piątek, 23 grudnia 2016

Joe J. Heydecker, Johannes Leeb - "Proces Norymberski. Trzecia Rzesza przed sądem"

Święta za pasem, więc żeby wprowadzić się w ten szczególny nastrój, sięgnijmy po książkę o...zbrodniarzach nazistowskich. No dobra, może nie jest to pozycja szczególnie pasująca do wigilijnego stołu, ale przecież naziści są dobrzy na każdą okazję. Uściślając tę myśl - czytanie o nazistach w tak dobrym wydaniu, jest dobre na każdą okazję.

Nie będę chyba zbyt odkrywczy, gdy napiszę, iż książka stanowi streszczenie najważniejszego procesu sądowego w XX wieku. Zbrodnie popełnione przez reżim pod kierownictwem Hitlera, Himmlera, Goeringa, Goebbelsa oraz reszty wesołych krasnoludków, budzą przerażenie po dziś dzień. Opisywana pozycja stanowi nie tylko próbę rozliczenia nazistowskich zbrodniarzy, ale także opis warunków w jakich podejmowano decyzję, co do ich dalszych losów. Przeczytacie tu więc zarówno o faktach dobrze Wam znanych z lekcji historii (np. o tym jak odbywał się proces zagłady żydów), jak i o ciekawostkach mniej powszechnych (np. o tym jak poszczególni zbrodniarze zachowywali się w czasie procesu, czy w jaki sposób przyjmowali wyroki).

Przyznam, że ta pozycja jest moją faworytką, w konkurencji na najlepszą książkę historyczną przeczytaną w tym roku. Dzięki jej autorom otrzymujemy masę faktów, podanych w niezwykle prosty i przejrzysty sposób, ciekawostki o których nie zwykło się głośno mówić oraz najbardziej aktualne źródło danych, jakie można znaleźć na temat procesu norymberskiego. O dziwo twórcom udało się również odpowiedzenie na wszystkie pytania, które czytelnik mógłby sobie ewentualnie zadawać - jaki był stosunek skazanych do religii? Jak podchodzili do fuhrera? Jakie były dalsze losy oskarżonych w procesie norymberskim oraz sędziów, adwokatów i prokuratorów prowadzących te postępowania? Wszystkie te pytania doczekają się chociaż częściowych odpowiedzi. Ponadto styl i umiejętności literackie autorów wystarczyły, by książkę miejscami czytało się jak naprawdę niezłą powieść.

Nie będę się zbytnio rozwodził nad wadami (których prawie nie dostrzegłem), ponieważ mam świadomość, że jesteście zajęci sprzątaniem, ubieraniem choinek, lepieniem uszek, czy biciem się o karpia w osiedlowym sklepiku. Dlatego też na tym skończę - jeśli interesuje Was ten temat, albo chociaż chcielibyście kiedyś zacząć swą przygodę z książkami historycznymi, możecie śmiało zaczynać od tej.

Moja ocena to: 8/10


Nieco zmieniając temat - życzę Wam wszystkim zdrowych i pogodnych świąt. Mam nadzieje, że będą one wystarczająco przyjemne, nawet jeśli nie spędzicie ich z hitlerowskimi oprawcami...

niedziela, 18 grudnia 2016

Danka Markiewicz - "Matera 2019"

Wciąż nie jestem przekonany do coraz powszechniejszej opinii, iż wszystkie dzieła wydane w formie tzw. self-publishingu, powinny spłonąć w ogniach piekielnych. Niestety moje dotychczasowe doświadczenia wskazują, że nieprędko spotkamy polskiego Johna Locke’a. Do zmiany tej opinii z pewnością nie przyczyni się także „Matera 2019”, opublikowana przez mieszkającą we Włoszech Dankę Markiewicz.

Matera 2019 odstraszyła mnie już w momencie, gdy zapoznawałem się z jej opisem. „Powieść-parabola”, „alegoria”, „akceptacja życia” - dużo trudnych słów, które jestem w stanie zaakceptować, gdy pod książką podpisuje się Dostojewski, Philip K. Dick, czy choćby Myśliwski. Po autorach rozpoczynających swą przygodę ze światem literatury, nigdy nie oczekiwałbym tak ambitnej próby. Sukces podobnego przedsięwzięcia wydaje mi się niemal niemożliwy do osiągnięcia. Dlatego też bardzo sceptycznie podchodziłem do nietypowego świata post-apo stworzonego przez autorkę oraz snutych przez nią filozoficznych rozważań dotyczących przyszłości rodzaju ludzkiego.

Zacznę jednak od nielicznych elementów, które przypadły mi do gustu. Przede wszystkim podoba mi się świat wykreowany przez autorkę. Post-apokaliptyczne, skażone promieniowaniem Włochy, to oryginalne środowisko, z którym dotąd nie spotkałem się w literaturze tego typu. Z całą pewnością świat ten wygląda na żywy i kierujący się logicznymi zasadami - tło powieści stanowi więc element, do którego nie mam żadnych zastrzeżeń. W takim otoczeniu zdecydowanie mogłaby się toczyć akcja bardzo dobrej powieści...ale...

...w celu stworzenia dobrej powieści, przydałaby się także dobra fabuła. A ta, nawet biorąc pod uwagę, że powieść jest alegorią, wydaje mi się nie mieć większego sensu. Znaczna część tej króciutkiej książeczki, to próba zbudowania realnego świata - sama zaś akcja i wydarzenia rozgrywające się na naszych oczach, zostały potraktowane po macoszemu. Bohaterka Gaia, żyjąca w świecie chorych i umierających (skutki promieniowania), którzy postanowili godnie przyjąć swoje cierpienie, styka się z członkiem zupełnie innej społeczności, zdecydowanie silniejszej, ale korzystającej z kontrowersyjnych metod przeszczepu organów. Problem w tym, że z tego spotkania zbyt wiele nie wynika, choć wokół niego budowana jest najistotniejsza część fabuły. Gaia zostaje wprawdzie „porwana” przez tajemniczego mężczyznę, ale nie prowadzi to do żadnej ostatecznej konkluzji - być może prócz takiej, że lepiej godnie przyjąć cierpienie niż kontrowersyjnymi metodami walczyć o lepszy świat?

Problemem powieści jest to, że nawet jako alegoria powinna być ona spójna i odpowiadać na najważniejsze pytania, które mógłby sobie postawić czytelnik. A Matera 2019 zwyczajnie tego nie robi. Po co wprowadzono wątek z opowiadaniem sobie filmów? Czemu miało służyć zastosowanie motywu żywienia się tajemniczą praną? Czy zachowanie tajemniczego mężczyzny nie było słuszniejsze, niż nieustannie cierpiącej społeczności, której częścią była Gaia? Jaki sens miały dialogi prowadzone przez bohaterkę z przywódcą  jej społeczności oraz tajemniczym Riddickiem, skoro nic konkretnego z nich nie wynikało? W książce liczącej niespełna sześćdziesiąt stron, zadawanie tak wielu pytań o zasadność niektórych zdarzeń, z pewnością budzi niepokój.

Niestety problemem okazała się również korekta Matery. Zdarzało mi się czasem trafiać na błędy stylistyczne, które w tego typu dziełach, zapewne nigdy przez nikogo nie sprawdzanych, są czymś powszechnym. No i ta okładka - nie wiem, czy w życiu widziałem coś brzydszego, a wierzcie mi, że przez te kilka lat na ziemskim łez padole, miałem wiele koleżanek o kontrowersyjnej urodzie.


Podsumowując: nawet mimo ciekawego świata stworzonego przez autorkę oraz kilku momentów, w których rzeczywiście byłem zaciekawiony dalszym rozwojem akcji, Matera 2019 nie jest dobrą książką. Niejasne i niewyjaśnione wątki, bardzo prosty przekaz w niepotrzebnie skomplikowanej formie, mało satysfakcjonujące zakończenie oraz różnego rodzaju wady techniczne sprawiają, że nie mogę jej nawet uznać za coś przeciętnego. Matera 2019 jest dość słaba i jeśli mam być szczery - odradzam tracenie na nią czasu. 

Moja ocena to: 4/10

środa, 14 grudnia 2016

Prezentowo - święta 2016

Za pasem święta - czas zjednoczenia, miłości, uniesień religijnych, ale przede wszystkim - PREZENTÓW! Tak, jak słusznie przypuszczaliście nie jestem zdolny do żadnych uczuć wyższych, więc ten post będzie dotyczył wyłącznie paczuszki, którą otrzymałem od Eweliny (rozpoznawanej także jako Lara) i Ani znanej w niektórych kręgach pod pseudonimem Wiedźma (nie pytajcie w jakich kręgach, nie chcielibyście się zadawać z tymi ludźmi...).

Pierwsze co rzuca się w oczy, to zaskakujący brak obory - szczególnie biorąc pod uwagę, że paczkę przygotowały dwa najbardziej zbrodnicze umysły XXI wieku. Ba, przez chwilę wątpiłem nawet, iż paczka przyszła od Eweliny, bowiem jej zewnętrzna warstwa nie była w całości opierdolona taśmą klejącą.

Moje zdziwienia szybko ustąpiło, gdy odkryłem, że pod spodem znajduje się jeszcze jeden papier owinięty kolejną warstwą taśmy. Na szczęście była to już ostatnia część paczki-matrioszki.

Pod tonami papieru znajdował się bowiem ten karton. Wstawiam zdjęcie kartonu, gdyby ktoś zastanawiał się, jak wygląda karton.

Teraz rzeczy najważniejsze, czyli zawartość paczki. Zacznijmy od elementów, które dezaktualizują się najszybciej:
Oto oreo, którego już nie ma...

... i kilogram żelek, których wkrótce nie będzie.

Do tego oczywiście czekolada i kolejne żelki. Uwagę może przykuwać także uwięziony w śnieżnej kuli renifer, przypominający lokalnego dilera narkotykowego. Z prezentu jestem tym bardziej zadowolony, iż będę mógł bez skrępowania przyznać, iż spędzam dzień na bawieniu się swoimi kulami (to już moja druga) i nikt nie będzie mógł mieć do mnie pretensji...

Najpiękniejsze życzenia świata od dziewczyn - jedna mnie całuje, druga życzy mi dużo seksów, więc nadchodzący rok musi być dobry...

W paczce, jak podkreśliła Ewelina znalazła się ogromna część kolekcji Riczerów (na których swoją drogą zaczyna mi brakować miejsca), czyli zapas czytelniczy na co najmniej dwa miesiące...

...oraz trzy tajemnicze paczuszki, zapakowane w papier - trzy książkowe prezenty niespodzianki.

Pierwszym z nich (być może w nawiązaniu do tych erotycznych życzeń), jest Johny Porno. Nie mam pojęcia, czy dziewczyny chcą zrobić ze mnie jakiegoś zboczeńca, ale jeśli tak to ma się odbywać, to nie mam nic przeciwko.

Drugi tytuł, to ponoć świetna powieść  historyczna - prawdziwa cegła, czyli „Bracia Hioba”. Po rozpakowaniu tej pozycji byłem pewien, że święta mam z głowy i to właśnie ją będę czytał w przerwie między karpiem i kapustą z grzybami...

...ale jak się okazuje, czytał będę „Nos4a2” - ponieważ trudno o lepszy okres na zapoznanie się z tą powieścią, niż właśnie święta.

Nie przedłużając: serdecznie dziękuję za tę paczuszkę (szczególnie za część, której jeszcze nie zjadłem), którą podziwiał będę jeszcze przez bardzo długi czas (w przerwach od zabawy kulami). Po raz kolejny udowodniłyście, że jesteście moimi mistrzyniami...
...a no i jeszcze kucyk, którego przecież nie mogło zabraknąć...


...i jakieś erotyczne zabawki w kształcie pentagramu, które po złożeniu mają służyć przywoływaniu demonów...albo być świecącą w ciemności gwiazdką - jak złożę, to dam znać, co się stało ;)

Raz jeszcze serdecznie dziękuję dziewczyny - jak to mawiają chujowi tłumacze - zrobiłyście mi dzień ;)

środa, 7 grudnia 2016

Stranger Things (2016)

Widzieliście zwiastun Stranger Things? Jeśli tak, to Wam nie zazdroszczę. Kilkuminutowa zajawka niestety nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia  i jedną z najnowszych produkcji Netflixa postanowiłem obejrzeć w przyszłości. W bardzo dalekiej przyszłości. Na przeszkodzie stanęły jednak niezliczone pozytywne opinie krążące po sieci oraz całkowita niechęć do zajęcia się czymkolwiek pożytecznym. Gdy bowiem alternatywą jest nauka i praca, każda wymówka wydaje się sensowna...

Stranger Things nie zrobił jednak na mnie dobrego wrażenia. Nie sprawił mi ogromnej radości, ani nie rozbawił - bardziej zasadnym byłoby stwierdzenie, iż ten serial mnie zaczarował. Nie byłem w stanie oderwać się od śledzenia fabuły, z niecierpliwością oczekiwałem na czas, gdy zasiądę do kolejnego odcinka, z całą mocą zaangażowałem się w losy bohaterów, których dane mi było oglądać, zostałem opętany...
Jim Hopper - pierwsza ofiara predatora, czy komendant policji w Indianie? Hmmm...raczej to drugie, ale sprawa jest otwarta...
Fabuła nawiązuje poniekąd do klasyków kina lat 80-tych. Odrobina kina familijnego w stylu E.T. została wymieszana w ogromnym kotle z kinem grozy Carpentera oraz książkowymi horrorami w stylu „Podpalaczki” Stephena Kinga. O dziwo nie tylko sprawdza się to doskonale, ale przy jednoczesnym oddawaniu hołdu klasykom, tworzy coś kompletnie nowego, odświeżającego. Dziewczynka z supermocami? Jest. Potwór niczym maszkary z obcego? Obecny. Alternatywna rzeczywistość? Odhaczone. Dzieje się tu tak wiele, a wydarzenia rozgrywają się w takim tempie, że dalsze streszczanie fabuły wydaje się nie na miejscu. Wiedzcie jedno - choć nie gwarantuje ona głębszych przemyśleń filozoficznych, to z całą pewnością zapewni tony świetnej zabawy tym, którzy tęsknię do kinematografii sprzed lat. Nie wspomnę już o zabawie z odkrywaniem wielu motywów na własną rękę - plakatów na ścianach, muzyki grającej w radiach, całych segmentów produkcji, w których akcja zorganizowana została na wzór klasycznych poprzedników. Do tego z każdym odcinkiem Stranger Things serial wydaje się dojrzewać. Staje się coraz mroczniejszy, a rzeczy o które nie podejrzewałbym scenarzystów rozgrywają się na naszych oczach. Tak właśnie powinno się robić seriale rozrywkowe dla szerokiego grona odbiorców.
Najszczerszy uśmiech w serialu telewizyjnym od lat - żądamy powrotu tego aktora w następnym sezonie...może wciąż nie mieć zębów.
A wady? Cóż - brak. W swojej kategorii to jedna z najlepszych rzeczy jaka powstała. Unikalna, zabawna, w dużej mierze uniwersalna. Muzyka jest świetna. Zakończenie choć niejednoznaczne i tajemnicze, mogłoby z powodzeniem zamykać całą opowieść. Sprawia iż widz pozostaje w napięciu, mimo obejrzenia napisów końcowych - bardzo lubię takie podejście twórców.

Przyznam że dla mnie pierwszy sezon Stranger Things stanowi pewną zamkniętą historię. Dlatego choć twórcy zostawili sobie furtkę do stworzenia następnego sezonu, nie zamierzam wyczekiwać na niego w ogromnym napięciu. Już pierwsza odsłona cyklu wydaje mi się bowiem czymś kompletnym, skończonym. W dodatku przyniosła mi tak wiele zabawy, że nie wiem jakim sposobem można by powtórzyć ten sukces.
Ellen Ripley, czy Jack Torrance? Cóż - nikt nie mówił, że będzie łatwo...
Podsumowując - serdecznie polecam Wam ten serial, jeśli jeszcze nie mieliście okazji go zobaczyć. Choć zauważyłem w nim pewne niedociągnięcia wynikające z zatrudnienia kilku bardzo młodych aktorów, to jednocześnie wydaje mi się, że nawet one nadawały tej produkcji charakteru. Widzicie co ze mną zrobił ten cholerny serial?! Nie jestem nawet w stanie przyczepić się do słabego aktorstwa jakichś dzieciaków... Tak...niestety zostałem kompletnie zdemoralizowany przez Netflixa. Po prostu musicie to obejrzeć!


Moja ocena to: 9/10     

wtorek, 29 listopada 2016

Russ Kick - "100 Things you're not supposed to know"

Teorie spiskowe nie są moją najmocniejszą stroną - nigdy nie interesowałem się tym, czy nasz świat kontroluje para homoseksualnych masonów, rudzi Żydzi z pejsami po kostki, czy też kosmici wsadzający nam w wolnych chwilach różne rzeczy w różne otwory. Generalnie trzymałem się powszechnie znanych faktów, więc ze sporą dozą nieufności sięgnąłem po książkę Russa Kicka - „100 things you’re not supposed to know”. Oprócz zwykłej zabawy miał to być także sposób na doszlifowanie mojej (miernej) znajomości języka angielskiego. O dziwo książka ta okazała się także całkiem przyzwoitym zbiorem informacji, które da się w jakimś stopniu zweryfikować.

Mam świadomość, iż większość z Was nie dotrze do tej lektury (czy to ze względu na jej dostępność, czy też na barierę językową), dlatego też wydaje mi się zasadnym odejście od klasycznej formy recenzji. Wystarczy Wam wiedzieć, że jej odbiór zależy w dużej mierze od zasobu wiedzy czytelnika - im więcej faktów przytoczonych przez Russa znacie, tym mniej atrakcyjna okaże się dla Was lektura. Zapewniam Was jednak, że natraficie tu na ciekawostki, o których usłyszycie po raz pierwszy. Postaram się przytoczyć tylko kilka z nich - te, które wydały mi się szczególnie interesujące:

  • Po zamachach 11 września amerykański Departament Obrony przedstawiał plany dotyczące zatrucia afgańskich źródeł żywności.
  • W związku z pewnym nieporozumieniem Trzecia Wojna Światowa mogła rozpętać się w 1995 roku. 
  • Zgubiono co najmniej kilka bomb atomowych.
  • Około jedna czwarta osób skazanych za czary była płci męskiej.
  • Znaczna część założycielek ruchu feministycznego sprzeciwiała się aborcji.
  • Firmy ubezpieczeniowe dążą do genetycznego badania wszystkich nabywców polis.
  • Dziesięć na sto osób nie jest wychowywanych przez biologicznego ojca.
  • Freud nigdy jednoznacznie nie udowodnił, że pomógł choćby jednej osobie.
  • Lalka Barbie wzorowana jest na niemieckiej zabawce erotycznej.
  • W czasie Zimnej Wojny ośmiocyfrowy kod do odblokowania pocisków nuklearnych składał się z ośmiu zer.
  • Przeszczep głowy jest możliwy, co kilkukrotnie udowodniono przeprowadzając takie operacje na małpach. Żadna nie przeżyła dłużej niż trzy dni, ale cóż... :D
  • Pierwsze hardkorowe porno (wizerunek pary uprawiającej seks na pieska) datowane jest na 40000 lat p.n.e.

Niestety większość tego typu faktów dotyczy prawodawstwa Stanów Zjednoczonych, co siłą rzeczy niespecjalnie interesuje europejskiego czytelnika. Przepisy dotyczące zasad odprowadzania podatków, absurdy amerykańskiego sądownictwa, czy też kwestie związana z ochroną środowiska nie stanowią kwestii, które poruszą nas w równym stopniu, co czytelników zza oceanu. Dlatego też jeśli nie jesteście ogromnymi entuzjastami nietypowych ciekawostek, śmiało możecie pominąć tę pozycję i nawet jeśli postanowicie podjąć próbę zmierzenia się z książką w języku innym niż ojczysty, możecie śmiało wybrać coś innego. 

środa, 16 listopada 2016

Greg Jenner - "Milion lat w jeden dzień. Fascynująca historia życia codziennego od jaskini do globalnej wioski"

Czy milion lat ewolucji gatunku ludzkiego da się zamknąć w jeden dzień? Czy da się przedstawić proces zmian technologicznych i kulturowych wpisując go w ramy niezwykle intensywnego dwudziestoczterogodzinnego cyklu działań? Cóż, Greg Jenner wyszedł z założenia, że wszystko jest możliwe i wokół tej ramy czasowej zbudował swoją własną książkę historyczną - „Milion lat w jeden dzień”.

Książka podzielona jest więc na kilka rozdziałów o tak prozaicznych nazwach jak na przykład: „pora wstać”, „spacer w ustronne miejsce”, czy „mycie zębów”. Każdy z nich zawiera zaś zbiór ciekawostek historycznych dotyczących poszczególnych sfer naszego życia. Dowiemy się więc jak jadano na przestrzeni lat, w jaki sposób dbano o uzębienie (i czy pasta do zębów, której wielu nie odkryło po dziś dzień, rzeczywiście jest nowością w skali życia ludzkości) oraz gdzie załatwiano potrzeby fizjologiczne i dlaczego niejednokrotnie prosto na podłogę (w czym zdawała się zresztą przodować arystokracja francuska). Każda sfera życia - od pobudki, śniadania, wizyty w łazience, ubrania się, czy małej zakrapianej imprezy stanowi pretekst do przedstawienia zmian w sposobach postrzegania czasu, produkcji tekstylnej, dbania o higienę, czy wreszcie roli alkoholu w życiu człowieka. Choć zdarzało mi się czasem spotykać z taką nietypową konstrukcją rozdziałów, muszę przyznać, że nadal wydaje mi się ona pewnym powiewem świeżości i ciekawym pomysłem na zorganizowanie swojego dzieła.

Ogromną zaletą, o której nie sposób wręcz nie wspomnieć, jest przyciągająca wzrok okładka - nie tylko pełna humoru, ale także idealnie współgrająca z treścią oraz strukturą książki. Należy bowiem podkreślić, że nie mamy tu do czynienia z klasyczną, nieraz nużącą książką historyczną, ale raczej ze zbiorem ciekawostek podanym w przystępnej, okraszonej potężną ilością humoru formie. I to jest z pewnością duży plus.

Problemem staje się jednak z czasem właśnie wspomniane poczucie humoru autora, które zapewne nie trafi do wszystkich czytelników. A trzeba przyznać, że żartów nie sposób tu uniknąć. Książka bowiem nie tylko napisana jest językiem młodzieżowym, przez co przypomina bardziej spotkanie w barze, niż jakąkolwiek znaną mi formę nauki, ale zawiera też niezliczoną liczbę mniej lub bardziej udanych żartów. I choć nie mogę zaprzeczyć, że kilka razy rzeczywiście wybuchałem śmiechem, to zdecydowanie zbyt duża liczba gagów pozostawia uczucie lekkiego zażenowania. Z całą pewnością nie odbiera to przyjemności z czytania, ale w dużej mierze psuje odbiór. Ponadto kończąc lekturę odniosłem wrażenie, że liczba przedstawionych faktów, nie usprawiedliwia rozmiaru tej książki. Choć początkowo wydawał mi się on dość standardowy, to liczne wtrącenia autora (nieraz kompletnie nieistotne), w dużej mierze wpływają na jej objętość, nie przedstawiając przy tym żadnej istotnej wartości.

Jeśli więc szukacie maksymalnie lekkiej, wciągającej, ale przy tym niezbyt rozbudowanej merytorycznie wersji historii, to tu ją właśnie znajdziecie. Ściślej mówiąc znajdziecie tu garść ciekawostek, które nie zbudują być może waszego światopoglądu, ale pozwolą rzucić w towarzystwie (o ile oczywiście obracacie się w zupełnie innym towarzystwie niż ja) ciekawą anegdotę z podłożem historycznym. Choć generalnie jestem zadowolony, że sięgnąłem po tę książkę, to jednocześnie nie sądzę, by była to lektura, której poszukiwałem. Zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie bardziej rozbudowane, konkretniejsze pozycje, skupiające się czy to na precyzyjnie wybranych okresach historycznych, czy poszczególnych wydarzeniach i osobach - ale ja jestem dziwakiem, więc w sumie nie powinniście mi za bardzo ufać... (ufff, nie ma to jak skończyć recenzję kompletnie podważając swoje kompetencje).


Moja ocena to: 6/10   

niedziela, 30 października 2016

"Black Mirror" - sezony 1-3

Świat zmienia się na naszych oczach. Twierdzenie, które przed rewolucją przemysłową nie miałoby najmniejszej szansy na przyjęcie się w ówczesnej „popkulturze”, dziś staje się już banalnym truizmem. Rozwój sieci społecznościowych, inwigilacja rządowa, tłumy wyrażające zgodę na wszczepianie w swoje ciało chipów, czy drony dominujące na polach walki przestały być pomysłami rodem z opowiadań sci-fi. W momencie historii, w którym obecnie się znajdujemy, gatunek ludzki musi odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co dalej?

Próby zarysowania kilku prognoz podjęli twórcy serialu Black Mirror. Przedstawiając dwanaście (trzynaście wraz z odcinkiem specjalnym) historii rozgrywających się w niedalekiej przyszłości, snują oni swą wizję dotyczącą roli technologii w naszym życiu. O ile jednak widzieliśmy już wiele produkcji ukazujących wszelkie bunty maszyn, podczas których to technologia obracała się przeciwko człowiekowi, tu jest zupełnie inaczej. W Black Mirror to sami ludzie wykorzystują technologię przeciwko sobie - podkreślają przy tym swój upadek moralny, dążenie do łatwej ucieczki od problemów, strach przed wolnością oraz uczuciami. Paradoksalnie więc rozwój technologii przyczynia się w tej wizji do powstawania całego zastępu ludzkich robotów, niezdolnych lub niechętnie przyznających się do swych człowieczych odruchów.
Nie załamujcie się - w świecie przyszłości nawet rudzi mają szansę...
Historie zaś, mogące zresztą z powodzeniem służyć za podstawę do tworzenia pełnometrażowych filmów, są niezwykle zróżnicowane. Otrzymamy więc zarówno opowieść o szantażowanym polityku, zmuszonym do odbycia publicznego stosunku seksualnego z niezbyt urodziwą świnką (chodzi oczywiście o takie chrumkające zwierzę, a nie grubą babę z wąsem), jak i historię o futurystycznym talent show robiącym ludziom galaretę z mózgów. Wszystkie odcinki łączy jednak pewien wspólny element - pod nieraz całkiem grubą warstwą absurdu, zawierają bardzo konkretny morał, nad którym warto się przez chwilę zatrzymać. Mało który serial daje obecnie okazję do pomyślenia o tym, co się właśnie obejrzało. Ten z pewnością do takich należy. Ba, w swoich założeniach i sposobie konstrukcji przedstawionych historii, bardzo mocno przypominał mi prozę Philipa K. Dicka pochylającego się nad naturą człowieka i jego wpływem na kształtowanie nadchodzącej rzeczywistości.

Nie roztrząsając jednak inspiracji, którymi kierowali się twórcy tego serialu, muszę przyznać, że jego seans stanowi niezwykle odświeżające doświadczenie. Szalenie pesymistyczne i brutalne w swym przekazie, ale z całą pewnością wyraźnie odznaczające się na tle amerykańskiego chłamu serwowanego nam na każdym kroku. Największym problemem Black Mirror, jest wyłącznie jego trzeci sezon zawierający dwa najsłabsze odcinki w całej serii. Wydaje się, że scenarzystom zaczyna już brakować pomysłów na kolejne epizody i mimo wciąż obecnej rzetelności w budowaniu światów przyszłości, zdolność szokowania widza zaczyna się gdzieś po drodze gubić. Cóż, miejmy nadzieje, że to mylne wrażenie i w przyszłości zobaczymy kolejne świetne epizody tego serialu.
Najbardziej irytująca bohaterka w serialu - o dziwo epizod należy też do jednego z najlepszych, bowiem aktorka musiała  w nim zagrać do bólu irytującą postać. Job well done. 
Podsumowując: jeżeli macie ochotę na obejrzenie naprawdę dobrego kawałka sci-fi, które choć nie próbuje moralizować na siłę, jest niezwykle przenikliwe, które pomimo absurdalnych założeń nie staje się infantylne, które choć jest niezwykle oryginalne, przypomni Wam o klasykach tworzących podwaliny tego gatunku, to bardzo dobrze trafiliście. Black Mirror to jeden z najlepszych seriali, na jaki trafiłem w tym roku i mimo pojawiających się tu i ówdzie drobnych i w zasadzie nieistotnych wad, bardzo mocno go polecam.


Moja ocena to: 8,5/10

niedziela, 23 października 2016

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - "Kariera Nikodema Dyzmy"

Dwudziestolecie międzywojenne, to niezwykle interesująca epoka, która jednocześnie stanowi okres historyczny, który najusilniej starano się nam obrzydzić w szkołach. Odcinając się od próby oceny dorobku literackiego takich asów jak Żeromski, Nałkowska, czy Reymont, jedno muszę przyznać z całą stanowczością - w szkole średniej ich powieści nudziły mnie potwornie. Być może to kwestia dojrzałości, pewnej świadomości nabywanej z wiekiem, a może po prostu ich książki zestarzały się na tyle brzydko, że we współczesnym czytelniku nie budzą już większych emocji? Gdyby nie system edukacji, który obrzydził mi jakiekolwiek skojarzenia z dwudziestoleciem międzywojennym, prawdopodobnie sam zweryfikowałbym te hipotezy. Obecnie jednak nie zamierzam ponownie sięgać po ich książki. Zaciekawił mnie za to autor, o którym w szkole wspominano wyłącznie mimochodem. Tadeusz Dołęga-Mostowicz, pionier i propagator literatury rozrywkowej w polskiej odsłonie.

Choć już sama postać Dołęgi-Mostowicza, nieugiętego krytyka rządów sanacyjnych, żołnierza biorącego udział w wojnie polsko-bolszewickiej oraz kaprala walczącego (i niestety poległego) w wojnie obronnej niemal dwadzieścia lat później, jest ciekawa sama w sobie, to opisywana dziś powieść - Kariera Nikodema Dyzmy - stanowi dzieło nad którym warto byłoby pochylić się jeszcze dokładniej. Satyra opisująca mechanizmy funkcjonowania elit międzywojennych w Polsce, położyła bowiem fundamenty pod znaczny sukces finansowy autora, a przez to pod rozwój literatury rozrywkowej, którą tak bardzo dziś doceniamy. Co więcej to była po prostu cholernie dobra książka...

Opowieść o losach bezrobotnego Nikodema Dyzmy, który przez serię zbiegów okoliczności i cwaniactwo (które mogą prezentować wyłącznie zdesperowani i do granic bezczelni przedstawiciele klas niższych) zdobywa uznanie elit II Rzeczypospolitej, to niezwykle przerysowany, ale również pouczający poradnik dotyczący zalet nieufności. Choć już to jedno zdanie wystarczy za opis fabuły, warto byłoby pokrótce wspomnieć, kto znajduje się na (niezwykle obszernym) celowniku Mostowicza. Ten bowiem kpi sobie zarówno z polityków, prezesów spółek państwowych, wysokich rangą wojskowych, arystokratów wszelkiej maści (od nowobogackich zdobywających tytuły w sposób nielegalny, aż po spłukanych „dawnych” arystokratów), kobiet z towarzystwa itd. Poprzez obecnie szeroko już znaną w popkulturze postać Nikodema Dyzmy, ukazuje on zarówno braki w inteligencji, piętnuje chciwość oraz obnaża zepsucie najwyżej postawionych osobistości w kraju. Do tego potrafi być naprawdę zabawny.

Niewyparzony język Dyzmy oraz szalone sytuacje, w które wplątuje się zupełnie przypadkiem, potrafią rozśmieszać nawet dzisiaj. Z Nikodemem trafimy więc zarówno do ministerialnych gabinetów jak i...na orgię ku czci diabła. Wbrew temu, co możecie obecnie sądzić, należy przyznać, że niemal dziewięćdziesiąt lat temu, pisarze również wykazywali się ogromną, pełną humoru fantazją. Ponadto sama powieść napisana jest językiem tak prostym i unikającym artystycznej wirtuozerii, że czyta się ją wręcz błyskawicznie. Ba, czyta się ją lepiej, niż ogromną część współcześnie publikowanej literatury rozrywkowej.

Szczerze polecam zapoznanie się z historią kariery Nikodema Dyzmy. Choć w głównej mierze stanowi ona świetną zabawę, to poniekąd także czegoś uczy. A trudno chyba o korzystniejsze połączenie. Sądzę, że nie będziecie uważali tego czasu za stracony.


Moja ocena to: 8/10

czwartek, 13 października 2016

Hampton Sides - "Krew i Burza. Historia z Dzikiego Zachodu."

Dziki Zachód nieprzypadkowo zasłużył na swą charakterystyczną, do dnia dzisiejszego kojarzącą się nam jednoznacznie nazwę. Dziki zachód był bowiem w dużej mierze...dziki. Mowa oczywiście o niezbadanych aż do drugiej połowy XIX wieku terenach, leżących początkowo na zachód od Stanów Zjednoczonych (Nowy Meksyk, Teksas, Kalifornia), a następnie systematycznie wcielanych w obszar współczesnego supermocarstwa. To właśnie ten obszar przyjdzie nam zwiedzać w książce Hamptona Sidesa. W niezwykle niebezpieczną podróż po tajemniczym zachodzie na szczęście nie wyruszymy sami. Od początku aż do samego końca towarzyszył nam bowiem będzie jeden z najsłynniejszych traperów, przewodników i zdobywców Dzikiego Zachodu - Kit Carson. Tym razem musicie mi uwierzyć na słowo, iż nawet pomimo faktu, że notka dotycząca Carsona znajdująca się na polskojęzycznej Wikipedii jest niezwykle lakoniczna, to jego znaczenie dla historii Stanów Zjednoczonych, rozwoju stosunków osadników z ludnością rdzenną, czy chociażby współczesnej popkultury jest nie do przecenienia.

Choć po zakończeniu lektury trudno z czystym sumieniem powiedzieć o którejkolwiek z postaci, iż była nieskazitelnym bohaterem, przypominającym tych, których niejednokrotnie mogliśmy podziwiać w licznych westernach, nie należy się temu zbytnio dziwić. Historię Dzikiego Zachodu, pełną niejednoznacznych decyzji politycznych, nieudanych eksperymentów społecznych oraz morderstw z zimną krwią pisało bowiem życie. Dlatego też przewijający się na kartach tego reportażu historycznego bohaterowie są pełni sprzeczności. Generałowie pełni dobrych intencji, którzy w konsekwencji doprowadzają do straszliwych zbrodni, szlachetni i odważni żołnierze, którzy nie wahają się niszczyć, czy plądrować indiańskich wiosek, honorowi, niegodzący się na ucisk i niesprawiedliwość Indianie, którzy nie mają oporów przed stosowaniem metod bandyckich napadów oraz porywaniem dzieci i kobiet - całą masę tego typu ludzi spotka na swej drodze Kit Carson. Należy podkreślić, że także on sam nie należy do osób o wyjątkowo pacyfistycznym nastawieniu - często prowadzi swych ludzi do bezwzględnej walki, nie uznaje kompromisów oraz mści się z fantazją, którą wykazywać się mogli tylko ludzie wychowani w twardym świecie raczkujących dopiero Stanów Zjednoczonych.

Reportaż ten jest o tyle ciekawy, że pomimo zawiązania akcji wokół osoby Kita Carsona opowiada także o wielu innych kwestiach. Jak sam bohater wspominał miał on bowiem tendencję do pojawiania się w miejscach, do których pasował jak pięść do nosa. Jedyny niepiśmienny generał w historii Stanów Zjednoczonych, jako przewodnik wziął więc udział w wyprawach odkrywczych kartografa Johna Charlesa Fremonta, dzięki któremu powstały pierwsze szlaki osadnicze, brał udział w wojnie z Meksykiem prowadzącej do znacznego poszerzenia się terytorium Stanów Zjednoczonych, po stronie unionistów odegrał znaczącą rolę w Wojnie Secesyjnej. Następnie prowadził walki z indiańskimi plemionami Nawahów, Komanczów, czy Apaczów Mescalero. Na starość walczył zaś o ocalenie ostatnich żyjących przedstawicieli tej rasy, starając się zapanować nad pierwszy rezerwatem Nawahów i optując  w sprawie Indian Jicarilla aż w Waszyngtonie. Trudno więc powiedzieć, by w tym natłoku wydarzeń, historii dotyczących bardziej lub mniej bezpośrednio Kita Carsona, czytelnik mógł się nudzić choćby przez chwilę. Barwy opisanym w tej książce wydarzeniom nadaje nie tylko niezwykle charakterystyczne otoczenie (cóż bowiem przemawia do wyobraźni czytelnika wychowanego na westernach bardziej, niż Dziki Zachód), ale też niejednoznaczność charakteru głównej postaci. Szalenie nieśmiały celebryta swoich czasów, niezwykle niski, ale bardzo silny i odważny, człowiek o kobiecym głosie, o którym historie opowiadano w całej Ameryce, mężczyzna który większość życie poświęcił walce z Indianami, choć wziął za żonę jedną z nich. Taki właśnie był Kit Carson. Wydaje się jednak, że Dziki Zachód miał tendencję do tworzenia tego typu postaci, bowiem napotkamy ich tutaj naprawdę wiele. Być może to zasługa autora książki, ale każda z nich jest nie tylko charakterystyczna, ale także niezwykle ciekawa. Interesują nas ich motywacje, ale równie mocno skutki działań. Nieraz więc książka staje się dramatyczna i nieludzka - szczególnie przemawia zaś do czytelnika fakt, że wszystkie wydarzenia bogato opisano w zgodzie z przytoczonymi źródłami bibliograficznymi. Dlatego też, choć autor nieraz ubarwia swą opowieść opisami nadającymi kolorystyki rozgrywającym się wydarzeniom i ożywiającymi akcję, nie pozostawia on zbyt wiele miejsca na przypuszczenia dotyczące znanych faktów.

Muszę podkreślić, że choć temat Krwi i Burzy jest niezwykle specyficzny i być może nie przemówi do każdego, to sama książka jest naprawdę świetna. Początkowo wątpiłem w sens skupiania akcji wokół jednej postaci, ale z czasem wydało mi się to niesamowicie zasadne i nadające odpowiedniego rytmu całej historii. Choć więc wydarzenia rozgrywają się wokół Carsona, to także o nich samych czytamy wystarczająco dużo, by być w pełni usatysfakcjonowanym z lektury. Szczególnie mocno chciałbym polecić tę książkę miłośnikom historii Stanów Zjednoczonych (by na nowo odkryli jak rodziło się dzisiejsze mocarstwo), a w dalszej kolejności osobom kochającym westerny (żeby sami zobaczyli, czy i w jakim stopniu kino przekłamuje charakterystykę życia na Dzikim Zachodzie). Mimo iż ostatnio czytałem bardzo mało, niemal codziennie starałem się choć na chwilę wrócić do przygód Kita Carsona i za każdym razem bawiłem się świetnie.


Moja ocena to: 8/10

niedziela, 2 października 2016

Clue, Trop (1985)

Z całą pewnością niejednokrotnie, mniej lub bardziej świadomie, mieliście okazję oglądać komedie wyreżyserowane przez Jonathana Lynna. Sympatyczny grubasek przypominający połączenie Georga R.R. Martina z Tadeuszem Drozdą ma bowiem na koncie takie hity kina familijnego jak „Fałszywy Senator” z Eddiem Murphym w roli głównej, „Jak ugryźć 10 milionów”, w którym to filmie mogliśmy podziwiać komediową twarz Bruce’a Willisa, czy niezwykle często serwowane przez polskie stacje telewizyjne „Uciekające zakonnice”. Dla odmiany jednak warto byłoby napisać o naprawdę przyzwoitej produkcji, która wyszła spod ręki tego reżysera. Mowa mianowicie o jego debiutanckiej produkcji z 1985 roku, noszącej tytuł „Clue”.

W tej czarnej komedii przedrzeźniającej schematy znane z ówczesnych filmów detektywistycznych, poznajemy całe grono ciekawych postaci. Nieco szalony kamerdyner Wadsworth, rozgadana pani Peacock, dystyngowany Profesor Plum, wyuzdana Panna Scarlet, nierozgarnięty acz odważny pułkownik Mustard, czy też nieszczególnie zainteresowany kobietami Pan Green - wszyscy wspólnie zasiadają do kolacji, która kompletnie odmieni ich życie. W trakcie niej poznają bowiem swojego największego prześladowcę - szantażystę i manipulatora pana Boddy. Ponadto do gry z widzem włącza się wówczas także tajemnicza kucharka oraz seksowna służąca Yvette. Każda z tych postaci ma swą rolę w szczególnie powikłanej (jak na komedię) zagadce, stanowiącej pretekst do zabawy z widzem oraz opartych na czarnym humorze żartów.

Sam film, choć mało brutalny i nie mający aspiracji do zagłębiania się w klimat kina grozy, ogląda się zaskakująco przyjemnie. Być może za sprawą wciągającej zagadki lub bardzo charakterystycznych bohaterów widz jest w stanie przetrawić nawet te momenty, w których nie dzieje się zbyt wiele lub w których sceny są sztucznie przeciągane (choć trzeba przyznać, że przy i tak niewielkiej długości tej produkcji, wada ta jest dość potężnym minusem). Dialogi pełniące tu przecież kluczową rolę, napisane są całkiem nieźle, nawet jeśli czasem można im zarzucić korzystanie z utartych schematów i wplatanie oklepanych żartów (które być może były całkiem świeże...w 1985 roku). Do tego należy również dodać świetną rolę Tima Curry’ego, który jest wręcz stworzony do tego typu kina - jego mimika, gestykulacja i ruchy, bardzo często wystarczyły, aby mnie rozbawić (w sumie nie jest to jakieś dramatycznie trudne zadanie).

Czy poza wymienionym już sztucznym przedłużaniem scen i wahającym się momentami poziomem humoru mógłbym wskazać na jeszcze jakieś wady? Cóż, dźwięk jest świetnie dopasowany, scenografię lokacji i kostiumów wykonano bardzo porządnie, poziom aktorstwa jest dość wyrównany i zupełnie satysfakcjonujący, więc...nie. Myślę, że ten film mimo upływu lat wciąż jest wart uwagi. Szczególnie jeśli nie należycie do miłośników hardkorowego kina grozy, ale chętnie obejrzycie coś z ciekawą zagadką i kilkoma niezbyt efektownie przedstawionymi trupami w tle. Choć Clue wciąż bardziej przypomina kino familijne niż porządny thriller, to i tak stanowi odprężającą, sympatyczną i leciutką zabawę na wolny wieczór. Spożywanie alkoholu podczas seansu nie jest jednak odradzane - jeśli miałbym wskazać na niezobowiązujący film do jakiegoś piwka, wódeczki, amolu, denaturatu (czy co tam pijacie), śmiało postawiłbym właśnie na ten tytuł. Ja spokojnie dałem radę na trzeźwo, ale nie zaszkodzi spróbować...ba, może sam powinienem obejrzeć go jeszcze raz w zupełnie innym stanie (i to nie jest w żadnym razie jakiś wydumany pretekst)...


Moja ocena to: 7/10

Dziś zamiast screenów (które nie mają żadnego przełożenia na odbiór filmu, bowiem całość rozgrywa się w jednej lokacji), postanowiłem wrzucić kilka ciekawych cytatów, które udało mi się wyłowić:

- Czy lubi pani Kiplinga?
- Oczywiście, zjem cokolwiek.

- Trzy morderstwa...
- Razem będzie już sześć...
- Sprawy stają się dość poważne.

- Twój pierwszy mąż również zniknął
- Tak, ale to była jego praca - był iluzjonistą...
- Ale już nigdy się nie pojawił!
- Cóż, nie mówiłam, że był dobrym iluzjonistą...

- Czy próbuje pan ze mnie zrobić głupca w towarzystwie innych gości?
- Pan wcale nie potrzebuje mojej pomocy...
- Otóż to!

- Profesor Plum, był pan profesorem psychiatrii specjalizującym się w pomocy paranoikom, maniakom oraz lunatykom cierpiącym na zaburzenia związane z manią wielkości.
- Tak, ale teraz pracuję dla Organizacji Narodów Zjednoczonych.
- Czyli pana praca się nie zmieniła... (personal favourite)


poniedziałek, 19 września 2016

Wiedźmin - edycja kolekcjonerska (komiks)

Nie znam się zbyt dobrze na komiksach - trudno to ukryć. Choć przeczytałem ich w życiu zaledwie kilka, sądzę jednak, że poziom moich kompetencji w tej kwestii, jest na tyle odpowiedni, by podjąć się stworzenia opinii o jednym z nich. W końcu na powieściach graficznych nie znam się równie mocno, jak na wszystkich innych dziełach, o których piszę, więc bezsensem byłaby próba ograniczania własnej ignorancji do ścisłych ram książek i filmów. Pierwszym komiksem, który zostanie poddany tej marnej, niegodziwej i rozczarowującej próbie, będzie edycja kolekcjonerska Wiedźmina.

Być może kwestia fabularna będzie dla Was nieco zaskakująca, ale powinniście wiedzieć, że komiks opowiada o losach...Wiedźmina. Jeżeli pierwszy szok związany z tą informacją udało Wam się już przetrawić, warto dodać, iż edycja kolekcjonerska zawiera sześć historii związanych z najsławniejszym polskim łowcą potworów. Losy Geralta z Rivii przedstawione w poszczególnych epizodach, opisują życie białowłosego wiedźmina od poczęcia, do momentu znanej z książek historii, związanej z polowaniem na złotego smoka. W międzyczasie towarzyszymy Geraltowi podczas wiedźmińskiego szkolenia, obserwujemy jego walkę ze strzygą, kibicujemy jednej ze stron w momencie konfrontacji upadłej księżniczki Renfri z czarodziejem Stregoborem oraz obserwujemy nieco chaotyczne, choć szalenie satysfakcjonujące starcie Geralta i Yennefer z geniuszem - strzelającym focha dżinem z butelki. O kwestii fabularnej nie będę się zbytnio rozpisywał, ponieważ jest zaskakująco przyzwoita. Niech na jej korzyść świadczy choćby to, że ponad trzystu stronicową edycję kolekcjonerską, z łatwością połknąłem w jeden dzień, odrywając się od lektury z ogromną trudnością.

I jest to naprawdę zaskakujące, bowiem styl graficzny Wiedźmina, delikatnie mówiąc nie powala. Choć trudno odmówić mu swoistego uroku, w wielu momentach miałem wrażenie, że twarze postaci, są zwyczajnie niedopracowane. O ile nie zwraca się na to większej uwagi w przypadku postaci pobocznych, o tyle różnice w przedstawieniu twarzy Geralta, czy Yennefer na sąsiadujących ze sobą kadrach, naprawdę rzucają się w oczy. Ba, często miałem wrażenie, że ogromna część postaci ma nienaturalnie wykrzywione twarze - zbyt duże nosy, czy niepokojąco wydatne wargi. Nie mam pojęcia na ile można to zrzucić na karb stylu lat 90-tych, czy autorskiej koncepcji rysownika, ale fakt pozostaje faktem - wiele kadrów przedstawiających postaci wydaje się być anachronicznymi i lekko niedopracowanymi. Problemem są również potwory. Bazyliszek wygląda jak upośledzony pies, kikimora przypomina lekko przerośniętą jaszczurkę, a złoty smok jest niewiele większy od konia. Niestety tego typu antagoniści nie budzą grozy, a raczej uśmiech politowania. W kwestii graficznej najlepiej prezentują się tła oraz konsekwentny dobór kolorów. Szczególnie wyraźnie widać to podczas sceny, w której Geralt prowadzi dyskusję z łowcami smoków, siedząc przy ognisku. Wszystkie kadry spowija wówczas charakterystyczna pomarańczowa poświata, zmieniając również kolor bohaterów. Wydaje się naturalnym, iż inaczej akcentowane są kadry podróży w pełnym słońcu oraz nocnego polowania na strzygę, ale konsekwencja w stosowaniu określonej palety kolorów, która jednocześnie nie staje się czymś monotonnym, to zdecydowanie element warty podkreślenia.

Muszę jednak przyznać, że mimo problemów z wieloma elementami graficznymi, bawiłem się świetnie. Być może dlatego, że nie jestem wzrokowcem i zdecydowanie przekładam dobrą historię ponad wizualne fajerwerki. Być może dlatego, że usatysfakcjonowały mnie sceny walk oraz dynamicznie rozwijająca się, chronologicznie uporządkowana opowieść. A może po prostu dlatego, że cycki Yennefer były naprawdę spoko - trudno jednoznacznie określić. W każdym razie szczerze polecam - szczególnie fanom Wiedźmina. Jeśli przywykniecie do nietypowego stylu graficznego, to powinniście się bawić naprawdę solidnie. Mi się podobało.


Moja ocena to: 7/10

niedziela, 11 września 2016

Ernest Cline - "Player One"

Świat przyszłości według Ernesta Cline’a nie jest przyjemnym miejscem. Przemysł upadający ze względu na wzrost cen surowców energetycznych, kwitnący korporacjonizm w swej najokrutniejszej formie, wciąż rosnące różnice pomiędzy szalenie bogatymi oraz ekstremalnie ubogimi, czy wreszcie zamykanie się ludzi na świat rzeczywisty i ich ciągła ucieczka w symulowaną rzeczywistość OASIS - świat awatarów, w którym możesz być kim chcesz, w rzeczywistości, która najbardziej Ci odpowiada. Wszystkie te elementy tworzą tło historii osadzonej w 2044 roku.

W tych właśnie realiach poznajemy Wade’a - osiemnastolatka z lekką nadwagą oraz ogromną smykałką do komputerów - człowieka specjalizującego się w zdobywaniu wiedzy o świecie OASIS. Wade jest ponadto jajogłowym. Jeśli ten termin jest dla Was o tyle obcy, co intrygujący, to już tłumaczę - jajogłowi stanowią grupę pasjonatów zaangażowanych w poszukiwanie mitycznego jaja Hallidaya (tak, wiem jak to mogło zabrzmieć). Halliday, twórca OASIS, ukrył bowiem w swoim programie easter egga (co zresztą wydawało mi się komiczne, przetłumaczonego w polskiej wersji językowej na jajo wielkanocne), element pozwalający zdobywcy przejąć całkowitą kontrolę nad wartą wiele miliardów dolarów wirtualną rzeczywistością. Zdobycie jaja Hallidaya nie należy jednak do zadań najprostszych. W tym celu należy wcześniej przejść przez serię testów i rozwiązać kilkanaście zagadek związanych z umiłowanymi przez twórcę OASIS latami 80-tymi. Ich zakres jest zaś bardzo szeroki - by podołać zadaniu należy więc posiadać zarówno wiedzę związaną z grami komputerowymi, rozwojem środowiska internetowego, serialami, filmami, czy wreszcie muzyką lat osiemdziesiątych. Zagadki oparte na posiadaniu ściśle geekowskiej wiedzy, prowadzić zaś mają do kontroli nad największym biznesem prognozowanej przyszłości.

Do rywalizacji stają więc całe zastępy jajogłowych. Wade, stanowiący głównego protagonistę opowieści, zawiązuje z czasem przymierze łączące inne wybitne osobistości tego świata - poszukiwaczkę przygód i blogerkę Art3mis, jego najlepszego przyjaciela Aecha, czy wreszcie samurajski duet Japończyków - Shoto oraz Daito. Łączy ich nie tylko ogromne zaangażowanie w poszukiwania, czy świetna znajomość lat 80-tych, ale także niezwykle istotna dla OASIS misja - konieczność odnalezienia jaja Hallidaya przed korporacją IOI, której funkcjonariusze pod przywództwem demonicznego Sorrento pragną skomercjalizować ostatnią wirtualną ostoję wolności.  

I muszę przyznać, że nawet jeśli ten zarys fabularny nie wydaje Wam się zbyt atrakcyjny, to książka jest zaskakująca wciągająca. Nie tylko ze względu na bardzo przyjemny w odbiorze styl autora (Player One czytało mi się jednym tchem, co nawet momentami przywodziło na myśl czasy, gdy zapoznawałem się z serią o Harrym Potterze), pozwalający wsiąknąć w niezobowiązujący klimat powieści, jak i liczne smaczki i ciekawostki, których nagromadzenie jest wręcz zaskakujące. Gdy jedni cieszyć się będą wyłapywaniem nawiązań do Pac-Mana inni z radością powitają te dotyczące wczesnych gier tekstowych, takich jak Zork. Choć z pewnością spotkacie tu wiele elementów kultury lat osiemdziesiątych, o których w życiu nie słyszeliście, to najprawdopodobniej i tak znajdziecie tu coś dla siebie. Wobec wartko toczącej się historii pełnej akcji, wyłapywanie nawiązań staje się zabawą dodającą smaku, ale przy tym nie jest niezbędne do cieszenia się przygodami bohaterów w OASIS.

Choć czasem opowieść o losach Wade’a i jego drużyny przypominała mi trochę literaturę młodzieżową, muszę przyznać, że od dawna nie bawiłem się tak dobrze. Mimo iż na ocenę ma również wpływ swego rodzaju prywatna sentymentalna podróż w przeszłość, ściśle związana z tą lekturą (w moim przypadku do lat dziewięćdziesiątych, gdy z ogromnym opóźnieniem miałem okazję poznawać amerykańskie seriale oraz pierwsze gry na Pegasusa, stworzone przecież już wiele lat wcześniej), myślę, że nawet młodsi czytelnicy kochający geekowskie klimaty, będą zadowoleni.


Moja ocena to: 8/10      

niedziela, 4 września 2016

"Ruch oporu w Europie 1939-1945" (red. Philip Cooke, Ben H. Shepard)

Działalność ruchu oporu powstałego w państwach znajdujących się pod okupacją Trzeciej Rzeszy, jest tematem nie tylko kontrowersyjnym, ale także niezwykle interesującym. Akcje dywersyjne wymierzone w niemiecki przemysł zbrojeniowy, zamachy na prominentnych wojskowych oraz urzędników nazistowskich, tworzenie podziemnych struktur organizacyjnych i wreszcie liczne akty indywidualnego bohaterstwa partyzantów, sprzeciwiających się dyktaturze państw osi, to tematy, o których powstawały liczne, wyspecjalizowane pod kątem przedmiotowym publikacje. Philip Cooke i Ben Shepard podjęli się zaś iście syzyfowego zadania - zredagowania książki łączącej stosunkowo krótkie charakterystyki ruchów oporu we wszystkich okupowanych państwach Europy. Wyszło tak, jak możecie się domyślać - do dupy.

Z książkami pod redakcją często jest tak, jak ze zbiorami opowiadań. Znajdziemy tu oczywiście teksty lepsze, jak i te zdecydowanie gorsze. Niestety przewaga wypracowań niesamowicie suchych, stawiających na cyfry, nazwy organizacji i próby statystycznego usystematyzowania ludzkich losów, nad opowieściami o rzeczywistym przebiegu wydarzeń, jest tu zbyt mocno zauważalna. Dość powiedzieć, że najwięcej informacji zapamiętałem z niezłego tekstu dotyczącego ruchu oporu w Czechach (tak, rzeczywiście coś takiego istniało), przyzwoitego streszczenia informacji dotyczących tego typu struktur w Grecji, zupełnie neutralnych jeśli chodzi o poziom „czytalności” tekstów dotyczących Włoch, Związku Radzieckiego i Jugosławii.

Zupełnie zaś nie rozumiem koncepcji szczegółowego przedstawienia sposobu organizacji ruchu oporu w państwach takich jak Belgia, Holandia, Francja, czy kraje Skandynawii (swoją drogą czytałem już o współpracy SAS z norweskim ruchem oporu i książka ta była o niebo ciekawsza). Opisy działalności antyfaszystowskiej w powyższych krajach, zamykały się we wspomnieniu kilku akcji wymierzonej w Niemców oraz długiego rozwodzenia się nad wpływem obecności ruchu oporu na morale obywateli w okresie powojennym. Krótko mówiąc autorzy wskazują jak bardzo nieskuteczny, nieliczny, ale przy tym istotny dla poczucia godności obywatelskiej, był opór stawiany nazistom w opisywanych przez siebie regionach.

Przy tym największe organizacje tego typu (Polska, Jugosławia, Związek Radziecki) opisywane są często krócej oraz dość tendencyjnie - niestety z tekstów tych nie można wyciągnąć zbyt wiele ciekawych, podanych w atrakcyjny sposób informacji. Ot, był sobie w Polsce ruch oporu, jeden z największych w Europie, odpowiedzialny za jakieś tam ataki na Niemców i powstanie w 1944. Nie lubili się z ruskimi, więc Ci ich nie wsparli podczas Powstania Warszawskiego i w sumie po co drążyć temat... Cóż, z całą pewnością w ogromnym stopniu wymusza to format książki, która aspiruje do miana leksykonu zawierającego kilka stron o każdej tego typu organizacji w Europie. Ale jeśli słyszeliście powiedzenie o tym, że jeśli coś jest do wszystkiego, to zwykle jest do dupy (czy jakoś tak), to możecie już wyrobić sobie całkiem niezłe pojęcie o wartości tej książki.   

Cóż - nie polecam jej w innych celach, niż czysto naukowe. Jeśli potrzebujecie na półce zbioru dotyczącego tego tematu, leksykonu w którym znajdziecie potwierdzone, aczkolwiek niesamowicie suche i nieatrakcyjnie podane informacje dotyczące oporu we wszystkich okupowanych państwach Europy, to książka Cooke’a i Sheparda zapewne spełni Wasze oczekiwania. Jeśli chcecie mieć przyjemność z poznawania historii, musicie niestety poszukać czegoś innego.


Moja ocena to: 5/10

wtorek, 30 sierpnia 2016

Slasher s01

Osiem odcinków krwistego horroru, serialowa antologia opowiadająca o bezwzględnych mordercach i ich ofiarach, to koncepcja do której nie trzeba mnie szczególnie mocno przekonywać. Dlatego też gdy trafiłem na recenzję Slashera, od razu wiedziałem, że prędzej czy później będę go musiał obejrzeć. I choć ostatnio nie spędzałem przy serialach zbyt dużo czasu, tę produkcję „połknąłem” błyskawicznie.

Już na wstępie przyznaję, że wbrew temu, co wynikałoby z otwierającego akapitu, nie jest to wcale dobry serial. Wypisywanie wszystkich drobiazgów, które nie zagrały, problemów natury czysto technicznej, czy tych związanych z kulawym scenariuszem, zajęłoby pewnie sporo czasu. Mimo wszystko historia Sary Bennett, powracającej po latach do domu, w którym brutalnie zamordowano jej rodziców, sprawiła mi naprawdę sporo frajdy.
"Nie płacz Ewka, bo tu miejsca brak..."
Przede wszystkim należy zaznaczyć, że jest to doświadczenie czysto rozrywkowe. Nie wymaga od widza zbyt wiele, więc nieraz łapałem się na tym, że odwracam wzrok od ekranu, by dopiero po dwóch minutach przypomnieć sobie, że to nie czas na rysowanie wzorków w osiadłym na biurku kurzu, bo przecież oglądam serial. I choć wydaje się, że jest to sporą wadą (jak można doceniać coś, co do końca nie przykuwa Twoją uwagę?!), to w tym przypadku okazywało się całkiem znośne. Mogłem kompletnie bezstresowo oglądać serial, gotować obiad, czytać książkę i grzebać w nosie (wszystko jednocześnie!) i przy tym wciąż nieźle się bawić (aczkolwiek obiad smakował dziwnie).

Bawiłem się zaś nieźle, bo historia przedstawiona w Slasher ma pewien potencjał. Nie tylko polegający na odkrywaniu tożsamości mordercy, ale również na odsłanianiu ciemnych sprawek ukrywanych zawzięcie przez lokalną społeczność. Małomiasteczkowy klimat, bezwzględny morderca oraz zagadka z przeszłości zostały dodatkowo polane sosem pornografii, radykalizmu religijnego oraz dziennikarskiego śledztwa. W każdym razie dzieje się tu sporo.
"Ale w koło jest wesoło..."
Chcąc wspominać o rzeczach, które przypadły mi do gustu, musiałbym zwracać uwagę na poszczególne sceny. Oczywiście, jak słusznie się domyślacie, sceny morderstw. Te zostały zaprojektowane na tyle solidnie i różnorodnie, że spokojnie mogę zapisać je do plusów całej produkcji. Ludzie zjadani żywcem, cięci na kawałki, czy topieni, nie walczą może o życie przesadnie realistycznie (szczególnie rażą niektóre głosy postaci i nienaturalne krzyki w momentach kulminacyjnych), ale za to po rozczłonkowaniu wyglądają naprawdę dobrze (to znaczy naprawdę źle, ale wiecie, o co mi chodzi :P).

Poza tym mamy też mnóstwo wspomnianych już wad. Kompletnie drętwe aktorstwo, nieprzekonująca, przerysowana postać antagonisty, kuriozalne wpadki na drugim planie oraz momentami irytująca główna bohaterka - czego chcieć więcej? Dziur w scenariuszu? Durnych zachowań ze strony wielu kluczowych postaci? A może cenzury piersi nałożonej na obrazki rysowane przez szaleńca wokół którego krąży cała historia (co swoją drogą jest idiotyczne, bowiem dawka przemocy jaką przyjdzie nam oglądać, sugeruje tylko jedną możliwą kategorię wiekową)?  W każdym razie dostaniecie to wszystko, a jeśli macie lepsze oko niż ja, to prawdopodobnie wychwycicie o wiele więcej tego typu detali.
"Każdy oddech twój, każdy ciała ruch, każdy serca chłód, każdy krok twych stóp - ciągle widzę Cię!"
Cóż - analizując te wszystkie aspekty nasuwa się tylko jeden możliwy wniosek: to nie jest dobry serial. A mimo wszystko interesująca fabuła polana slasherowym sosem pozwoliła mi cieszyć się nim zaskakująco mocno. Wiem, że nie powinienem tego pisać, że nie powinienem nawet sugerować, że to się może komukolwiek podobać, ale...jestem naprawdę zadowolony, że zdecydowałem się go obejrzeć. Ba, z niecierpliwością czekam na drugi sezon po cichu licząc, że twórcy zbiorą teraz niezbędne doświadczenie, by za kilka miesięcy zaoferować nam drugą, pociętą na epizody historię, która nie powieli błędów poprzedniczki. Trzymam kciuki jak cholera.


Moja ocena to: 6,5/10