niedziela, 21 lutego 2016

"Festung Breslau" - Marek Krajewski

Wrocław, miasto ponoć piękne i atrakcyjne, wręcz po brzegi wypełnione wspaniałymi kobietami, które wyrosły na węglu i czarnym chlebie, raj górników i złomiarzy, miejsce tak okrutnie złe, że nawet Mongołowie, bitny i odważny lud, stwierdzili swego czasu, że pierdolą zamek we Wrocławiu i wycofali się spod niego nie podejmując walki. Na szczęście zapobiegliwi mieszkańcy Wrocławia sami wcześniej spalili swoje miasto, co dowodzi z jak twardymi sukinsynami mamy do czynienia.

W powieści Krajewskiego Wrocław umieszczony został w zupełnie innym okresie historycznym. Końca dobiega właśnie II Wojna Światowa. Rosjanie napierają na resztki niemieckich oddziałów, gwałcąc przy tym wszystko, co jeszcze ma puls, albo miało go  kilka godzin temu. Na tle tych wydarzeń swoje śledztwo prowadzi Eberhard Mock. Szwabina, ale taka z dobrym serduszkiem, co to jego motywacją jest wyłącznie wyjaśnienie zagadki. Nie jest to może najprzyjemniejszy facet na ziemi, ale wbrew pozorom nie budzi też antypatii. Jest odważny i bystry, choć czasem zdarza mu się podejmować decyzje, co do których pozostawałem dość sceptyczny.

Zaznaczmy na początku, że jest to czwarta część serii, a nie czytałem żadnej poprzedniej. Być może lepiej zrozumiałbym wtedy motywacje głównego bohatera i jego charakter. Nie ulega jednak wątpliwości, że mamy do czynienia z inspektorem, który kompletnie wyjebane ma na to, co się stanie z jego żoną podczas ataku ruskich. Dookoła wojna, wybuchy, kamienice trzęsą się w posadach, a ten popierdala po mieście i kanałach, rozwiązując zagadkę jednego morderstwa - bo tak. Szczególnie śmiesznie wypadają więc sceny, w których Mock przychodzi do domu i słucha lamentów żony. Ta prosi go, by zgodził się na ewakuację, pakuje mu graty do walizek, żeby to przyśpieszyć, ba, nawet głowa przestaje ją boleć i godzi się na seks (choć o namiętności trudno tu mówić). A co na to Mock? Niezrażony robi groźną minę, rzuca jakiś tekst o tym, że ma swoje obowiązki i... dalej popierdala po mieście. Muszę przyznać, że mimo kilku scen, w których wojna bezpośrednio dotykała naszego bohatera, nie czułem jakoś tego klimatu zaszczucia i ciągłego zagrożenia. Zakończenie również jest nieco naciągane i zostawia czytelnika z pytaniami, dotyczącymi możliwości znacznie wcześniejszego wykorzystania zgromadzonych przez bohatera materiałów dowodowych.

Na plus wypada za to zagadka. Ciekawa, misternie skonstruowana, solidnie pokręcona, pełna motywów religijnych i przede wszystkim trzymająca w napięciu. Do tego odrobina brutalności, styl autora, pozwalający z przyjemnością śledzić poczynania naszego komisarza oraz ewidentne próby solidnego odtworzenia ówczesnych realiów (co oczywiście bardzo się ceni), sprawiają, że jest to całkiem solidna pozycja na kilka wieczorów.

Podsumowując: nie spodziewajcie się cudów, ani ogromnych kontrowersji. Niemcy generalnie są tu źli, kobiety generalnie są wredne, a dzieci z pistoletami są generalnie niebezpieczne. Nie dowiecie się niczego, czego nie wiedzielibyście już dzisiaj. No, może Wrocław jest obecnie odrobinę ładniejszy, ale trudno powiedzieć, czy to ze względu na liczbę zamieszkujących go Niemców, czy odbudowę miasta po wojnie... Na pewno zapytacie, czy mam zamiar kontynuować swoją przygodę z Krajewskim i jego osławionym cyklem? W takim razie z przyjemnością zaznaczę, że nie powinniście wtykać nosa w nie swoje sprawy, ale jak już koniecznie musicie wiedzieć, to odpowiem konsekwentnym, zdecydowanym i niezwykle stanowczym: być może.


Moja ocena to: 6,5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz