polecam.

2. Bill Bryson - "Zapiski z małej wyspy"


Kolejne spotkanie z Billem Brysonem - człowiekiem którego poczucie humoru i żarty sytuacyjne bardzo mocno do mnie trafiają. Sama książka to tym razem reportaż z podróży po Wielkiej Brytanii. Zaczęło się nawet fajnie - dowcipy przy których śmiałem się jak debil (to bardzo zaskakujące, ale tylko tak potrafię się śmiać), wciągające opisy, interesujące miejsca, ale... No właśnie, zawsze jest jakieś "ale". Ta książka zwyczajnie nie potrafi utrzymać przy sobie czytelnika. Bryson jeździ z miejsca w miejsce i ciągle posługuje się tym samym schematem opisów swoich odwiedzin. Trochę o architekturze, trochę o żarciu, do tego jakiś opis hotelu, czy środków komunikacji. Takie podejście sprawia, że jeśli sami nie podróżujemy po Wielkiej Brytanii trzymając tę książkę na kolanach, to za cholerę nie zauważymy znaczących różnic między południem i północą, nie mówiąc już o symbolicznych tylko różnicach pomiędzy poszczególnymi miastami. Tym razem Bryson nie zachęcił mnie do podróży po tym kraju - nawet jeśli miałbym czas, kasę i motywację - a trzeba przyznać, że są to dość deficytowe towary. Czy polecam? Na pewno nie jako pierwsze spotkanie z tym autorem. To trochę takie "Stukostrachy" w wydaniu Brysona - niby wszystko po staremu, ale mimo wszystko czuje się, że jakaś nieczysta siła srała autorowi do kałamarza. Za to Ci którzy darzą Billa ogromną sympatią, tak jak ja, powinni znać także tę książkę. W ogólnym rozrachunku wciąż jest niezła. Ale tylko niezła.

wtorek, 17 listopada 2015

Extinction (2015)

Horror z zombie w roli głównej? Ileż my już tego mieliśmy, co? Noc Żywych Trupów, Resident Evile, 28 dni później, serial Walking Dead, czy w cholerę innych produkcji traktujących o poruszających się, gnijących zwłokach. Wspólnym mianownikiem tych filmów był fakt, iż ich głównym celem było dostarczanie widzowi czystej, nieskrępowanej rozrywki. Oczywiście pojawiały się też perełki próbujące stworzyć wiarygodny psychologicznie obraz głównego bohatera (tak, uważam że w Jestem Legendą z 2007 roku, Will Smith całkiem nieźle poradził sobie z tym zadaniem), ale nawet one pod wieloma względami zawodziły fanów zombie. Extinction mogło zmienić ten stan rzeczy, ale osoby pracujące przy jego tworzeniu w ostatniej chwili rozmyśliły się i stwierdziły: "nie, zróbmy jednak chujowy film, będzie szybciej". I jak postanowiono, tak uczyniono.
Sceneria jest całkiem ładna...
Cóż tu się rozpisywać o fabule. Znów wybucha epidemia zombie (tak, jej przyczyna jest znów niewyjaśniona, bo tak najłatwiej). My zaś poznajemy trójkę bohaterów z którymi spędzimy kolejne dwie godziny. Dwóch kumpli rywalizujących o tę samą kobietę - piękna i uroczą Emmę, która bardzo szybko zostaje ugryziona przez zombiaczka (więc na dobrą sprawę jej los nas kompletnie nie rusza, bo znamy ją jakieś pięć minut). Ta zostawia po sobie córeczkę, której opieką zająć ma się jeden z mężczyzn - Jack. Przenosimy się dziewięć lat do przodu. Jack to typowy smętny kutas - każe małej myć zęby i siedzieć w domu, mimo iż podejrzewa, że ochłodzenie klimatu wykończyło wszystkie zombie. Mała to typowy filmowy gówniarz - buntuje się przeciwko ojcu, odjebuje takie akcje jak dawanie psu ciasteczek, choć w domu z żarciem jest krucho, czy też truje swojemu opiekunowi dupę, żeby nauczył ją strzelać. Poza tym jest nawet znośna, ale by zagrała jakąś szczególnie dobrą rolę? Nie wydaje mi się. No i jest jeszcze grany przez Matthew Foxa Patrick - jedyny gość którego darzyłem względną sympatią. Mieszka obok naszych milusińskich, poluje na zwierzęta, ma na wszystko wyjebane i wali whisky jakby świat miał się skończyć (w sumie to się skończył). Obaj panowie, mimo iż są przypuszczalnie ostatnimi ludźmi na ziemi nie odzywają się do siebie przez dziewięć lat. DZIEWIĘĆ LAT! Wiecie co ktoś by musiał zrobić, żebym w takiej sytuacji nie odzywał się do niego przez dziewięć lat? Obciąć mi język, albo niechcący wytrącić piwo z ręki - nie ma innej sytuacji w której mogłoby to mieć miejsce.   
...może czasem odrobinę zbyt monotonna...
Fabuła jak fabuła - z doświadczenia wiem, że w takich produkcjach to nie ona odgrywa zasadniczą rolę. Problem w tym, że twórcy wyraźnie chcieli, żeby jednak odgrywała. I tak dostajemy jakiś cholernie smętny melodramat w świecie zombie. I nawet nie kręcił bym w takiej sytuacji nosem. Ciekawie napisane postaci mogą odnaleźć się nawet w warunkach pracy biurowej, czy zamiatania ulic, a co dopiero przy okazji tak ekstremalnej sytuacji. Ale nie. Ci bohaterowie są w większości nudni, mało zajmujący, stanowią jakieś marne kalki prawdziwych ludzi, choć usilnie starają się nas przekonać, że nimi nie są. Dziecko niby krzyczy ze strachu, Jack niby marszczy groźnie czoło, Patrick niby wariuje z samotności, ale to wszystko razem jest strasznie bezosobowe. Ot, taki dostaliśmy scenariusz, to odjebaliśmy jak umiemy, pieniążki proszę do tej kieszonki i do widzenia.
....ale w sumie ładna.

Jeśli odczuwacie ogromny niedosyt filmów o zombiakach, osadzonych w mroźnej, mrocznej rzeczywistości, które da się oglądać bez większego bólu, to możecie spróbować. Ale czy ten film imponuje w jakimkolwiek aspekcie? Nie, to po raz kolejny to samo. Schemat tworzenia świata jest niemal identyczny jak w pozostałych produkcjach, zombie są niby inne, ale dałbym głowę, że podobne modele też zdarzyło mi się już widzieć, aktorstwo jest dokładnie na takim samym poziomie jak w milionie innych produkcji. No może zdjęcia są ok, ponieważ te mroźne plany, zachody słońca, mieszkanie z parą zamarzniętych staruszków itd. faktycznie robią wrażenie. Poza tym - nic interesującego.


Moja ocena to: 5/10

wtorek, 10 listopada 2015

Witching and Bitching, Wredne Jędze (2014)

Jezus, zielony żołnierzyk, SpongeBob i człowiek bez twarzy dokonują zuchwałego napadu na jubilera. Tak zaczyna się kawał...kawał dobrej komedii oczywiście. Pamiętacie "Hiszpański Cyrk" Alexa de la Iglesia? Cudownie zryty, alegoryczny obraz rozdartej konfliktami Hiszpanii o którym pisałem tutaj? Cóż, baskijski reżyser powraca w kolejnej pokręconej produkcji - tym razem w inspirowanej horrorami komedii.

"Wszystkie kobiety to wiedźmy" - stwierdzenie to, jakkolwiek nieprawdziwe, dobrze oddaje istotę fabuły przedstawionej we Wrednych Jędzach. Nasi bohaterowie, grupka typowych samców, dokonuje zakończonego sukcesem napadu na jubilera. Ucieczka prowadzi ich jednak do wioski, a raczej Wioski, która choć z pozoru zwyczajna, obarczona jest piętnem...kobiet. Oczywiście jak przystało na historie Iglesia, panie zamieszkujące Zugarramurdi również nie należą do przeciętnych. Ich życiowym celem, i kluczową ambicją jest bowiem zniszczenie zachodniej cywilizacji opartej na dominacji mężczyzn. Ot, tak zwyczajnie. Wbrew pozorom historia nie opiera się na krytyce współczesnego feminizmu (choć rozpatrując Wredne Jędze pod takim kątem można się posikać ze śmiechu), ale na dotknięciu problemu stosunków damsko-męskich. Tak więc gdy w poprzedniej produkcji Iglesia walczyły ze sobą dwa ustroje totalitarne, tak tutaj otrzymujemy okraszoną humorem walkę płci.
Najlepszy złodziej ever...
Humorem obrazoburczym, szalonym i co trzeba przyznać często prymitywnym. Humorem brutalnym, obrzydliwym i zwykle balansującym na granicy dobrego smaku. A mimo wszystko celnie punktującym stereotypowe zachowanie jednej i drugiej strony "konfliktu". Zresztą - trudno nie uśmiechnąć się w momencie, gdy dwóch dorosłych facetów nieudolnie zaleca się do pięknej Evy (Caroline Bang), czy w momencie gdy podczas ucieczki przed policją jeden z bohaterów prowadzi rozmowę ze swoją żoną na temat sposobów wychowywania ich młodziutkiego syna (który notabene przed chwilą pomagał ojcu w napadzie). Inni uśmiechną się podczas kolacji na którą wiedźmy przygotowały przypadkowego mężczyznę, czy po scenach w których następuje brutalna dezintegracja zebranych czarownic, ale Ci którzy to zrobią nie są do końca normalni (ja śmiałem się w głos). W każdym razie jest nie tylko oryginalnie, różnorodnie, ale też szalenie zabawnie (oczywiście jeśli ktoś docenia taki rodzaj poczucia humoru).

Poza tym są też kwestie mniej ważne. Gwiazdorska obsada, świetna realizacja, czy genialna scenografia. Ok, są też nieliczne momenty w których reżyser zdecydowanie przegiął z dość marnymi efektami specjalnymi, albo sceny, które ciągną się jak flaki za zombie, ale dla miłośnika podobnych produkcji nie jest to coś, czego nie można by znieść.
Guliwerze, czas na obiadek.
Podsumowując: Uważam, że jest to świetny film. Wnoszący ogromny powiew świeżości do, bądź co bądź, troszkę skostniałego gatunku komedii z horrorowym tłem. Dziwne poczucie humoru i spora dawka brutalności sprawią, że nie każdemu przypadnie on do gustu. Klasycznie wynudzą się osoby, które nie doceniają wypełnionych smaczkami dialogów. Poza tym warto odradzić Wredne Jędze każdemu z kijem od szczotki w dupie. Ta niewielka reszta, która pozostanie będzie się bawiła bardzo dobrze.


Moja ocena to: 8/10


Ps. Gdybyście jeszcze nie byli przekonani do tak wysokiej oceny, zamieszczam poniżej dodatkowe uzasadnienie:
Caroline Bang jako Eva - takich wiedźm potrzebujemy.

piątek, 6 listopada 2015

Jaume Cabre - "Wyznaję"

Z monumentalną powieścią Jaume Cabre wiązałem ogromne nadzieje. Nie ukrywam, że dałem się zmanipulować zarówno stosem pozytywnych recenzji, jak i wysoką średnią ocen jaką "Wyznaję" uzyskało na licznych portalach czytelniczych. Zakładałem iż w moje ręce trafiła niezwykła książka o ludzkim życiu, poruszająca i przenikliwa, zarówno nowatorska w swej formie, jak i pouczająca w swej treści. Czy rzeczywiście dostałem taką właśnie opowieść? Otóż i tak i nie.

"Wyznaję" opowiada o losach Adriana Ardevola, wybitnie uzdolnionego poligloty, pisarza i kolekcjonera dzieł sztuki. Trudno jednak stwierdzić, że jest to wyłącznie jego historia. Wątków z którymi się zetkniemy jest mnóstwo - losy unikatowych skrzypiec Storioniego, żydowskiej rodziny w czasie II wojny światowej, czy mnicha poszukiwanego przez agentów Świętej Inkwizycji, to tylko niektóre z nich. Historia zręcznie porusza się w licznych motywach literackich, poddaje analizie problemy zła, miłości, poszukiwania swojej tożsamości, cierpienia itd. Trudno więc jednoznacznie stwierdzić o czym jest ta książka, bowiem chwilami można odnieść wrażenie, że jest... o wszystkim.

Jak mawiają jednak starsi ludzie to co jest do wszystkiego, zwykle jest też do dupy niczego. Z przykrością stwierdziłem, że żaden temat poruszony przez katalońskiego pisarza nie poruszył we mnie większych emocji. Może jeden czy dwa momenty skłoniły mnie do głębszej refleksji. Przyczyn takiego stanu rzeczy mogę dopatrywać zarówno w sobie (nie jestem zbyt wylewny emocjonalnie), jak i w samej konstrukcji powieści. Przede wszystkim mnogość wątków, która rozwodniła moje przywiązanie do bohaterów, okazała się świetnym zabiegiem stylistycznym, ale w moim odczuciu znacznie przytłumiła odbiór treści. Nie polubiłem również głównego bohatera, który ze względu na swą niespotykaną inteligencję, zamiłowanie do sztuki i podejście do kobiet nie mógłby być mi bardziej obcy. Trudno więc identyfikować się z kimś, za kim nawet specjalnie nie przepadamy. Z ręką na sercu przyznam, że do niemal każdego motywu, którym posługuje się Cabre, byłbym w stanie znaleźć książkę, która trafiła do mnie o wiele mocniej.

Jeśli jednak pragniecie docenić kunszt autora, to trafiliście świetnie. Oryginalny styl pisarza, który opiera się zarówno na rezygnowaniu w tradycyjnie przyjętych miejscach ze znaków interpunkcyjnych, czy też wprowadzaniu retrospekcji w zupełnie nieprzewidywalnych momentach sprawia, że książkę czyta się świetnie i ta, mimo swej znacznej objętości, nigdy nie nudzi. Oczywiście - akcja raz jest szybsza, a raz wolniejsza, ale sam fakt, że nie wiemy czego się spodziewać, każe z uwagą śledzić losy naszych bohaterów. Ponadto wszystkie wątki połączone są świetnie i zwykle bezproblemowo zazębiają się, tworząc przy tym spójną całość. Nie polecam jednak odkładania lektury na kilka dni, ponieważ po powrocie do niej możemy czuć się bardzo zagubieni.    

Podsumowując: wyłącznie w moim odczuciu jest to słaba książka napisana w genialny sposób. Nie sądzę, żebym pamiętał o tej historii za kilka dni, a jednocześnie trudno mi uwierzyć, że zapomnę o Cabre jako autorze, który zaprezentował nieziemskie wręcz umiejętności. Z uwagi na to, że nie jestem człowiekiem przykładającym zbytnią uwagę do "opakowania", głównym elementem mojej oceny jest historia, która nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak się spodziewałem. Dlatego nie zważając na pozytywny wydźwięk opinii licznych krytyków i pozostając wierny głosowi swojego sumienia:


Moja ocena to: 5/10