środa, 23 grudnia 2015

Bożonarodzeniowy stosik książkowy

Niestety w tym roku nie dane mi było ubierać choinki, dlatego też wstawiam taką, na jaką mogłem się zdobyć - najpiękniejszą, bo książkową. Nie wiem czy samoobadrowywanie się, wciąż można zaliczyć jako prezenty świąteczne, ale śmiało możecie tak potraktować te stosiki. Dodatkowo jest to mała informacja dotycząca planów blogowych na następny rok ;)

Od dołu:
Nicholas Best - Najważniejszy dzień w historii
Conn Iggulden - Wilk ze stepów Dżyngis-Chan
Marek Łuszczyna - Igły. Polskie Agentki, które zmieniły historię.
Borwin Bandelow - Bestia. dlaczego zło nas fascynuje?
William Napier - Attyla. Nadciągająca Burza
David Finkel - Dobrzy Żołnierze
George Wilson - Jeśli przeżyjesz...
Dana Kollmann - Nie bierz do ust ręki umarlaka
Morgan Spurlock - Gdzie u diabła jest Osama bin Laden?
Daniel Silva - Książę Ognia
Thibaud Leplat - FC Barcelona Real Madryt. Wojna Światów
Ron Leshem - Twierdza Beaufort
Rafał Ziemkiewicz - Czas Wrzeszczących Staruszków



Od dołu:
Dan Simmons - Terror (książka sfatygowana, ale wygrzebana za 10zł. Interes życia :D)


Od dołu:

Zasadniczo książki zakupione zostały na stronie dedalus.pl, czyli kolejny raz postawiłem na tanie pozycje, jednak w większej ilości - stąd też brak jakichkolwiek nowości na stosie. Mimo wszystko jestem z nich zadowolony, bowiem tematycznie są to dość zróżnicowane pozycje i wyglądają na całkiem niezłe (sugeruję się ocenami czytelników, więc z pewnością kilka z nich sprawi mi zawód;)). Przepraszam oczywiście za jakość fotek, ale poza tym, że kompletnie nie potrafię robić zdjęć, to nie dysponuję też sprzętem, który mógłby oddać piękno tych książeczek :D Mam nadzieję, że mi wybaczycie - w ramach pokuty wstawiam linki każdej pozycji, prowadzące do jej profilu na LC - tam zainteresowani znajdą więcej informacji ;)

Z okazji świąt Bożego Narodzenia życzę Wam zaś wszystkiego najlepszego. Cieszcie się, bawcie i wesoło spędzajcie czas z rodzinami, ale jednocześnie pamiętajcie o przestrodze - ciasto nigdy nie idzie w cycki... Zostawiam Was z tą refleksją - smutną, lecz godną przemyślenia w tak szczególnym okresie ;)

wtorek, 22 grudnia 2015

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy, Star Wars:The Force Awakens, (2015)

Wbrew pozorom będzie to jedna z najprostszych recenzji, jakie przyszło mi kiedykolwiek napisać. Przed seansem myślałem, że stanie się zupełnie odwrotnie. Sądziłem, że pewien sentyment do Gwiezdnych Wojen, przebudzi się także we mnie. Okazało się jednak, że nie darzę tego cyklu absolutnie żadnymi uczuciami. Widocznie wychowywałem się w czasach, gdy ekrany kin (do których zresztą wówczas nie miałem dostępu), okupowała "nowa trylogia". Losy Jar Jar Binksa, czy Anakina Skywalkera, nie obeszły właściwie nikogo z moich znajomych - izolowani od wszelkiego hype'u na Gwiezdne Wojny, po prostu nie widzieliśmy w tej serii niczego niezwykłego. Następnie sam nakręcałem się na obejrzenie starej trylogii - właściwie dla przyzwoitości. O dziwo ta, spodobała mi się już odrobinę bardziej. Trudno jednak powiedzieć, by w czasach Matrixa, czy Władcy Pierścieni, cykl ten nie wypadał tak monumentalnie, jak z całą pewnością było to w latach 80-tych. Dlatego też początkowo zamierzałem zignorować wszystkie pozytywne recenzje ludzi, których ze Star Wars łączą ogromne emocje - najzwyczajniej w świecie ja nic podobnego nie odczuwałem. Jednakże przemówiły do mnie argumenty - zarówno te dotyczące świetnej obsady, pięknych scenerii jak i ogromnych dawek humoru. Gwiezdne Wojny od Disneya miały być po prostu doskonałym filmem fantasy. Okazały się jednak filmem zaledwie bardzo dobrym i wkrótce wyjaśnię dlaczego. *Spojlery*

Zacznę od tego, co mi sie bardzo podobało. Przede wszystkim podziwiam twórców za dystans, jakim wykazali się przy tworzeniu nowej odsłony. Groteskowa sytuacja, w której porównana zostaje Gwiazda Śmierci ze śmiercionośną bronią Nowego Porządku, czy też pokazanie skamieniałej twarzy Dartha Vadera, aż proszą się o skwitowanie uśmiechem. Poza tym dostajemy mnóstwo innych żartów, trzeba przyznać dość kreatywnych. Nie był to humor, który rozwaliłby mnie na łopatki (o wiele częściej śmiałem się na przykład oglądając Strażników Galaktyki), ale wciąż było bardzo sympatycznie. Warto wspomnieć także niesamowite, szerokie plany. Ogromne tereny pustynne, niesamowicie zielone i otoczone oceanami lądy, klasyczne, ale wciąż imponujące ujęcia podczas walk w kosmosie - tak, to był zdecydowanie ogromny atut tej produkcji. Właściwie strona techniczna tego przedsięwzięcia wydaje się nienaganna. Poza tym efekt, jaki wywoływało pojawienie się niszczyciela Nowego Porządku (chyba niszczyciela - nie znam się na statkach z uniwersum :D) w 3D, powodował opad szczęki.
W każdej części moją ulubioną postacią jest robot - co jest ze mną nie tak?! :/
Jeżeli chodzi o obsadę mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony niesamowicie cieszyłem się z ponownego spotkania z Hanem Solo. Możliwość zobaczenia Harrisona Forda na ekranie, była właściwie jednym z czynników determinujących moją decyzję o pójściu do kina. Niestety to już nie był TEN Han Solo. Być może takie właśnie było założenie - ukazanie cwaniaczka i szmuglera, który jednak odrobinę zmęczył się życiem i wydarzeniami, które los postawił na jego drodze. Niestety poza jedną sceną nie widać było już tej jego zadziorności, tego twardego charakteru, który niegdyś pozwalał mu na rzucanie stosu ciętych komentarzy. Han Solo z Przebudzenia Mocy ociężale przeskakuje przez przeszkody, ma problemy z pilotowaniem Sokoła Milenium, zamiast rzucić ostry komentarz, z podziwem patrzy na główną bohaterkę majstrującą przy jego statku - nie tak zapamiętałem tego gościa. Nie podobał mi się także główny przeciwnik naszych nowych bohaterów. Od momentu zdjęcia maski przez Kylo Rena, właściwie cały suspens gdzieś znikł. Choć bardzo chciałem traktować go jak nowego pana ciemnej strony mocy, przed oczami miałem wymoczka, który nie ma wcale tak dużego potencjału, jak początkowo sądziłem. Kylo ma świetny, mroczny głos i dobrze zaprojektowaną maskę. Dodatkowo niepraktyczny, ale fajnie wyglądający miecz świetlny. Decyzja o ujawnieniu twarzy tego (póki co) anty-bohatera, nie należała jednak do najlepszych. Nie mam za to jednoznacznie wyklarowanej opinii dotyczącej Finna, nawróconego szturmowca. Początkowo bardzo mi się podobał. Ot, taki nowy żartowniś, facet emocjonalny, ale twardy. Szkoda że nie potrafił w lepszy sposób zaakcentować uczuć, jakimi darzy główną bohaterkę. No właśnie - i wreszcie dochodzimy do kluczowej postaci - Rey. Dziewczyna, w której moc jest silna. Piękna, zwinna, inteligentna. Momentami aż do przesady. Mimo wszystko raczej ją polubiłem - z całą pewnością jest to jedna z najlepiej wykreowanych postaci kobiecych, jakie widziałem w tym roku (tyle że jak dla mnie Furiosa nadal jest numerem jeden ;)).

Mimo wszystko pierwszy epizod nowej serii, stoi pod znakiem niewykorzystanego potencjału niektórych postaci. Pilot i żartowniś Poe Dameron, który mógł godnie zastąpić starego, dobrego Hana Solo, pojawia się praktycznie w trzech scenach. W każdej kolejnej coraz słabiej akcentuje swoją obecność na ekranie - wielka szkoda. Do tego kapitan Phasma, ubrana w metalową wersję zbroi szturmowca, na którą bardzo liczyłem. Wydawała się oryginalnym, nieschematycznym przeciwnikiem, z którym któryś z naszych bohaterów stoczy całkiem ciekawy pojedynek. Niestety nic takiego nie miało miejsca. Brakowało mi także zaangażowania w większą ilość scen C-3PO, ale to akurat mogę znieść bez większego problemu.
To tyle jeśli chodzi o pogląd, że murzyni biegają szybciej...
Fabuła stanowi w zasadzie zlepek motywów z poprzednich części. Prawdopodobnie ucieszy to fanów, ale mnie jakoś szczególnie nie urzekło. Właściwie od początku można domyślić się co się stanie z poszczególnymi bohaterami, ba, wielce prawdopodobne jest to, że już po tym filmie część widzów trafnie przewidzi dalszy rozwój wydarzeń. Postaci, choć stworzone w bardzo lubianej konwencji, są dość schematyczne - mamy pilota żartownisia, mamy parę, która czuje do siebie miętę, obiecującą adeptkę Jedi szukającą mistrza, który mógłby ją wyszkolić, złego gościa w masce, który nie jest do końca zły - fakt, część cech postaci została odrobinę wymieszana, ale to wciąż stare Gwiezdne Wojny, w troszkę odświeżonej szacie graficznej.

Podsumowując: dla fanów jest to niesamowity kąsek. Mnóstwo nawiązań, starzy bohaterowie, tradycyjne motywy, ba, nawet nawiązania do klasycznej oprawy graficznej Gwiezdnych Wojen - to elementy, które urzekną każdego, kto miał już z tym uniwersum do czynienia. Dla innych będzie to po prostu niezła rozrywka na dwie godziny. Jeżeli mam być całkowicie szczery, nawet w tym roku wyszło kilka głośnych produkcji, na których bawiłem się odrobinę lepiej. Biorąc jednak pod uwagę całą otoczkę marketingową i spiralę fanatycznej miłości, na której w zasadzie obraca się całe uniwersum Gwiezdnych Wojen, nie za bardzo wypada pisać, że produkcja ta nie jest tak doskonała, jak się ją często przedstawia. Ale że nie zawsze warto robić akurat to co wypada - napiszę to: nie jest źle, ale spodziewałem się czegoś więcej.

Kylo - tutaj wyglądasz dobrze. Tak chciałbym Cię zapamiętać...
Moja ocena to: 7/10 

sobota, 19 grudnia 2015

Gabriella Poole - "Akademia mroku. Wybrańcy losu" Kaszana Czelendż 4/2015

Coś te kaszany ostatnio nieudane. Miałem nadzieję, że otrzymam naprawdę fatalną książkę. Szykowałem konkretną zjebkę. Układałem sobie w głowie argumenty pozwalające wyrazić mi jak gówniana jest ostatnia pozycja, jaką przyszło mi przeczytać w tym roku. A niestety okazało się, że nie jest tak źle. Oczywiście nie jest też dobrze, ale porównując Wybrańców Losu do Arbuza, czy Magicznego Pecha, to bawiłem się świetnie. Z drugiej strony stawiając obok tego tytułu prawdziwe książki, przyznaję że nudziłem się jak cholera. Ale po kolei.

Na początek troszkę fabuły. Cassandra otrzymuje stypendium, pozwalające uczęszczać jej do jednej z najbardziej prestiżowych akademii na świecie. Szkoła początkowo wygląda dość standardowo - nikt nikogo nie lubi, bogate suki obnoszą się ciuszkami, które kupił im tatuś, a piękni i wysportowani lalusie robią młode stypendystki w balona, żeby dały im pomacać... balony. Obraz przedstawiony został dokładnie tak, jak w mojej wyobraźni wyglądają szkoły dla bogatych dzieciaków. Później jest tam jeszcze trochę nieistotnych wątków, ktoś tam ginie, jest jakaś zagadka, trochę wstydliwego całowania się i rumienienia, a na końcu oczywiście wampiry. Już dam spokój tym wampirom, ponieważ ich koncepcja w ostatnim czasie została tak brutalnie zgwałcona, że obecnie nawet Vlad Palownik wygląda mi na pedała, chodzącego w różowym szlafroku z logo Hello Kitty. Ot, wampiry na miarę naszych czasów.

Oczywiście są tu wady. Właściwie większość książki to są wady. Jednak stanowią one tak nieodłączny element tego gatunku (tak przynajmniej mniemam), że trudno na poważnie o nich mówić. Akcja ogranicza się do bardzo skąpych, kompletnie pozbawionych dynamiki opisów. Większość książki stanowi tworzenie sieci relacji pomiędzy bohaterami, którzy faceta w moim wieku po prostu nie mają szans obchodzić. Uczucia niby są, ale jak to w powieściach młodzieżowych - przeżywanie melancholii ogranicza się do tego, czy jakiś fagas odwróci się i spojrzy na bohaterkę, czy może na jej koleżankę. Bohaterowie zostali oczywiście wyidealizowani do granic możliwości i każdy jest piękny oraz seksowny. Poza tym książka jest cholernie krótka, ale akurat w tym przypadku nie jest to chyba wada. Najgorsze jest jednak to, że nie mogę jej z tego względu kompletnie objechać, ponieważ dokładnie takiej lektury się spodziewałem.

Mógłbym za to przyjebać się do strasznego stylu i dziur fabularnych. Ale styl jest całkiem przyzwoity jak na ten typ literatury. Nie stwierdziłem również głębszych dziur fabularnych. Wydarzenia układają się w dość logiczną całość (o ile wampiry mogą być logiczne). Poza tym książka została podzielona na rozdziały w taki sposób, że czyta się ją całkiem szybko. Zaskoczyło mnie również to, że pierwsza część cyklu (tak, książka sprzedała się najwidoczniej na tyle dobrze, że pojawiły się kontynuacje), nie zawiera wystarczającej liczby idiotycznych cytatów, bym mógł stworzyć z niej choćby skromna listę. I albo przestałem być tak skrupulatny jak dawniej, albo zaletą tej pozycji jest także to, że nie nafaszerowano jej po brzegi kompletnymi idiotyzmami.

Cóż, jeśli lubicie takie klimaty, być może będziecie zadowoleni. Jeśli macie w rodzinie dziewczynki w wieku 14-16, które jarają się Zmierzchami i innymi durnotami, to Wybrańcy Losu stanowią nawet ciekawy pomysł na prezent. Mnie ta lektura kompletnie nie poruszyła - głównie ze względu na brak zainteresowania losami bohaterów. Nie obchodziły mnie ich miłości, pragnienia, ani przeżycia, ponieważ okazywały się zbyt...dziecinne. Wiem że pisze jak stary pryk, ale dokładnie to samo stwierdziłbym w wieku 15 lat - po prostu nie jest to gatunek przeznaczony dla mnie. I nigdy nie będzie.


Moja ocena to: 4,5/10

czwartek, 17 grudnia 2015

Tomas Sedlacek - "Ekonomia Dobra i Zła"

Czy myśląc o ekonomii staje wam przed oczami obraz nielubianego pana od matematyki? Wyobrażacie sobie tysiące wykresów, schematów i skomplikowanych układów, opisujących zależności współczesnych powiązań rynkowych? W takim razie obowiązkowo przeczytajcie Ekonomię Dobra i Zła Tomasa Sedlacka - Wasze podejście może nie zmieni się diametralnie, ale przynajmniej zaobserwujecie, że ugryzienie tego tematu z zupełnie innej strony również jest możliwe.

Tomas Sedlacek nie zamieszcza u siebie żadnych obliczeń, nie szuka złotego sposobu na osiągnięcie wzrostu gospodarczego. Czeski ekonomista wraca raczej do korzeni - do czasów, gdy ekonomia była kwestią moralności, nie zaś szeregów obliczeń. Stawia on bardzo ciekawą tezę, twierdząc, że współczesna ekonomia rości sobie prawa do bycia nauką uniwersalną. Ekonomia staje się w rękach dzisiejszych naukowców narzędziem przewidywania przyszłości - nie tylko ma za zadanie opisywać świat, analizować jego przeszłość, ale także wyjaśniać nasze jutro, niczym delficka wyrocznia. Sedlacek podważa absolutne przekonanie badaczy o racjonalności i możliwości opisania zjawisk ekonomicznych za pomocą abstrakcyjnych znaków, jakimi są liczby. By potwierdzić swoje tezy zabiera nas w podróż od eposu o Gilgameszu, przez filozofię żydowską, starożytną Grecję, wpływy chrześcijaństwa, aż po Kartezjusza, Mandeville'a, czy Adama Smitha. Pokazuje jak radziła sobie ekonomia przed czasami, w których główną cnotą stał się pęd do bogactwa. Ponadto doskonale ilustruje jak bardzo mylimy się, uważając naszą gospodarkę za doskonałą, wielokrotnie stabilniejszą od tych, jakie tworzyli nasi przodkowie. Zastanówmy się bowiem sami, czy przypowieść o śnie Józefa, dotyczącym siedmiu lat chudych i siedmiu tłustych (w których należało gromadzić zapasy), jest bardziej rozsądna, niż współczesny pęd do zadłużania państw, nawet w okresach prosperity? Te i wiele podobnych pytań rozważał będzie w swej książce Tomas Sedlacek.

Warto zauważyć, że dla człowieka zainteresowanego raczej systemami wierzeń i historią, niż klasyczną ekonomią (jakkolwiek sensowne jest używanie takiego określenia), książka ta stanowi niesamowicie satysfakcjonujące wyzwanie intelektualne. Ponowne spojrzenie na hedonistów, czy stoików, tym razem z perspektywy ekonomicznej, okazało się bardzo ciekawą rozrywką. Z całą pewnością do mojego zadowolenia przyczynił się fakt, iż Sedlacek pisze bardzo przyzwoicie i nie pozwala mi się nudzić. Nawiązuje nie tylko do historyków ekonomii (Niall Ferguson), znanych ekonomistów współczesnych (Milton Friedman), ale także do dzieł popkultury (Fight Club, Matrix). Te dość luźne elementy pozwalają złapać oddech w czytaniu dzieła, bądź co bądź, naukowego.

Moim zdaniem Ekonomia Dobra i Zła, to bardzo ciekawa lektura dla osób interesujących się tym tematem. Jeżeli nie bawi Was historia ani filozofia, możecie nie znaleźć tutaj zbyt wielu interesujących elementów. Ja jednak jestem bardzo zadowolony i nawet pomimo dość słabo zorganizowanego, męczącego systemu przypisów, serdecznie polecam Wam tę lekturę.


Moja ocena to: 7/10   

piątek, 11 grudnia 2015

Matthew Dunn - "Tropiciel Szpiegów"

Dawno nie czytałem porządnej książki szpiegowskiej. I nie chodzi mi wcale o ultrarealistyczną, monumentalną powieść o działaniach różnych agencji wywiadowczych, ale zwyczajną, pełną krwi, pościgów i strzelanin czysto rozrywkową pozycję. Tropiciel Szpiegów Matthew Dunna, byłego agenta wywiadu (ponoć), miał spełnić moje niesamowicie proste marzenie.

Poznajcie Willa Cochrane'a - agenta brytyjskiej MI6. Will jest twardy jak cholera. Nie tylko radzi sobie z każdym postrzałem w dwa dni (tak, nawet w głowę), ale na śniadanie je pożywne kamienie i popija lawą. Will jest taki twardy, że kiedy się uśmiecha, wrogowie ze strachu rzucają broń i robią w portki (w dowolnej kolejności), kiedy wsiada do auta, inni kierowcy zjeżdżają na pobocze, a kiedy spotyka kobiety, te rzucają się na niego, by znaleźć rozkosz w ramionach silnego mężczyzny (wszystkie od dwunastego do osiemdziesiątego piątego roku życia). Krótko mówiąc Will jest badassem i nawet na chwilę nie pozwoli nam zapomnieć o tym fakcie. Poza tym jest też irański terrorysta, zamach bombowy i seksowna kobieta, czyli elementy, które każda szanująca się książka sensacyjna mieć powinna.

Zaletami są niewątpliwie ciekawie przedstawione realia pracy szpiega. Will nie działa tutaj sam. Na każdym kroku towarzyszy mu wyspecjalizowana drużyna złożona z równie niebezpiecznych i groźnie marszczących brwi agentów. Jest też wredne i stawiające kontrowersyjne zadania szefostwo, spora ilość różnorakiego uzbrojenia oraz liczne opisy poszczególnych służb specjalnych i organizacji bezpieczeństwa, działających na całym świecie. I to jest całkiem fajne, ponieważ gdyby książka była pozbawiona wad, wkręcenie się w taki świat, stanowiłoby dość łatwe zadanie. Początkowo sądziłem, że do zalet zaliczę także pędzącą akcję, która przez większość książki nie pozwalała oderwać się od lektury. Niestety rzeczywistość zweryfikowała ten pogląd, więc nie przedłużając przejdę do wad.

A tych jest kilka - a nawet trochę więcej. Przede wszystkim wkurzały mnie dialogi. Praktycznie przy każdej rozmowie powtarzałem sobie, że ludzie tak się nie komunikują do jasnej cholery. Nikt nie powtarza w co drugim zdaniu imienia swojego rozmówcy, ani nie streszcza mu informacji, o których ten przecież doskonale wie. Konwersacje były tak cholernie sztuczne, że nie mogłem uwierzyć w fakt, iż autor tej książki (albo tłumacz - ciężko powiedzieć), rozmawiał kiedykolwiek z żywą osobą. Jak to mniej więcej wyglądało?

"- Will, znów zastrzeliłeś nie tą osobę co trzeba, weź się chłopie ogarnij.
- Wiem Patricku, ale widziałeś jak na mnie patrzyła. W dodatku sam słyszałeś, że chciała pieniędzy i powiedziała, że jak im nie zapłacę, to zabiorą mi dom, samochód i ostatnią paczkę żelków cytrynowych.
- Tak, wiem Will, powiedziała, że będziesz musiał za wszystko zapłacić, ponieważ Cię nienawidzi, ale nie możesz strzelać do każdego urzędnika ZUS-u. To jest źle widziane Will. "
I oczywiście coś, co musiało się pojawić zaraz po dialogu: "Will groźnie zmarszczył brwi. Wiedział, że mógłby zabić Patricka tynkiem ze ściany, ale akurat mu się nie chciało."

Ok, nie są to może dosłowne cytaty z książki, ale mniej więcej tak to wyglądało. Sytuację początkowo ratowała akcja. Oczywiście dopóki nie okazało się, że autor leci po kliszach filmowych. Było trochę scen rodem z Shootera (2007), było trochę akcji w stylu Johna Wicka (2014), były pościgi, które skojarzyły mi się z każdym filmem akcji lat 90-tych - no po prostu schemat gonił schemat. W dodatku z czasem okazało się, że same pojedynki agentów ograniczają się do wzoru: "kucnął/wychylił się zza przeszkody - miał bardzo trudną pozycję do strzału - trafił w głowę". Niby to czego oczekiwałem, ale zrobione jakoś tak od niechcenia, bez polotu. Dam spokój dwóm, czy trzem błędom ortograficznym, które znalazłem, bo stwierdzicie, że się czepiam, a przecież za dobra ze mnie osoba, żeby krytykować takie rzeczy (niach, niach, niach).

Za to przyczepię się do słabych, nieobchodzących mnie kompletnie kreacji bohaterów, braku zaangażowania uczuciowego w ich działaniu (ok, autor pisze o tym, że odczuwają oni emocje, ale tego kompletnie nie widać), czy opieraniu ich czynów na nierealistycznych motywacjach (członkowie zespołu Willa, są gotowi poświęcić za niego życie po jakimś tygodniu współpracy). Tak, myślę, że do tego mógłbym się przyczepić...

Podsumowując: nie jestem zadowolony z tej lektury. Ba, jestem dość mocno rozczarowany, ze względu na pochlebne opinie jakie zebrał Tropiciel Szpiegów. Stanowczo wolę wrócić do Silvy, czy Folletta, niż spędzać czas z ewentualnymi, kolejnymi książkami Dunna. Są one zbyt średnie i nijakie, bym mógł czerpać z nich radość, której oczekuję. Polecam wyłącznie miłośnikom przeciętności lub ludziom szalenie głodnym jakichkolwiek powieści sensacyjnych ze szpiegami w tle.


Moja ocena to: 5/10

niedziela, 6 grudnia 2015

Charles Duhigg - "Siła Nawyku. Dlaczego robimy to, co robimy i jak można to zmienić w życiu i biznesie"

Dlaczego robimy to, co robimy? Czym jest silna wola i jak można ją wyćwiczyć? Jak to się dzieje, że zamiast konsekwentnie uczęszczać na siłownię, wolimy obżerać się ciastkami siedząc w domu? Wreszcie - jakie znaczenie ma konsekwencja dla naszego życia? Na te i wiele innych pytań odpowie Wam Charles Duhigg, nagrodzony Pulitzerem dziennikarz New York Timesa. I nie, nie pytałem czy chcecie znać odpowiedź na te pytania - Wy ją powinniście znać.

Wyjaśnienie o czym jest ta książka będzie bardzo krótkie - o nawykach. A jeżeli już koniecznie muszę rozwijać swoją wypowiedź, to przedstawia ona przykłady, udowadniające jak wiele nawyki znaczą dla samorozwoju, jak przejawiają  się w miejscu pracy, czy też jak bardzo mogą nas zwodzić na manowce. Pokazują sposoby oddziaływania na nas wielkich firm i marketingowców, ale także metody tworzenia impulsów pobudzających nas do działań jak najbardziej pozytywnych. Świetne jest właśnie to, że autor pokazuje dwie diametralnie różne strony nawyków, które nie są ani dobre, ani złe, a ich kształtowanie zależy w zasadzie tylko od inteligencji człowieka. I tak gdy z jednej strony przykład stanowi fatalnie zarządzane metro, w którym doszło do katastroficznego w skutkach pożaru, tak z drugiej mamy świetnie prosperująca fabrykę aluminium, w której udało się zastosować nawyki, do znacznego podwyższenia poziomu bezpieczeństwa.

Ogromną zaletą tej książki jest niesamowicie wciągający styl autora. Siłę Nawyku właściwie połyka się w dwa, trzy wieczory. Wszystkie historie są bardzo interesujące, a ich praktyczny wymiar znacznie zwiększa zaangażowanie czytelnika w lekturę. Lekki, przyjemny język oraz krótkie rozdziały poprzecinane gdzieniegdzie charakterystycznymi obrazkami, ilustrującymi zwykle pętle nawyków, pozwalają przyswoić tę książkę każdemu. Nie dziwi więc zanadto, że pozycja ta sprzedała sie w ponad milionie egzemplarzy - to faktycznie jest książka dla każdego.

Nie ukrywam, że ostatnio miałem do czynienia z lekturami, które jakkolwiek bardzo przydatne, okazywały się najzwyczajniej w świecie ciężkimi, wymagającymi skupienia cegiełkami. Dlatego też niezmiernie cieszy mnie fakt, że mogę polecić Wam książkę nie tylko interesującą pod względem przekazywanej treści, ale także sprawiającą masę radości podczas czytania.


Moja ocena to: 8/10