piątek, 5 lutego 2016

Eric Garcia - "Windykatorzy"

Myśleliście kiedyś o tym, że warto byłoby zmienić coś w swoim życiu? I nie, nie obawiajcie się, to nie jest wstęp do moralizatorskiej rozprawki w stylu "weź życie w swoje ręce" - broń Boże. Chodzi o banalną kwestię transplantacji sztucznych organów - nic tak wymagającego jak przejście na dietę, czy dbanie o własny rozwój intelektualny - są pewne granice jeśli chodzi o rzeczy, których mógłbym od Was wymagać. Ale pomyślcie: czy sztuczny żołądek, który kurczy się kiedy chcecie, nie byłby fajnym pomysłem? Albo nerki, które sprawiają, że sika się na różne kolory - pomyślcie tylko, jakie możliwości podobny bajer dałby jego użytkownikowi? Szczególnie w zimie... Na podobny pomysł wpadł Eric Garcia, przedstawiając w Windykatorach biznes transplantacji sztucznych organów, jako śpiew niedalekiej przyszłości.

Narratorem jest facet, który swego czasu pracował jako windykator. Jego zadaniem było odbieranie sztucznych organów od osób, które zalegały ze spłatą niesamowicie wysoko oprocentowanych kredytów. Robota prosta i niesamowicie satysfakcjonująca - namierzyć, uśpić, skonfiskować. Tak było do czasu, gdy nasz bohater sam nie stał się zwierzyną. Klasyczna historia - jedna robota, jeden nieszczęśliwy wypadek i odtąd trzeba spłacać sztuczne serducho. A poza tym także alimenty dla czterech byłych żon. Achh, aż chciałoby się powtórzyć w tym momencie kwestię, wypowiedzianą przez jednego z bohaterów Bone Tomahawk - "mądrzy faceci się nie żenią"

Przytoczyłem Wam historię, ale chciałbym uniknąć pytań dotyczących tego, czy książka ma charakter wybitnie  moralizatorski, czy skupia się może na problemie przeszczepów i etycznym wymiarze, jaki podobne działania mogą ze sobą nieść? Żeby odpowiedzieć krótko i zwięźle, a przy tym stanowczo i nie tracąc nic z istoty poruszonego problemu, odpowiem: za chuja. To wciąż prosta, czasem zabawna historia życia twardego gościa, która być może zahacza o bardziej znaczące problemy, ale nie ma przy tym żadnych ambicji do babrania się w filozofii.

I w dodatku czasem okazuje się dość nudna. Nie mam specjalnego problemu ze skakaniem pomiędzy kilkoma planami czasowymi, ale opowieści narratora dotyczące jego byłych żon, miałem naprawdę w...ekhm...powyżej uszu. Fragmenty te były nużące i zdecydowanie nie przystoją typowo rozrywkowej powieści. W takich momentach szczególnie mocno uderza brak akcji, ba, brak nawet porządnie skonstruowanych scen łóżkowych (wyjaśniam zboczuchy - nie jestem jakimś wielkim fanem takowych, ale czasem popychają...fabułę do przodu). Wszystko sprowadza się do tego, co która żona zabrała w momencie rozwodu, czy też która z nich chciała zapisać naszego bohatera na konsultacje u psychologa.

Podobać się może za to konstrukcja świata. Slang windykatorów, jakkolwiek często wydaje się bzdurny, zapewne ze względu dość dziwne tłumaczenie, dodaje realizmu. Nazwy producentów organów, firm zajmujących się dystrybucją, czy krótkie historie powstania całego biznesu, zręcznie wplecione w opowieść, sprawiły, że świat Windykatorów stał się bardziej żywy i wiarygodny. Plusem jest też z pewnością cena, bowiem książkę można dziś upolować taniej, niż otwieracz do konserw (tak, sprawdziłem, bo jestem dziwny). Za jakieś osiem złociszy możecie dostać całkiem solidną, choć zdecydowanie nie genialną opowieść - rozważcie we własnych duszyczkach, czy jest to biznes wart Waszego czasu i pieniędzy.

Moja ocena to: 6/10


Ps. Tak, oglądałem film. Nie, nie pamiętam go za dobrze. Tak, wiem, że grał w nim Jude Law. Tak, lubię tego aktora. I nie, nie wiem, czy film jest lepszy od książki. Gdybyście mieli jakieś wątpliwości dotyczącego mojego stosunku do kinowej wersji, to śmiało nie pytajcie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz