piątek, 4 marca 2016

Fiodor Dostojewski - "Biesy"

W każdym z nas siedzi diabeł. Bies, czort, czy inne cholerstwo nieustannie wodzące na manowce i sprawiające, że każda, nawet najszlachetniejsza intencja rozbija się o twardy mur rzeczywistości. Świetnie wiedział o tym pewien nałogowy hazardzista, nieznoszący Polaków rosyjski nacjonalista, ale co istotniejsze - mistrz słowa pisanego - Fiodor Dostojewski. Jeden z niewielu antyliberałów, konserwatystów i monarchistów, który po dziś dzień ceniony jest na całym świecie.

Biesy to wielowątkowo opowieść o tym, co w ludziach najgorsze. Bezbłędna karykatura wielkich ideowców, zachłyśniętej zachodem, ale niedokształconej inteligencji rosyjskiej, rewolucjonistów odrzucających wszystkie dotychczasowe wartości, czy też ich oponentów, równie bezbarwnych, tchórzliwych oraz bezproduktywnych, prowadzących swą politykę wyłącznie kierując się własnym zyskiem i utartymi, nic już nie znaczącymi frazesami. Poza tym jest to niesamowicie przenikliwa zapowiedź kolejnego wieku, strasznego okresu rewolucji, totalitaryzmu i przemocy, w imię bliżej niesprecyzowanego dobra całego społeczeństwa. Fabuła jest tu na tyle skomplikowana, że nie chciałbym zanadto zdradzać. Wystarczy Wam ogólny zarys - wątków tu zresztą tyle, że spokojnie można by nimi  obdzielić kilka książek (co zaskakuje tym bardziej, że akcja toczy się naprawdę nieśpiesznie). Jest tu oczywiście dominujący motyw polityczny, jest też jednak nieszczęśliwa miłość. Są rozważania dotyczące moralności, jak i roli Boga w życiu człowieka, czy nawet całego społeczeństwa. Poza tym jest też śmierć - dużo śmierci.

Nie chciałbym w kontekście nieżyjącego już pisarza, klasyka, którego niezwykle szanuję, używać słowa "zajebisty", ale cóż, pasuje ono całkiem nieźle. Jakkolwiek nie jest to łatwa lektura, wymagająca zarówno szczypty inteligencji (na szczęście nie więcej, bo dysponuję tylko tą szczyptą, a i tak ledwo sobie radziłem), odrobiny wiedzy, jak i dużej dozy skupienia, to od dawna nie miałem w rękach czegoś tak satysfakcjonującego. Każdy moment, w którym trafnie odczytałem ironię, załapałem wymagający żart, czy choćby jakiekolwiek małe nawiązanie do kultury rosyjskiej (dzięki Ci Boże za przypisy, które tak często mnie w tej kwestii ratowały), czułem się...dobrze. Jak gdyby wykształcenie zdobywane przez lata, w końcu miało jakiś sens. I to nie w taki pretensjonalny sposób, że autor przysrywał jakimiś tajemniczymi nawiązaniami tylko po to, by zakłopotać czytelnika. Nie, tu wszystko składało się na spójną całość i nawet gdy rozmowa toczyła się w gronie inteligencji, miała sens, wpisywała się w ogólny kontekst i budowała klimat książki. Właśnie - warto zauważyć, jak zgrabnie Dostojewski ukazał różnice klasowe tylko i wyłącznie przez sposób wysławiania się ich przedstawicieli.

Do tego należy zaznaczyć, że Fiodor stworzył całą galerię świetnych postaci. Tajemniczy "książę" Stawrogin, jego matka, twarda bogaczka - Warwara Pietrowna, Stiepan Wierchowieński, zapatrzony w zachód, bierny utrzymanek Warwary, jego syn Piotr, rewolucjonista, niejako symbolizujący ewolucję poglądów ojca, piękna szlachcianka - Lizawieta Nikołajewna, czy chora psychicznie i maltretowana przez brata Maria Timofiejewna. I oczywiście wielu, wielu innych. Trudno nawet opisywać poszczególnych bohaterów, bowiem jest to książka bez pierwszoplanowej postaci. Tu nawet facet krzątający się gdzieś na drugim planie, może mieć ogromny wpływ na przebieg wydarzeń, co biorąc pod uwagę liczbę takich osób, jest niezwykle intrygujące.

Mógłbym pisać o samych zaletach naprawdę długo. Ba, po kolejnym przeczytaniu tej książki, dopisałbym jeszcze kilka. Są jednak także elementy, które o mały włos nie skłoniły mnie do porzucenia lektury po kilkudziesięciu stronach. Otóż przyczyną tego, był właśnie ten, chwalony przeze mnie przed chwilą, szeroki wachlarz postaci. Zostały one przedstawione tak szybko i chaotycznie dla polskiego czytelnika, że jeszcze po trzystu stronach lektury zdarzało mi się mylić bohaterów. Otóż zdarzało mi się na przykład zapomnieć, że Stawrogin, to syn Warwary, o której zwykle pisano Warwara Pietrowna, a pomijano jej drugie nazwisko - Stawrogina. Podobnie było ze Stiepanem Trofimowiczem i jego synem - Wierchowieńskim. Daria Pawłowna czasem bywała Daszą, Maria Timofiejewna bywała Marią Lebiadkin, o Andrzeju Antonowiczu niejednokrotnie pisano tylko Von Lembke i nie byłoby w tym nic konfundującego, gdyby nie jego żona, która również przyjęła nazwisko męża. Gdy te wszystkie patronimiki zostaną rzucone na czytelnika, w czasie zaledwie kilku początkowych rozmów, to połapanie się w tym wszystkim zajmuje sporo czasu i wymaga dużego skupienia - odradzam więc rozpoczynanie przygody z tą powieścią w stanie skrajnego wyczerpania (i odkładania lektury, by powrócić do niej po kilku dniach, co niestety mam w zwyczaju).  

Podsumowując: jest to świetna powieść. Nie tylko skłania do przemyśleń, ale też daje ogromną radość, płynącą z możliwości obcowania, z tak dobrze skrojonymi bohaterami, czy też z niesamowicie zaskakującą fabułą. Ba, gdybym był odrobinę inteligentniejszy i oczytany, a małe drobnostki wynikające z mojej ignorancji i niewiedzy nie przyćmiewałyby ogólnego wrażenia, to wystawiłbym jeszcze wyższą notę.


Moja ocena to: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz