czwartek, 14 stycznia 2016

Stephen King - "Rose Madder"

Historie Stephena Kinga są niesamowite. Trudno powiedzieć, czy wpływ ma na to jego niezwykle barwny styl snucia opowieści, świetne portrety psychologiczne bohaterów, czy może element grozy, który przedstawiany jest zwykle z wyczuciem godnym pozazdroszczenia. A może to właśnie suma tych czynników stanowi gratkę nie tylko dla miłośników powieści z dreszczykiem, ale także dla tych spragnionych dobrej, wciągającej opowieści, w której główną rolę odgrywało będzie tło społeczne, a nie elementy fantastyczne. Rose Madder powinna zadowolić każdą grupę czytelników, choć prędzej ktoś ugryzie mnie w język, niż stwierdzę, że jest to powieść bez wad.

Rose Madder opiera się na niesamowicie ciekawej koncepcji, której w wielu innych wydaniach raczej bym nie "łyknął". Otóż nie przepadam za historiami, w których maltretowane kobiety opowiadają o swoich przeżyciach w pełnych przemocy małżeństwach. Z jednej strony boli mnie w nich sama sytuacja, która wrażliwego czytelnika potrafi doprowadzić do białej gorączki, z drugiej zaś naiwność kobiet, które po latach bicia i poniżania zaczynają traktować to jako naturalną sytuację lub co gorsza wierzą, iż ich małżonek może się zmienić. Tę pozycję traktowałem za to zupełnie inaczej. Z jednej strony miałem świadomość, że jest to wyłącznie fikcja literacka, z drugiej zaś Rose Daniels okazała się świetną bohaterką, której nie tylko współczułem, ale też podziwiałem. Otóż po czternastu latach straszliwego małżeństwa Rose budzi się pewnego ranka, by na poduszce odkryć kroplę krwi - pamiątkę razów, które spadały na nią przez tak długi czas. Jest to moment przełomowy, moment w którym Rose powie stanowcze dość i wyjdzie z domu w poszukiwaniu lepszego życia. Wyjdzie z domu zabierając ze sobą kartę kredytową swojego męża - Normana. Problem w tym, że Norman jest policjantem, który nie tylko uwielbia bić słabszych, ale ma też niezwykły talent do odnajdywania ludzi...

King w mistrzowski sposób kreuje postać głównej bohaterki. Od zahukanej, przestraszonej kobiety bojącej się własnego cienia, przez odnoszącą sukcesy zawodowe, ale wciąż niepewną swoich możliwości pracownicę, aż po przepełnioną wściekłością i pragnącą zemsty Rose - Rose Madder. I właśnie sposób konstruowania bohaterów uznałbym za kluczową zaletę tej powieści. Zdecydowanie bryluje tu Rose, ale należy także wskazać na niezłe przedstawienie jej męża - Normana. Gość jest niesamowicie jednowymiarowy, ale sposób w jaki udało się przedstawić mordercę powoli tracącego zmysły i tak zasługuje na najwyższe uznanie. Od początku wiemy, że Norman jest szalony - jazda bez trzymanki zaczyna się jednak wtedy, gdy traci on kontrolę nad tym, co robi, gdy w coraz bardziej dosłowny sposób zamienia się w potwora. Ani przez moment czytelnik nie zapomina, że Norman jest bestią, zdolną posunąć się do absolutnie wszystkiego.

Chyba po raz pierwszy użyję tego stwierdzenia w kontekście Stephena Kinga, ale największą wadą tej powieści jest element fantastyczny. Element, który okazał się na tyle nieistotny wobec całości opowieści, że spokojnie można go było sobie darować. Walka Rose z Normanem mogła rozgrywać się wyłącznie w świecie rzeczywistym i książka z całą pewnością by na tym nie straciła. Ba, to właśnie działania mordercy w "naszych" realiach, były najbardziej emocjonujące i przepełnione grozą. Sam finał również mógł się zakończyć  bez potrzeby angażowania ponadnaturalnych sił. Fakt, można zauważyć, że wątek ten był głęboko nasycony symboliką i jak się okazało dobrze współgrał z główną osią fabularną, ale nie okazał się równie interesujący, co reszta historii.

Mimo wszystko nie rozczarowałem się tą lekturą. Książkę czytało mi się bardzo szybko, akcja, choć jak przystało na Kinga rozwijała się dość wolno, mocno angażowała, sama konstrukcja bohaterów była zaś na tyle dobra, bym mógł się z nimi z powodzeniem utożsamiać. Ponadto przez cały czas spędzony z powieścią mistrza, szczerze kibicowałem Rose w jej zmaganiach. I choć nie jest to najlepsza powieść Kinga z jaką miałem do czynienia, uważam, że w pełni zasługuje na notę, jaką jej przyznaję.


Moja ocena to: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz