czwartek, 28 stycznia 2016

Bone Tomahawk (2015)

Mój gust filmowy jest dość specyficzny - chyba trudno to ukryć. Nie przeszkadzają mi ani nieśpiesznie opowiadane historie, ani jakakolwiek brutalność - najlepiej kompletnie bezzasadna, wprowadzona wyłącznie ku uciesze widzów przejawiających podobne skłonności. Nie dziwcie się więc, że Bone Tomahawk bardzo mi się spodobał.

Historia pani doktor porwanej przez plemię kanibali, na ratunek której wyrusza grupa mężnych śmiałków, nie należy być może do odkrywczych. Długa podróż pełna piętrzących się przeciwności, ciekawe postacie, a do tego gatunkowy kocioł, w którym znajdziemy zarówno odrobinę komedii, trochę więcej horroru i w cholerę klasycznego westernu, pozwalają jednak przymknąć oko na mało ambitną opowieść. Do tego więcej niż solidna obsada, z takimi aktorami jak Kurt Russell, Richard Jenkins, Matthew Fox, czy Patrick Wilson na czele, dają jeszcze większą radość z tej przygody.

Moim zdaniem reżyser, Craig Zahler, idealnie wymierzył proporcje swojej produkcji. Oczywiście pojawią się liczne słowa krytyki, dotyczące powolnego budowania tempa akcji, ale głównie ze strony osób posiadających filmowe ADHD. Osób, które wychowały się na produkcjach przepełnionych akcją, która ma im być zaserwowana tu i teraz, a jak nie ma wybuchów i strzelanin, to "oni to pierdolą, bo film jest słaby i koniec". Ale nie odbiegajmy od tematu. Tym bardziej, że gdybym napisał o braku strzelanin, zresztą bardzo solidnie i realistycznie przedstawionych, to odrobinę skrzywdziłbym ten film. Trudno bowiem ukryć, że moment kulminacyjny, pierwszy rozbłysk ogromnych emocji, pojawia się dopiero po jakiejś godzinie seansu. Pierwsza część usypia widza, stanowi drogę do celu, buduje napięcie. Dlatego też pierwsze elementy gore, pojawiające się znienacka, bardzo solidnie walą widza po mordzie. Od tego momentu zaczyna się dziać coraz więcej. Rzucane tomahawki, fruwające w powietrzu strzały, błyski wystrzałów, stają się coraz powszechniejsze z każdą minutą. Ba, w powietrzu latają nie tylko pociski, ale także ucięte kończyny, których widzom zdecydowanie nie pożałowano.

Warto także wspomnieć o charakterach naszych bohaterów. Kowboj z okaleczoną nogą, ruszający na ratunek swej żonie (Patrick Wilson), stary zastępca szeryfa, który nie ma już nic do stracenia (Richard Jenkins),  "emerytowany" morderca Indian, dżentelmen, szalenie bezwzględny w swych działaniach, a do tego jedna z moich ulubionych postaci (Matthew Fox), czy wreszcie twardy szeryf, grany głównie przez zajebistą brodę Kurta Russella. Cóż, choć mam pewne zarzuty dotyczące niektórych, wielce bezsensownych dialogów, to zwyczajnie dobrze patrzyło mi się na tych ludzi i nie mam do nich żadnych zastrzeżeń. Może tylko odrobinę do Patricka Wilsona, który niekiedy zupełnie bezsensownie mówił do siebie, a odgrywane przez niego sceny cierpienia, nie były dla mnie zbyt przekonujące.  

Jak już wspomniałem przypieprzyć można się wyłącznie do samej historii. Trudno też ukryć, że nadawanie tej produkcji miana horroru, jest działaniem zdecydowanie na wyrost - to opowieść brutalna i krwawa, ale w żadnym momencie nie wywołuje przerażenia. Pojawiają się niewielkie zgrzyty przy roli Patricka Wilsona, niektórzy z pewnością podkreślą także, że ujęcia ciągną się zbyt długo. 

Na wszystkie te wady udało mi się jednak przymknąć oko, więc nie raziły mnie w żaden znaczący sposób. Oczywiście nie jest to arcydzieło, film szalenie ambitny, czy nowatorski, ale według mnie warto go zobaczyć, bowiem dostarcza masę wrażeń oraz całkiem sporo frajdy. Nie widziałem chyba równie dobrego westernu od czasów Django, choć przyznam, że mam w tym gatunku spore braki (np. Nienawistna Ósemka wciąż na mnie czeka :()

Podsumowując: polecam! Film, szczególnie dla miłośników westernów, będzie jak znalazł. Choć bawiłem się świetnie, to ze względu na schematyczność i kilka słabszych momentów, nie mogę wystawić wyższej noty:


Moja ocena to: 7/10

Ps. Plakat jest cudownie oldschoolowy - wygląda jak z innej epoki, co według mnie jest wspaniałym rozwiązaniem :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz