wtorek, 8 marca 2016

Ron Leshem - "Twierdza Beaufort"

Twierdza Beaufort, wojskowa baza na terytorium południowego Libanu, z której rozciągają się piękne widoki na zielone pola, zagajniki i lasy cedrowe. Kompleks zabytkowych fortyfikacji i podziemnych umocnień, służący od lat żołnierzom różnych nacji i wyznań. Miejsce fikcyjne, a jednocześnie bardzo prawdziwe, inspirowane setkami podobnych. To właśnie w tym pięknym otoczeniu rozgrywa się dramat izraelskiego oddziału Cahalu, Sił Obronnych Izraela.

Głównym bohaterem powieści jest Erez, dowódca oddziału, narwaniec, facet tak napalony na walkę z terrorystami, że nie waha się złamać rozkazu, by doprowadzić do konfrontacji. Sytuacja ta stanowi dla niego impuls do przeistoczenia się w żołnierza doskonałego. Lidera, który w żadnej sytuacji nie kwestionuje rozkazów, odrzuca strach i sentymenty. Na kartach tej powieści obserwujemy jednak głęboką przemianę, zarówno jego, jak i podporządkowanych mu żołdaków. To droga od twardego, głupiego i zapatrzonego w swój cel cwaniaka, do człowieka myślącego aż za dużo, zastanawiającego się nad sensem podejmowanych działań.

Na szczęście książka jest na tyle dobra, żeby cieszyła mnie jej lektura i na tyle zła, żebym miał się na czym wyżywać w recenzji. Zacznijmy od pozytywów. Przede wszystkim cieszy bardzo realistycznie przedstawiony obraz działań zbrojnych. Z tym autor, jako weteran pierwszej wojny libańskiej, nie miał zbyt wielu kłopotów. Jest wszechobecny smród związany z deficytem wody, są budzące grozę ataki moździerzowe, konwoje zorganizowane według konkretnych założeń taktycznych, czy unoszące się nad głowami śmigłowce, transportujące rannych i dające osłonę piechocie. Życie żołnierzy wypełniają jednak głównie rozmowy, żmudne pełnienie wart i ciągłe oczekiwanie - na kolejny atak, na list od dziewczyny, czy na upragnioną przepustkę. Całkiem spoko. Musze przyznać, że bardzo sprawnie poszło mi czytanie tej lektury - kiedy pojawia się akcja, jest bardzo dynamiczna i nieprzewidywalna, więc oczekuje się jej z niecierpliwością, kiedy bohaterowie ze sobą rozmawiają, są to zwykle wulgarne, mało zobowiązujące dialogi o głupotach, więc tym bardziej nie stanowią wyzwania dla co bardziej ociężałych umysłów. Życie w twierdzy Beaufort, toczy się dokładnie tak, jak można to sobie wyobrazić, mając ogólne pojęcie o realiach służby wojskowej. Finał też był niezły - trochę sentymentalny, ale nie łzawy, także dodaję za niego kolejnego plusika.

Tylko Ci cholernie antypatyczni bohaterowie. Zanim zaczniecie srać ogniem, że jestem antysemitą, czy coś w tym stylu, to zaraz po tym, jak zaznaczę, żebyście walili się na mordę, wspomnę, że wcale nie o to chodzi. Niech to sobie będą Żydzi, nie mam z tym żadnego problemu. Tylko dlaczego to nie są Ci mądrzy i sprytni Żydzi? No wiecie, Ci od telewizji, banków i rządu światowego. Tutaj mamy ludzi zachowujących się jak zwierzęta. Jedyne ich rozmowy opierają się w zasadzie na tym, kto co poruchał, kto jest pedałem i komu dać w mordę. I ten dziwny Erez, który z jednej strony jest prymitywnym dresem, który nie ma problemu w wyśmiewaniu zachowań "pedalskich" u swoich kolegów, później wali tekstami dotyczącymi swoich przyjaciół, że chciałby jeszcze raz spojrzeć im w oczy, uściskać, czy...pocałować. Muszę przyznać, że nawet biorąc pod uwagę orientalną, nieco bardziej ekspresyjną mentalność południowców, byłem cokolwiek rozdarty. Niby nie czyta się tego strasznie źle, ale w momencie, gdy czytelnik uświadamia sobie, że to są Ci sami gościa, co w swej uprzejmości raczą niekiedy zapytać na mieście, czy masz jakiś problem, to spojrzenie na ich oddział troszkę się zmienia.

Podsumowując: to całkiem niezła książka, z dobrze przedstawionymi realiami wojennymi. Ma jednak także elementy głęboko irytujące, choć zapewne zbliżone do tych, które autor miał okazję zaobserwować w czasie swojej służby. Cóż z tego, skoro i tak drażnią czytelnika i nie pozwalają mu rozpłynąć się w lekturze. Tradycyjnie odpuszczam plucie jadem na przestoje, momenty, w których nie dzieje się za wiele, ponieważ tak jak w wielu innych powieściach, tak i tu służyły budowaniu klimatu. Ilość takich sytuacji również nie była przytłaczająco duża. Czy warto? Jeśli lubicie literaturę wojenną, wtedy jak najbardziej. Jeśli chcecie wyłącznie miło spędzić czas i dobrze się bawić, wybierzcie coś innego - to zbyt smutna i przygnębiająca książka, by mogła służyć poprawie humoru.


Moja ocena: 6,5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz