środa, 30 marca 2016

Tu in łan, czyli nadrabianie zaległości

Święta, święta i ten...zaległości. Nie dodawałem żadnych wpisów wyjątkowo długo - nawet jak na mnie. Ale za to dziś będziecie mieli do czynienia z prawdziwą orgią płodności, bowiem zamiast jednego, opiszę aż dwa tytuły. Ale za to bardzo  króciutko, bo nie mogę się przemęczać po tonach żarcia jakie w siebie wrzuciłem w ostatnich dniach. Boję się, że dostanę jakieś kolki i umrę, czy coś, a wiem, że za bardzo byście rozpaczali, bym mógł sobie na to pozwolić. Ale konkrety:

1. Edward Lee - "Sukkub"
Zacznę od kaszany, czyli Sukkuba. Chujowa jest ta książka niemożebnie. Nie ma sensu żebym streszczał Wam fabułę, naprawdę nie ma. Przeczytajcie sobie oficjalny opis. Prawdopodobnie pomyślicie, że nie, to niemożliwe, nie może być przecież aż tak źle, jak można by to wywnioskować z okładki. No kurwa, pewnie, że nie - jest dużo gorzej. Okej, wiele elementów, które w horrorze być powinny, pojawiają się również tu - i to w ilościach hurtowych. Ale żeby powieść trzymała w jakimkolwiek napięciu? Wolne żarty. Otóż gdy na niemal każdej stronie ktoś kogoś gwałci, morduje, sika na mordę, albo obcina genitalia, to o jakim budowaniu napięcia może być mowa? Początkowo myślałem sobie jeszcze: "o, w końcu jakiś odważny autor, co to nie boi się lecieć po bandzie!" Ale z każdą kolejną stroną zamieniało się to w myśli typu: "ja pierdole, no ile można?!" I to właśnie po takich lekturach, można zrozumieć doskonale, dlaczego tak ważne jest mozolne budowanie tła społecznego u Stephena Kinga. Po prostu w innym przypadku wszystko rozbija się o bezsensowną orgię przemocy, która...nudzi. Nie ma w tym sensu, nie ma przesłania, żadnego wniosku, zamknięcia. Niby czyta się to nieźle i szybko, niby nie ma rażących niedociągnięć, ale co z tego, skoro przez połowę czasu, w którym czytałem tę książkę, zastanawiałem się, co ja kurwa robię ze swoim życiem...


2. Ted Bell - "Zamach"

Tu już jest dużo lepiej. Choć autorowi zdarza się niejednokrotnie zapierdolić kliszami z kina akcji, to o dziwo, jest to bardzo strawny kąsek. Jest tu więc silny, ale smutny jak cholera agent MI6, piękna i chętna...do współpracy agentka MI5, dwóch amerykańskich komandosów mających wprowadzić trochę czarnego humoru i dużo nawiązań historycznych. W trakcie opowieści bowiem, nieznany sprawca przygotowuje zamach na księcia Karola. I zaczynają się te wszystkie dzikie teorie, że to Prawdziwa IRA, że Arabowie, że kosmici itd. Nie brakuje odniesień do księżnej Diany, czy śmierci lorda Mountbattena. Fajnie opisane jest zarówno uzbrojenie, jak i metody działania służb specjalnych. Zaskakuje to, że z tego akcyjniaka można się czegoś dowiedzieć, bawiąc się przy tym bardzo dobrze. Cóż, nie spodziewałem się tak miłej niespodzianki, sądząc raczej, że to będzie druga książka do szybkiego zjechania. A tu proszę - to co mówili o nie ocenianiu książki po okładce, znalazło w końcu swoje zastosowanie. Oczywiście są gorsze momenty, jakieś niewielkie przestoje, za dużo patosu, ale gdybym nie wiedział, kto jest autorem, to w jakimś gorszym dniu, pewnie byłbym gotów przyznać, że to książka Clancy'ego, albo jakaś starsza pozycja Folletta. Miłośnikom sensacji mogę ją zdecydowanie polecić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz