niedziela, 24 kwietnia 2016

DC's Legends of Tomorrow (2016)

Straciłem na ten serial wystarczająco dużo czasu, by rozprawić się z nim w tekście krótkim i słowach często uważanych za niecenzuralne. Bo co dobrego można powiedzieć o DC's Legends? Że ma czasem niezłe efekty specjalne? Że występuje tu sporo nawiązań do mniej znanych komiksów z uniwersum DC? Że Dominic Purcell jest stosunkowo przyzwoitym Heat Wavem? No w sumie tak - i to by było na tyle.

Fabuła oparta na podróżach w czasie, jest, nie bójmy się użyć tego słowa - zjebana. Pełna dziur fabularnych i pozostawionych w interpretacji widza ścieżek czasowych, do których po prostu musiałyby doprowadzić wydarzenia, dziejące się w różnych okresach historycznych, zakrawa o absurd. Jeżeli nie jesteście gotowi na serial, który na każdym kroku rodzi pytania w stylu: dlaczego nie zrobili tego wcześniej, dlaczego nie użyli tej broni na samym początku, dlaczego do cholery nie cofnęli się w czasie, żeby wykończyć głównego antagonistę - Vandal Savage'a - w latach jego młodości, itd.? W takiej sytuacji prawdopodobnie nie jesteście przygotowani na ten seans.
Jeżeli najlepszą postacią w serialu, jest pojawiający się gościnnie Arrow, to chyba coś mówi o poziomie obsady. I to raczej coś złego.
Co poza bzdurną fabułą, która nie trzyma się kupy (a właściwie sama jest niezłą kupą), oferuje nam nowe dzieło od DC?  Mnóstwo różnej jakości efektów specjalnych, których dość miałem już po pierwszym odcinku. I nie dlatego, że ich nie lubię. Tutaj miały one wyłącznie jedno zadanie - odwrócić uwagę widza od fatalnej wręcz choreografii walk - pod warunkiem, że można tu o takowej mówić. Po świetnym Daredevilu oglądanie produkcji, w której przeciwnicy kładą się po ciosach niedochodzących nawet celu, czy laski, która wyczynia akrobatyczne cuda, kompletnie absurdalne w jakimkolwiek pojedynku, a nawet bohatera (bynajmniej cechującego się super siłą) ładującego z pięści w kevlarową (czy jakąś tam inną - ważne, że ponoć twardą) zbroję  - ba, nawet składającego w ten sposób swojego oponenta jak klocki LEGO, jest uwłaczające. Tak, czuję się osobiście dotknięty przez te gówniane sceny, obrażające moją resztkę inteligencji.

I te dialogi - nożesztykurwa - co to są za dialogi. Gdyby wyciąć wszystkie klisze, znane z innych tego typu produkcji, nie mielibyśmy w tym serialu ani jednego żartu. Ba, trudno powiedzieć, czy mielibyśmy w ogóle jakąkolwiek konwersację. I nie, nie jestem gołosłowny - w jedenastym odcinku byłem już w stanie (przy niektórych scenach) określić, jaka kwestia padnie w dalszej części rozmowy. To jest kurwa niepoważne - pytam się dla kogo jest ten serial? Dla dzieci? Przecież nawet one dysponują szczyptą rozsądku, która pozwoli zauważyć pewne nieścisłości w budowaniu świata, czy choćby tym nieszczęsnym prowadzeniu dialogów (oczywiście te małe szczyle kupią efekty specjalne, serwowane nam na każdym kroku, co prawdopodobnie powoli przetrwać kolejnemu słabemu serialowi).
Ciara Renee - jej pierwsza rola, a już jest w top 10 moich najbardziej znienawidzonych aktorek. Pierwsza rola i już taki sukces...
Obsada jest...jaka jest. Dwie największe gwiazdy - Dominic Purcell i Wentworth Miller, znani z całkiem niezłego Prison Break'a, wyraźnie się już wypalają. A może po prostu nie byli w stanie zbyt dużo zrobić z tak głupim scenariuszem? O ile jeszcze Purcell mi odpowiadał, to maniera grania Millera, z tym jego bardzo mocnym akcentowaniem słów, udawanie cwaniaczka, na którego kompletnie nie wyglądał, czy też niekonsekwencja w budowaniu jego postaci, która z łotra i rabusia, bardzo szybko przeistacza się we wzorowego członka drużyny, zwyczajnie mnie drażniły. Poza tym mamy też typowego profesorka (Victor Garber/Firestorm), zabawnego altruistę posługującego się kostiumem przypominającym strój Iron Mana (Brandon Routh/Atom), byłą członkinię Ligi Zabójców (Caity Lozt/White Canary), ciągle jęczącego kapitana statku, który chciałby być dobrym strategiem, ale mu nie wychodzi (Arthur Darvill/Rip Hunter), kapłankę z czasów starożytnego Egiptu, na którą rzucono klątwę nieśmiertelności (Ciara Renee/Hawkgirl) i rozbrykanego młodzieniaszka, który dopiero uczy się odpowiedzialności, (Franz Drameh/Firestorm). No jest tego cholerstwa trochę, ale nikt nie wybija się ponad przeciętność, co w przypadku superbohaterów, może zostać potraktowane jako niemała obelga.

Ależ ten chłopak miał gorącą głowę - aż palił się do walki...
Dobra, rozpisałem się, a troszkę niepotrzebnie. Nie zaprzeczam, że jest to serial ładny, w którym kilka scen naprawdę bawi i pozwala z przyjemnością rzucić okiem na ekran. Wizualnie jest więc nieźle, choć czasem miałem wrażenie, że dość tandetnie. Poza tym jest to chujnia pierwszej wody, która nie oferuje absolutnie nic. Wszystko jest tu robione jakby na siłę, problemy tworzą sobie sami bohaterowie, tylko po to, żeby mieli z czym walczyć, a historia kompletnie nie angażuje. Zły serial, bardzo zły. Osobiście oceniłem go na trzy punkty z dziesięciu, ale nie wystawiam tej noty, ponieważ wydaje mi się, że to nie sam serial jest tak ogromnym problemem, a raczej kompletnie nietrafiająca do mnie koncepcja, którą przyjmują twórcy. Także jeśli Wasz gust jest chociaż troszkę podobny do mojego - nie polecam. W innym przypadku musicie sprawdzić sami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz