czwartek, 5 maja 2016

Forever (2014)

Opowiem Wam pewną przygodę - pełną dramatyzmu i niesamowitych zwrotów akcji, której zwieńczeniem będzie niebanalny morał. Otóż pewnego razu, sugerując się po raz kolejny opinią Arka, rozpocząłem oglądanie jeszcze jednego serialu. Pierwszy odcinek zrobił na mnie bardzo złe wrażenie. Banalna formuła serialu kryminalnego, zaskakujące dziury fabularne oraz bohaterowie, których relacje wydawały się sztampowe i mało angażujące, stanowiły elementy, które kazały wątpić w jakość zabawy, czekającej na mnie w kolejnych odsłonach. I gdy już nosiłem się z myślą o porzuceniu tej produkcji, jakiś wewnętrzny głos, jakaś nieokreślona siła, mój wewnętrzny "I chuj" kazał mi podjąć jeszcze jedną próbę. Drugi epizod okazał się zaś odrobinę lepszy. Trzeci był już całkiem dobry. A później nie mogłem się oderwać. Jaki jest morał z tej historii? Żyj szybko, kochaj mocno, nie pożyczaj zapalniczek.
Są cycki...
Forever to bardzo klasyczny serial kryminalny, w który wpleciono elementy fantastyczne. Główny bohater, pracujący jako koroner sądowy, nie za bardzo może umrzeć. Pisząc nie za bardzo, mam na myśli, że wcale nie może. Za każdym razem, gdy przejedzie go samochód, trafi kula pistoletowa lub ktoś uderzy go w szczepionkę, chłopaczyna odradza się w Hudson River. Kobiety mogą uznać za istotny fakt, że owego doktora gra Ioan Gruffudd, a sama postać ma tendencję do odradzania się bez żadnych fatałaszków. Ale z drugiej strony jak prymitywne jest jaranie się kawałkiem gołego tyłka, nie muszę chyba pisać... Z czasem do grona nieśmiertelnych dołącza jeszcze jedna tajemnicza postać, która w Forever stanowi głównego oponenta. Trzeba przyznać, że to dość skomplikowany facet, który przeżył znacznie więcej, niż nasz bohater - więcej o jakieś tysiąc osiemset lat. Poza tym w serialu spotkamy także piękną panią detektyw (no bo jakżeby inaczej?) graną przez Alanę De La Garza, około sześćdziesięcioletniego syna naszego protagonisty, w którego wciela się Judd Hirsch oraz wprowadzającego mnóstwo humoru pomocnika doktora, którego postać przedstawia Joel David Moore. Trzeba przyznać, że obsadę buduje grupa naprawdę solidnych i doświadczonych aktorów.
...są też mężczyźni z wielką klasą...
Sam serial zaś, choć pełen klisz jest bardzo...przyjemny. Trudno znaleźć inne słowo, które tak dobrze oddawałoby naturę tej produkcji. Nieskrępowana, radosna rozrywka, ciekawe sprawy kryminalne, które dzieją się w zróżnicowanych środowiskach (od baletu po ring bokserski), a do tego całkiem spora, choć nie odrzucająca dawka brutalności, tworzą dobrą mieszankę, przypominającą nieco Bones, czy Castle'a. Obsada spisuje się znakomicie, tworząc swoje postaci z lekkim przymrużeniem oka, co zdecydowanie wychodzi im na plus. Doktor Henry Morgan nie ukrywa, że inspiruje się lekko zblazowanym detektywem-dżentelmenem Sherlockiem Holmesem, jego pomocnik pracujący w kostnicy jest typowym żartownisiem, syn Abraham to lekko ironiczne podejście do postaci mentora - w sumie każda z tych osób w jakiś sposób wzbogaca serial. Poza tym, żeby widz się nie nudził, dostajemy liczne reminiscencje z długiego i pełnego wrażeń życia Henry'ego Morgana. Te, choć ciekawe, wydawały mi się niewystarczająco wyeksploatowane, ale być może liczono na uzupełnienie pewnych wiadomości w drugim sezonie serialu, który niestety nie powstał.
...i Ci z trochę mniejszą.
Podsumowując: trudno powiedzieć, że jest to dzieło genialne, oryginalne, czy zmieniające sposób postrzegania produkcji telewizyjnych, ale z pewnością jest to wciągająca historia, która mocno bawi. Szczególnie gdy przymkniemy co najmniej jedno oko na liczne niedopowiedzenia i dziury fabularne. Mogę go z czystym sumieniem polecić każdemu, kto szuka dobrej rozrywki z odrobiną przemocy i morderstw w tle. W tej kategorii jest to jeden z najlepszych seriali, jakie oglądałem. Choć nie zobaczyłem tu nic nowatorskiego, podpisuję się wszystkimi pięcioma kończynami pod petycją o drugi sezon - chętnie spotkałbym się z tymi bohaterami raz jeszcze.


Moja ocena to: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz